DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.

#21 2017-11-22 12:12:53

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 606

Re: Mrok i Światło

Rozdział 21

Drewno opałowe

   Podczas gdy Kitiara zastanawiała się nad słowami Cupelixa przy relingu statku pojawił się szeroko ziewający Wingover.
- Dź’bry! Kiedy śśśnaia…Anie? – spytał rozdzierając usta przy potężnym ziewaniu.
- Jadłeś nie dalej jak pięć godzin temu – zbeształa go Kitiara.
   Opuściła już koszulę i kolczugę na ramię. W zejściówce kadłuba pojawili się Roperig i Fitter. Dłoń Roperiga wciąż jeszcze była stanowczo przyklejona do pleców praktykanta. stanowczo przyklejona do pleców praktykanta.
- Cześć, smoku! – zawołał serdecznie.
- Cześć! – dodał Fitter.
- Dobrze spaliście, mali przyjaciele? – spytał Cupelix.
- Nawet doskonale, dzięki serdeczne. Ja… eee. My sobie pomyśleliśmy, że moglibyśmy troszkę wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym  powietrzem – rzekł Roperig.
- Nie oddalajcie się – ostrzegła Kitiara – Za każdym razem, jak jeden z was, gnomy, robi cokolwiek na własną rękę to skutkuję to niekończącymi się kłopotami dla wszystkich.
   Roeprig przyrzekł, że nie będzie się oddalał a Fitter w tej sytuacji mógł się już tylko zgodzić. Poszli spacerem w kierunku otworu wyjściowego z obelisku. Koszmarnie mylili krok. Przez pustą przestrzeń wnętrza przeleciały niewielkie wiry wiatru; Kitiara zorientowała się szybko, że tak wygląda chichot Cupelixa. Nie wytrzymała: najpierw drobny chichot a potem już wybuchła pełnym śmiechem.
* * * * *
   Sturm roztarł ramiona i potrząsnął głową. Usłyszał głośny śmiech. W głowie mu pojaśniało choć pamięć wciąż była jakby pogrążona we mgle. Wstał, wyprostował się i odwrócił w stronę tego śmiechu po czym został przewrócony przez Roperiga i Fittera. Kitiara ściągnęła gnomy ze Sturma i przytrzymała je na odległość ramienia.
- Co się dzieje z waszą dwójką? Nie widzieliście że Sturm tam stoi?
- Ale-ale-ale – jąkał Fitter.
   Potrząsnęła nimi.
- Och, dość już tego!
- To był przypadek, Kit – powiedział Sturm powtórnie stając na nogi.
   Biedny Fitter gorączkowo przebierał nogami w powietrzu, zupełnie jakby jego krótkie nogi były w szaleńczym sprincie. Kitiara postawiła gnomy z powrotem na posadzce.
- Drzewo ludy! – wrzasnął Roperig – Na zewnątrz!
- Co! Ilu?
- Sam zobacz!
   Pognali do drzwi. Gdy tylko Sturm ukazał się w otwartych wrotach natychmiast szkarłatna włócznia uderzyła w posadzkę przed jego stopami i roztrzaskała się na tysiące ostrych jak brzytwa odłamków. Kitiara złapała go za pas miecza i ostro pociągnęła do wnętrza.
- Lepiej zostań z tyłu – zasugerowała.
- Sam potrafię o siebie zadbać.
   Sturm przycisnął się do ściany i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Dół doliny wokół obelisku był dosłownie zapchany drzewo ludami… tysiące, może nawet dziesiątki tysięcy drzewo ludów. A wszyscy huczeli unisono:
- Ou-Stoom laud, Ou-Stoom laud.
- Co oni gadają? – dziwiła się Kitiara za plecami Sturma.
- Skąd mam wiedzieć? Lepiej pozbieraj wszystkie gnomy – odparł – Pogadam tymczasem z Cupelixem.
   Kitiara zabrała do pomocy Roperiga, Fittera i Wingovera.
- Cupelix?!  - zawołał Sturm głośno bowiem smok zniknął gdzieś w czeluściach wieży – Cupelix! Zejdź na dół! Na zewnątrz jest spory problem!
- Problem? Zaryzykuję stwierdzenie, że tylko kłopot.
   Rozległ się szum spiżowych skrzydeł i smok pojawił się na jednej z niższych poprzecznych belek przechodzących od jedenj do drugiej strony obelisku. Metaliczne szpony Cupelixa zamknęły się z trzaskiem na marmurowej półce. Złożył skrzydła i zaczął je wygładzać.
- Nie wyglądasz na zbyt zaniepokojonego rozwojem spraw? – Sturm oparł pięści na biodrach.
- A powinienem? – spytał smok.
- Biorąc pod uwagę, że wieża jest w stanie oblężenia: tak, chyba powinieneś.
- Lunitarianie nie są zbyt inteligentni. Nigdy by tu nie przyszli gdybyś nie zabił tego przygłupiego śmiertelnika, którego uczynili swym bogiem.
- Rapaldo był szalony. Zabił jednego z gnomów i gdybym się nie przeciwstawił, zabiłby by kolejnych – powiedział Sturm.
- Powinno ci właściwie pochlebiać, że przeszli taki kawał drogi byle tylko cię zabić. Ta powtarzana w kółko fraza… wiesz co to oznacza… „Sturm musi umrzeć”.
   Dłoń Sturma zacisnęła się na rękojeści miecza.
- Jestem gotowy do walki – powiedział ponuro.
- Twój rodzaj jest zawsze gotowy do walki. Uspokój się, mój rycerski przyjacielu; drzewo ludy nie zaatakują.
- Jesteś tego zupełnie pewny?
   Cupelix ziewnął ukazując rząd zębów pozieleniałych od patyny.
- Jestem Opiekunem Nowych Istnień. Tylko ciężka trauma mogła zmusić Lunitarian do przejścia tak dalekiej drogi. Jednakowoż nie są oni na tyle śmiali by ze mną zadzierać.
- Ależ mogą nas tu zablokować! – upierał się Sturm.
- już niedługo zajdzie słońce a ccały ten drzewny lud zapuści korzenie. Mikonowie się obudzą
i ich usuną.
- Mikonowie wychodzą tylko w nocy?
- Nie, lecz w ciągu dnia światło słoneczne czyni ich właściwie ślepcami.
   Cupelix postawił uszy w pion gdy Kitiara wróciła poganiając przed sobą całe stadko gnomów. Smok zapewniał wszystkich, że ze strony Lunitarian nie grozi im żadne niebezpieczeństwo.
- Może jednak przygotujemy jakąś barykadę, tak na wszelki wypadek – powiedział Stutts.
- Lepiej chyba spożytkujemy czas, jak mniemam, naprawiając Mistrza Chmur – rzekł Sighter – Używając kawałków metalu przyniesionego z twierdzy Rapaldo powinniśmy być w stanie dokonać najważniejszych napraw w parę godzin.
   Birdcall ostro zagwizdał. Stutts potwierdzająco skinął mu głową i powiedział.
- Nie dysponujemy ogniem do obrabiania metalu.
- W tym akurat mogę pomóc – miękko odezwał się Cupelix – A ile drewna będziecie potrzebować?
- Okazujesz się bardzo chętny do pomocy – zdziwił się Sturm – Powiedz, dlaczego?
   Oczy bestii zwęziły się w pionowe szparki.
- Wątpisz w moje motywy? – spytał.
   Położył długie uszy wstecz, na kark, i wyglądał na rozzłoszczonego.
- Szczerze? Tak.
   Smok się rozluźnił.
- Ho, ho! Bardzo dobrze! Mrugnąłem pierwszy, Panie Brightblade! Jest taka przysługa o którą was wszystkich poproszę, lecz najpierw skupmy się na naprawie waszego genialnego statku.
   Światło w obelisku zaczęło przygasać do szarawego, zakurzonego różu. Pohukiwanie drzewo ludów, przytłumione grubymi ścianami wieży, zamarło wraz z zachodzącym słońcem. Wewnątrz obelisku zrobiło się doprawdy ciemno, co spowodowało narzekania Kitiary wobec Cupelixa. Gnomy tymczasem hałaśliwie przeszukiwału Mistrza Chmur gromadząc niezbędne narzędzia.
- Och, dobrze – sapnął smok – Zapomniałem, że oczy śmiertelników nie mogą się przebić nawet przez prostą zasłonę ciemności.
   Rozłożył skrzydła na całą szerokość dotykając ich czubkami powierzchni przeciwległych ścian i wygiął szyję łabędzim ruchem.
- Ah-biray solem! Stworzenia ciemności!
Donieście jasną, żywą iskrę
Rozświetlcie wieżę jasno jak w dzień.
Przybywajcie, Mikonowie! Solem ah-biray!
   Szklane pobrzękiwanie jakie wszyscy przypisywali gigantycznym mrówkom zaczęło dobiegać z otworów w posadzce obelisku. Stało się całkiem głośne gdy setki tych wspaniałych stworzeń zaczęło się wydobywać na powierzchnię tuż obok ludzkich stóp.
   Coś stuknęło nogę Sturma. Stał właśnie tuż obok sporej dziury w posadzce i jeden z Mikonów właśnie wystawił głowę i dotknął Sturma czułkiem. Rycerz cofnął się a z otworu wyszła gigantyczna mrówka za którą podążała już następna, i następna. Cała posadzka nagle zapełniła się Mikonami. Wszystkie pobrzękiwały i delikatnie wymachiwały czułkami.
- Na miejsca proszę, moi mili – rozkazał Cupelix.
   Mrówki najbliższe ściany natychmiast wspięły się na najniższą z półek i zwiesiły śliwko kształtne odwłoki. Kiedy już całe wnętrze wieży pobrzękiwało zwisającymi odwłokami mrówek wszyscy Mikonowie zaczęli ocierać brzuchy o gładką powierzchnię marmuru. Robiąc to powodowali, że lekko przezroczyste odwłoki zaczęły trochę świecić. Najpierw była to blada czerwień, potem stała się cieplejsza i jaśniejsza.
   Sturm i Kitiara mogli się tylko gapić. Nieważne jak bardzo już znużyły ich dziwa czerwonego księżyca, zawsze jeszcze znalazło się coś, co ich mogło zdumieć.
- Lepiej? – spytał Cupelix wyraźnie z siebie zadowolony.
- Nie najgorzej – odparła cofająca się nieco Kitiara.
   Sturm podszedł do drzwi. Lunitarianie stanowili prawdziwy las, cichy i wysoki, oświetlony gwiazdami. Las ten jednak rósł w doskonałych kręgach wokół obelisku chroniącego aktualnie zabójców ich Żelaznego Króla. Cupelix wycofał się do wysoko położonego schronienia. Ledwie to zrobił Sturm zdecydował się wrócić do Mistrza Chmur gdzie gnomy urabiały już sobie ręce po łokcie usiłując naprawić silnik.
   Kiedy tylko zszedł do maszynowni doznał szoku widząc, że Flash, Bircall i Stutts rozebrali silnik na drobne części i szukali teraz jakiejś usterki. Pokła zasłany był trybami, przekładniami i miedzianymi prętami, które Wingover nazywał „armaturą”. Dokoła walały się całe setki przykładów technologii gnomów. Sturm obawiał się wejść. Mógł przecież nadepnąć i zniszczyć jakiś niezbędny element.
- Uhm, jak idzie? – zaryzykował pytanie.
- Och, bez obaw, bez obaw – odparł beztrosko Stutts – Wszystko w dobrym porządku.
   Złapał jakiś miedziany zwój i zawołał w stronę Flasha.
- Trzymaj się z daleka od Niezbędnego Zwoju Induktora! Nie wolno go namagnesować!
   Lunitari na koniec i Flasha naznaczył swym „darem”: gnom stał się intensywnie magnetyczny. Kawałki żelaza i stali dosłownie się doń przyklejały. Flash potulnie odszedł od Niezbędnego Zwoju Induktora.
- Usiłujemy się przekonać, które części zostały uszkodzone uderzeniem błyskawicy – kontynuował Stutts – tak, byśmy też mogli je ponaprawiać.
- Tylko tak dalej – powiedział Sturm starając się jednocześnie powstrzymać uśmiech.
   Zdawał sobie sprawę, że gnomy znajdą coś w rodzaju odpowiedzi… w końcu. Kitiarę znalazł w sterówce. Siedziała na krześle Stuttsa. Jedną nogę przewiesiła przez oparcie krzesła i popijała z glinianego kufla.
- Smocze ale? – spytał Sturm.
- Ummm. Chcesz trochę? Nie, oczywiście, że nie chcesz – pociągnęła kolekny łyl – A to oznacza więcej dla mnie. – powiedział – Za dzień lub dwa będziemy mieć ale w domu.
- Jak dla mnie, im wcześniej tym lepiej – odparła.
- Och? Masz jakieś plany?
   Kitiara postawiła kufel na kolanie.
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Czuję się trochę bezużyteczny. Gnomy pracują, Mikonowie pracują a my nic nie robimy.
   Odchyliła głowę do tyły aż ta oparła się o oparcie krzesła.
- Myślałam sobie, że bardzo chciałabym mieć własną armię i już nigdy nie zostawać czyimś najemnikiem. Własna armia lojalna tylko wobec mnie.
- I co byś robiła z własną armią?
- Zbudowałabym sobie królestwo. Albo bym podbiła jakieś już istniejące, lecz całkiem słabe, albo wycięłabym nowe z jakiegoś większego państwa.
   Kitiara popatrzyła w oczy Sturmowi.
- Co o tym myślisz?
   Wyczuł w tym wszystkim jakąś przynętę. Odparł wymijająco.
- Myślisz, że potrafiłabyś poprowadzić całą armię?
   Zacisnęła pięść.
- Ja sama jestem już prawię armią. Mając dzisiejszą siłę i dawne doświadczenia, tak, mogę poprowadzić armię. Nie chciałbyś stanowiska w mojej straży? Jesteś naprawdę dobry w mieczu. A jeśli tylko zdołam jakoś przewalczyć te głupie opinie na temat honoru to będziesz jeszcze lepszy.
- Nie, dziękuję Kit – odparł poważnie – Mam obowiązki wobec własnego dziedzictwa. Wiem też, że pewnego dnia za mojego życia jeszcze Rycerze Solamnijscy otrząsną się z własnej hańby. Powinienem tam być gdy tego dokonają.
   Obrócił się stronę szerokiego okna.
- I czekają mnie jeszcze inne zobowiązania. Wciąż jeszcze muszę odszukać ojca. On jeszcze żyje, widziałem. Zostawił mi legat, gdzieś w naszym zamku. Mam zamiar go odzyskać.
   Głos mu zamarł.
- To twoje ostatnie słowo? – spytała.
   Sturm skinął głową.
- Nie potrafię cię zrozumieć. Czy ty kiedykolwiek myślisz o sobie?
- Oczywiście, że tak. W rzeczywistości, przynajmniej czasem, to nawet za bardzo.
   Kitiara zwiesiła kufel dyndający na jednym palcu.
- Daj przykład. Od czasu jak cię poznałam nie dałeś po sobie tego poznać. Nigdy.
   Sturm już otwierał usta w odpowiedzi, lecz zanim zdołał tego dokonać cień opadł na rufę Mistrza Chmur. Kitiara podskoczyła. Był to cień smoka.
- Czy moglibyście wyjść na zewnątrz na momencik? – usłyszeli myśli w głowach.
   Kitiara i Sturm zeszli po trapie na posadzkę obelisku.
- O co chodzi? – spytała Kitiara.
- Rozkazałem Mikonom budowę obwałowania, które uniemożliwi drzewo ludom wejście do obelisku – odparł Cupelix.
   Pogładził się przednim szponem, wyraźnie był zadowolony z własnej pomysłowości.
- O ile pamiętam to mówiłeś, że nie ośmielą się wejść – ostro skomentował Sturm.
   Cupelix przestał się gładzić.
- W normalnych czasach to absolutna prawda. Tyle, że teraz mój przyjacielu, właśnie ty tak ich podekscytowałeś, że mogą spróbować przewalczyć strach przede mną. Ich obecność tutaj właściwie tego dowodzi. Nie potrzeba wielkich zdolności dedukcyjnych by dojść do wniosku, że wkrótce mogą zdecydować się na złożenie wizyty w miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byli.
- Nie wolno do tego dopuścić – powiedziała Kitiara wojowniczo opuszczając ramiona.
- Rzeczywiście, nie. Pomyślałem więc, że moglibyście chcieć obejrzeć moje linie obronne, zwłaszcza, że mają chronić wasze życie.
   Strum pogonił gnomy od dotychczasowego zajęcia polegającego głównie w tej chwili na odrywaniu kawałków drewna z Mistrza Chmur, żeby rozpalić ogień w małej kuźni. Wszyscy hurmem ruszyli  do drzwi by ujrzeć do jakiej roboty zagonił Cupelix Mikonów.
   Gigantyczne mrówki ustawiły się w jedną linię, równolegle do linii drzwi obelisku. Na jakiś niewidzialny i niesłyszalny sygnał wszyscy Mikonowie obniżyli trójkątne łby do poziomu gruntu. Spychali przed sobą czerwoną ziemię w jeden wał. Taką operację powtarzały bez końca. W ten sposób wykopały linię okopu wokół obelisku. Wydobytą ziemię usypały w wysoki wał.
- Zadowalająco? Spytał smok siedzący na swej grzędzie.
   Kitiara tylko wzruszyła ramionami i wycofała się do statku. Gnomy wracały dwójkami i trójkami; oglądanie potężnych Mikonów kopiących ziemię szybko je znudziło. Pozostał tylko Sturm. Patrzył uważnie aż wreszcie wszelkie luki w obwałowaniu zostały wypełnione. Luźna ziemia zsypywała się z jego szczytu na drugą stronę zasypując najbliższe drzewo ludy. Po chwili już nawet ich poszarpanych koron nie było widać. Wszystko pokryła purpurowa ziemia.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#22 2017-11-25 22:15:08

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 606

Re: Mrok i Światło

Rozdział 22

Opiekun Nowych Istnień

   Przygotowywanie precyzyjnej kuźni ukazało całej grupie kolejną z mocy Cupelixa. Ze znalezionych odłamków skalnych postawili prymitywny piec. Kitiara, rozebrana do koszuli i z podwiniętymi nogawicami, stała obok i ociekała potem po ułożeniu ostatniego z kamieni na swoje miejsce.
- No więc – powiedziała – Kto ma krzemień?
   Stutts wyciągnął rękę w stronę Wingovera. Wingover zagapił się na otwartą dłoń.
- No, dawaj, dawaj, dajże wreszcie ten krzemień – naciskał Stutts.
- Ja nie mam krzemienia – odparł mu kolega.
- Dawałem ci go, jak wyruszaliście na tamtą wyprawę.
- Nie, nic takiego. A może dawałeś go komuś innemu.
   Szybkie przeszukanie wszystkich gnomów nie wykazało posiadania ani jednego krzemienia.
- To przecież niemożliwe! Kto rozpalał te wszystkie ogniska gdy byliśmy zupełnie sami? – krzyknęła Kitiara.
   Fitter lękliwie podniósł Rękę.
- Bellcrank – powiedział.
   Stutts palnął się dłonią w głowę.
- To on miał krzemień!
- też tak myślę – powiedział Wingover i zapatrzył się w swoje zakurzone, znoszone buty.
- Nie martwcie się mali przyjaciele – odezwał się głos gdzieś z góry .
   Cupelix ześlizgnął się na swą grzędę w kompletnej ciszy.
- Ogień to jest coś, w czym my, smoki, jesteśmy najlepsze.
   Kitiara wraz z gnomami schroniła się o najdleglejszym zakątku obelisku, lecz wpierw gnomy odciągnęły również na bok Mistrza Chmur, tak na wszelki wypadek. Cupelix wzniósł długą, łuskowatą szyję i ostro nabrał powietrza, tak ostro, że aż mu nozdrza zagrały. Gnomy rozpłaszczyły się na ścianie. Smok potarł mocno przednim szponem po spiżowym policzku i posłał przed siebie kaskadę iskier. I wtedy Cupelix zrobił wydech, mocny wydech przez cały strumień iskier. Jego oddech zapalił się z głuchym odgłosem „łuufff!” i poleciał na podpałkę. Z pieca wydobył się wpierw gęsty dym, potem coraz jaśniejszy aż wreszcie buchnął biały płomień ognia. Wielka, wypukła pierś smoka omal się nie zapadła od mocy wydechu i Cupelix przerwał dalsze podpalanie. Dym spokojnie dryfował w powietrzu unosząc się w stronę wyżyn wieży.
- Chodźmy – powiedział Stutts.
   Z głośnym okrzykiem radości gromada gnomów ruszyła po narzędzia. Ułożyli wszystkie kawałki metalu wyzwolone z rąk hordy Rapaldo – miedziane gwoździe do drzewa, żelazne zawiasy, spizowe łańcuchy i cynowe wiadra. Wszystko to ma iść pod młot i zostać przekute w części silnika. Wnętrze obelisku rozbrzmiało dzwonieniem młotów walących o metal i skuwaniem metali w jedno dzieło. Światło ognia wyczyniało dzikie tańce i rzucało fantastyczne cienie na marmurowe ściany. Cienie przybierały monstrualne rozmiary choć były tylko cieniami gnomów uwijających się wokół ognia.
   Kitiara prześlignęła się obok zajętych małych ludzi i wyszła na zewnątrz. Chłodne powietrze obmyło jej twarz jak strumień świeżej wody. Powyżej muru usypanego przez Mikonów wyżej wzrostu człowieka mogła dostrzec gwiazdy. Słabe pasemka mgły przecinały nieboskłon podświetlane odległym blaskiem. Powolnym krokiem obeszła masywną podstawę obelisku i napotkała Sturma, który podobnie do niej podziwiał biało błękitny splendor Krynnu.
- Dość ładnie – powiedziała stając za jego plecami.
- Tak, w rzeczy samej – odparł wymijająco.
- Ciągle się zastanawiam, czy jeszcze kiedykolwiek tam wrócimy.
- Wrócimy. Czuję, tutaj – Sturm palnął się w pierś – Poza tym potwierdzają to moje wizje. One chyba pokazują przyszłość.
   Kitiara zdołała przywdziać na twarz lekko kpiący uśmiech.
- Kiedy to tak poznawałeś przyszłość to nie widziałeś mnie tam gdzieś w pobliżu? Chciałabym wiedzieć, czy też dam radę wrócić.
   Sturm starał się przywołać z pamięci obraz Kit. Jedyne, co w zamian uzyskał był nagły ból w piersi.
- Mocno się obawiam, Kit. Czy dobrze robimy wchodząc w relacje ze smokiem? Bogowie i bohaterowie dawnych czasów byli mądrzy, wiedzieli, że ludzie nie mogą koegzystować ze smokami. To dale tego te bestie zostały zabite bądź wygnane.
   Nie myśląc już o chłodzie Kit postawiła stopę na stromym zboczu czerwonego wału.
- Zaskakujesz mnie – powiedziała – Ty, wykształcony i tolerancyjny wobec wszelkich stworzeń nagle stajesz się rzecznikiem nienawiści do wszystkich smoków. Nawet do tych co, podobnie do Cupelixa, są powiazani z dobrem.
- Nie wspieram nienawiści. Ja mu po prostu nie ufam. On czegoś od nas chce.
- Dlaczego miałby pomagać nam tak za nic?
   Sturm pociągnął końcówki wąsów w zamysleniu.
- Ty tego po prostu nie dostrzegasz, Kit. Każdy kto posiada moc, czy to smok, goblin, gnom czy człowiek, robi wszystko byle się jej nie pozbywać pomagając za darmo komukolwiek. To jest zło zawarte w samej mocy. Każda istota, czy każda rzecz, posiadająca moc jest skażona.
- Mylisz się! – zawołała z werwą – Mylisz! Okrutny człowiek jest okrutny i nie zmienia tego żaden stan życia; wiele smoków władających magią było powiązanych z dobrem. To serce i dusza są siedliskiem dobra lub zła. Posiadać moc to po prostu żyć. Utracić ją to tylko egzystować, a może nawet jeszcze mniej.
   W cichym zdumieniu wysłuchiwał jej tyrady. Gdzie się podziała ta Kit, którą kiedyś znał? Pełna pasji i poczucia humoru kobieta, która potrafiła się śmiać w najbardziej niebezpiecznych chwilach? Gdzież ta Kit, która potrafiła pozować na królową nawet wtedy, gdy w sakiewce miała ledwie kilka miedziaków?
- Gdzie ona jest? – powiedział głośno.
   Kitiara spytała o kogo mu chodzi.
- Gdzie jest ta Kit, którą znałem w Solace? Dobry towarzysz. Przyjaciel.
   Ból i gniew przeleciał w jej oczach.
- Jest tu z tobą.
   Potrafił wyczuć gniew, który z niej aż emanował jak gorąco z paleniska. Obróciła się po chwili zniknęła za narożem obelisku.
* * * * *
   Gnomy wykuły potężny przełącznik dźwigniowy z żelaza i miedzi a pozostałe odpady metali przekształcili w spore łączniki, którymi będzie można połączyć pocięte kable Mistrza Chmur i zamknąć je wielkimi żelaznymi hakami. Robota trwała prawie całą noc a kiedy wreszcie została ukończona zażyczył sobie krótkiego deszczyku by ugasić ogień i rozproszyć dym który spowijał już wszystko wokoło. Cupelix obserwował to wszystko ze swej grzędy. Nie zadawał pytań. Właściwie to nawet się nie poruszył przez dziewięć i pół godziny. Po robocie wymęczone gnomy wspięły się po trapie na statek by wreszcie odpocząć. Cupelix pozostał i podziwiał ich robotę.
   Sturm też podziwiał robotę kowali. Ledwie co przekąsił dzisiaj, troszkę suchych badyli i zimnej fasoli. Cupelix kusił go magicznie wytworzoną szynką i kubkiem słodkiej śmietany, lecz Sturm beznamiętnie ignorował oferowane jadło.
- Uparty jesteś – mówił smok, gdy Sturm wciąż pozostawał przy swoim mizernym posiłku.
- Zasad nie odkłada na bok tak sobie, gdy tylko stawają się niezbyt wygodne – odparł.
- Zasady nie napełnią pustego żołądka.
- Ani magia nie uleczy pustego serca.
- Wspaniale! – zawołał Cupelix – Poprzerzucajmy się przysłowiami by jeden drugiemu wciąż zaprzeczał; wartościowa rozrywka.
- Może kiedy indziej. Nie jestem w nastroju do rozrywek – z westchnieniem odparł Sturm.
- Ojojoj, widzę w tym wszystkim piękną twarzyczkę Pani Kitiary – powiedział smok a w głosie zabrzmiały mu psotne nutki – Nie usuchasz z tęsknoty za nią, mój chłopcze? A może mam za tobą dobre słowo jej powiedzieć?
- Nie! – trzasnął Sturm – Czasami jesteś doprawdy irytujący.
- Jako, że nie miałem nikogo do rozmów przez prawie trzy milenia muszę przyznać, że moja etykieta ogromnie niedorozwinięta. Daje to jednak pewne możliwości nauki. Byłbym tak uprzejmy i ogładzony jak prawdziwy rycerz. Będziesz mnie uczył?
   Sturm zdusił ziewnięcie.
- To nie sposób zachowania czy też elegancja nauczana przy ognisku czynią z kogoś rycerza. To długa nauka i trening, to życie zgodne z Przysięgą i Regułą. Takich spraw nie nauczy przygodna gadka. Poza tym, nie bardzo wierzę, że chcesz się tego uczyć; po prostu odwracasz uwagę.
- Jesteś strasznie nieufny – rzekł Cupelix – Nie, nie zaprzeczaj! Słychać to w twym umysle jeszcze zanim coś powiesz. Jak mogę ci udowodnić dobrą wolę, Panie Niedowiarku?
- Odpowiedz mi na pytanie: dlaczego ty, dorosły spiżowy smok, zostałeś permanentnie uwięziony  w wieży na tym dziwnym, wypełnionym magią, czerwonym księżycu?
- Jestem Opiekunem Nowych Istnień – odparł Cupelix.
- Co to oznacza?
   Smok zaczął wyginać wężową szyję na wszystkie strony jakby chciał wyśledzić ewentualnych, acz nieistniejących , podsłuchiwaczy.
- Pilnuję tu powiernictwa swej rasy – ponieważ gęba Sturma dalej wyrażała kompletny brak zrozumienia, smok krzyknął – Jaj! Mój drogi, nieświadomy śmiertelniku! Jaja smoków spoczywają w jaskiniach pod tym obeliskiem. To moje zadanie: strzec ich i chronić je przed takimi bezdusznymi brutalami jak ty! – szeroka paszcza wykrzywiła się w kpiącym uśmiechu – Bez obrazy, oczywiście.
- Oczywiście, bez obrazy.
   Sturm popatrzył na posadzkę, jasno czerwoną i pożyłkowaną ciemnymi jak wino prążkami. Usiłował sobie wyobrazić gniazdo smoczych jaj poniżej, lecz zabrakło mu wyobraźni.
- Jak one się tam znalazły? Mam na myśli te jaja – powiedział.
- Pewności, takiej całkowitej, to nie mam. Widzisz, urodziłem się tutaj i wzrastałem od smoczęcia od dojrzałości, cały czas wewnątrz tych ścian. Ze wszystkich jaj to moje zostało wybrane. Wyklułem się i żyłem tu jako strażnik, Jako Opiekun Nowych Istnień.
   Sturm przeżywał potężny szok, umysł mu dosłownie drętwiał. Aż przysiadł na posadzce.
- A któż zdeponował te jaja i zbudował wieżę? – spytał.
- Mam pewną teorię – odparł Cupelix, niechcący naśladując frazę gnomów – Trzy tysiące lat temu, gdy smoki zostały przegnane z Krynnu, te złe wygnał Paladine do Wielkiej Nicości, na przeciwną płaszczyznę istnienia, i tam mają oczekiwać w nieskończoność lub do dnia przeznaczenia. Smoki powiązane z siłami dobra też musiały opuścić ziemie ludzi. Paladine zawarł pakt z Gileanem, bogiem równowagi sympatyzującym z nami w tej ciężkiej sytuacji. Ustalili, że pewna ilość jaj dobrych smoków zostanie tu zebrana i zdeponowana by stanowić czuwający posterunek na wypadek powrotu sił zła. I to on przywołał wieżę do istnienia i wywołał moje wyklucie.
- Ile rodzajów smoczych jaj leży w podziemiach?
- Są tam zgromadzone jaja klanów spiżowych, brązowych i miedzianych w ogólnej liczbie czterystu dziewięćdziesięciu sześciu. I to właśnie zebrany duch nienarodzonych smoków powoduję nasycenie Lunitari magią.
- Czterysta… Sturm aż się podniósł na udach, jakby mógł wyczuć ruch tak wielu istot pod grubą, marmurową płytą.
   Aż tyle!
- Kiedy się wyklują – zapytał.
- Jutro lub nigdy – Sturm chciał trochę pełniejszej odpowiedzi więc Cupelix mówił dalej – Woal nieaktywności położony przez Gileana leży na całym gnieździe. Potrzeba boga, lub potężnego zaklęcia, by woal ten unieść i pozwolić się wykluwać z jaj. Teraz już wiesz o mnie wszystko – dodał – Wierzysz mi?
- Prawie. Czy mógłbym zobaczyć jaja?
   Cupelix poskrobał się szponem po błyszczącej piersi a Sturm aż się wzdrygnął na skrzypiący odgłos.
- No, nie jestem pewien…
- Nie ufasz mi? – spytał Sturm.
- Dobry strzał, śmiertelniku! Zobaczysz je więc a będzie to widok, jakiego nie ujrzał jeszcze nikt ze śmiertelnych. Hmmm.
   Smok uniósł lekko trój palczastą stopę i poruszył ptasimi szponami.
- Będę musiał ostrzec Mikonów. Żyją w tych jaskiniach i pilnują czystości jaj i co dzień je odwracają by się żółtko nie osadziło. Z całą pewnością zostałbyś zabiy gdybyś tam wszedł bez mojego pozwolenia.
   Cupelix przysiadł i zamachał skrzydłami.
- Poinformuję Mikonów, lecz musisz się pilnować i nie dotknąć żadnego z jaj. Opiekuńcze instynkty mrówek są tak głęboko w nich osadzone, że nawet moja interwencja nie uchroniłaby cię przed rozerwaniem na kawałki gdybyś dotknął jaj.
- Dobrze to zapamiętam – powiedział Sturm i po chwili spytał – Czy mogę zaprosić pozostałych?
- Dlaczego nie? Jestem pewien, że mały ludek będzie zafascynowany.
- Dzięki, smoku.
   Sturm sknął uprzejmie głową i udał się w stronę cichego statku. Gdy już człowiek zniknął we wnętrzu Cupelix rozłożył skrzydła i telepatycznie polecił mrówkom oświetlający wnętrze wygaszenie świateł. Światła ich ciał zanikły i Mikonowie jeden po drugim zaczęli schodzić na dół i znikać w otworach w posadzce. Kitiara tymczasem wróciła do pociemniałego obelisku.
- Gdzież się wszyscy podziali – zawołała.
- Są w latającej machinie – odparł niewidoczny w cieniu Cupelix.
   Spojrała w górę, w stronę skąd głos dobiegał.
- Właściwie to powinieneś ostrzegać, że gdzieś tam jesteś – skarciła smoka – Zostało może cokolwiek do jedzenia?
   Oświetlony świecami, zastawiony stół, pojawił się przed nią dosłownie z nikąd. Delikatne kotlety cielęce, chleb i słodkie, stopione masło już oczekiwały. Na stole ponadto był szklany puchar napełniony bogatym czerwonym winem. Kitiara odsunęła wyłożone aksamitnymi poduszkami krzesło z wysokim oparciem i usiadła.
- A to z jakiej okazji? – spytała.
- Bez okazji – odparł z wysoka smok – Po prostu gest przyjaźni.
Jesteśmy przyjaciółmi? – powiedziała Kitara nadziewając na widelec kawałek cielęciny.
- Och, tak. I mam nadzieję, że staniemy się nawet lepszymi przyjaciółmi niż jesteśmy.
- Mogło być gorzej – powiedziała Kitiara popijając wino.
   Nie było to wino gronowe. Raczej jakiś rodzaj jagód, lekko cierpkich i wyraźnie oczyszczających język.
- Dobre – powiedział nie będąc właściwie pewna jak należy oceniać wina.
- Cieszę się, że ci odpowiada. Przyjemność sprawia mi czynienie ci drobnych darów, Kitiaro. Mogę cię tak nazywać – Kitiara? Ty doceniasz moje małe dary. Nie tak jak twój kompan, Brightblade. Jest tak sztywny i poprawny, że zdumiewa mnie fakt iż nie pochlasta się na kawałki przy goleniu.
   Kitiara zaśmiała się wyobrażając sobie trafny obraz smoka.
- Masz czarujący śmiech – powiedział Cupelix.
- Ostrożnie – powiedziała – gdybyn była mnie uważna pewnie uznałabym, że mnie uwodzisz.
- Po prostu jestem zachwycony twoim towarzystwem.
   Rozległ się szum skrzydeł i smok przeleciał z jednej strony obelisku na drugą. Świece na stole Kitiary zadrżały od ruchu powietrza.
- Pan Brightblade w towarzystwie gnomów zejdą niedługo do jaskiń pod wieżą – powiedział Cupelix i objaśnił jej istnienie tajnego składu jaj smoków – Kiedy tam będą na dole chciałbym zaprosić cię do swojego prywatnego schronienia.
   Ciało spiżowego smoka spłynęło z ciemności i z nieskończoną gracją wylądowało tuż przed stołem Kitiary.
- Z jakiego powodu – spytała spokojnie, lecz jednak nie całkiem zdołała zdusić kulę w gardle.
   W pobliżu, w górze – w odległości nie większej niż sześć stóp – pojawiły się oczy Cupelixa, zielone kule trzystopowej średnicy. Pionowe, czarne źrenice wyglądały jak szczeliny najgłębszych otchłani. Oczy się lekko przymknęły i smok przyglądał się kobiecie.
- Chciałbym usłyszeć o twym życiu i filozofii, a ty będziesz mogła wścibić nos i w moje tajemnice – powiedział – Tylko nie mów nic innym, byliby zazdrośni.
- Ani słowem nie wspomnę – odparła.
   Mrugnęła do smoka a ten wysunął język, błysnął nim i dotknął jej dłoni. Ciepłe mrowienie przeleciało jej po całym ramieniu.
- A więc, do spotkania.
   Cupelix rozłożył skrzydła aż ich końcówki dotknęły przeciwległych ścian wieży. Odbił się potężnymi nogami, wyskoczył w górę i zniknął w ciemności nad ich głowami. Rytm serca Kitiary powoli wracał do normalności. Mrowienie w ramieniu powoli też zanikało. Kitiara sięgnęła po puchar wina. Zaskoczyło ją drżenie własnej ręki przez które strąciła puchar ze stołu. Spadł na marmurową posadzkę i się roztrzaskał.
- Cholera! – zaklęła i zacisnęła pięści.

Ostatnio edytowany przez janjuz (2017-11-25 22:16:25)


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#23 2017-12-05 18:18:26

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 606

Re: Mrok i Światło

Rozdział 23

Głębie jaskiń

   Na zaproszenie Cupelixa gnomy zareagowały z charakterystycznym dla nich entuzjazmem. Nowe części metalowe i tak musiały ostygnąć jeszcze troszkę nim będzie je można zamontować na miejsce tak więc proponowane zejście do jaskiń doprawdy im odpowiadało. Cały statek przewrócili do góry nogami w poszukiwaniu odpowiedniego na taką wyprawę ekwipunku: oczywiście najważniejsze to papier i pióra, lina i taśma miernicza, przyrządy miernicze do badania rozkładu jaskiń. Cutwood zabrał wagę aby zważyć niektóre próbki smoczych jaj.
- O nie! – zaprotestował Sturm – Nikt nie może dotknąć smoczych jaj, nawet ich najmniejszego kawałeczka!
- Ale dlaczego? – spytał Rainspot teraz już cały czas noszący przeciwdeszczowe odzienie.
- Mikonowie otrzymali rozkaz zabicia każdego, kto ośmieli się ich dotknąć – wyjaśnił Sturm – Nawet sam Cupelix nie może tego rozkazu odwołać.
   Cutwood niechętnie odłożył wagę. Na dwie godziny przed świtem wszyscy, Sturm i gnomy, zebrali się przy jednej sporej dziurze w posadzce obelisku. Cupelix siedział gdzieś wyżej i ich obserwował natomiast Kitiara spacerowała w pobliżu drzwi i przypatrywała się komicznej zbiórce gnomów. Niektórzy z nich, przede wszystkim zaś Fitter, obciążyli się tak przyrządami, że ledwie mogli ustać. Jedynym specjalnym wyposażeniem Sturma był spory zwój liny przewieszony przez ramię i obciążający pierś rycerza.
- Mam nadzieję, że nie zamierzacie – powiedział łagodnie smok – Ten sposób może się okazać bardzo trudny.
- A jak inaczej mamy się tam na dół dostać? – spytał Stutts.
- Pozwalając by Mikonowie sami was zanieśli.
   Oczy Sturma zwęziły się do cienkich szparek.
- Jak mają tego dokonać?
- To bardzo proste – odparł Cupelix.
   Zamknął paszczę i obniżył łeb co czynił właściwie zawsze gdy telepatycznie porozumiewał się z mrówkami. Twarde, opancerzone głowy wychynęły z otworów. Zanim zaś Sturm zdążył choćby zaprotestować już szóstaka z nich dołączyła do wyprawy badawczej.
- Dwie mrówki wystarczą do przeniesienia jednego gnoma, natomiast sześć będzie stanowiło wierzchowca Pana Brightblade.
   Sturm obrócił się w stronę Kitiary.
- Jesteś pewna, że zdania nie zmienisz i nie pójdziesz z nami?
   Potrząsnęła głową.
- Dosyć już się nawiedzałam na tym księżycu, dziękuję.
   Gnomy zaczynały się już wspinać na swe wierzchowce, mierzyły, dotykały i poklepywały krystaliczne stwory od żuwaczki do odwłoka. Gładkie jak szkło mrówki nie posiadały żadnych oparć dla stóp czy uchwytów dla dłoni ani do dosiadu, ani do jazdy. Po krótkiej dyskusji (krótkiej bo przerwanej zniecierpliwionym westchnieniem Sturma) gnomy powiązały odcinki lin w możliwe do użytku uprzęże. Mikonowie stali w tym czasie nieruchomo jak głazy i nie okazywały poruszenia z powodu jakiegoś upokorzenia czy poniżenia. Nawet ich zawsze czujne anteny pozostały nieruchome.
   Flash opadł na czworaki a Stutts wspiął się po jego plecach i dosiadł Mikona. Był stanowczo za mały by dosięgnąć łukowatego korpusu mrówki. Sighter starał się podsadzić Stuttsa. Obie ręce i jeden bark wpakował pod jego tyłek i podparł z całych sił. Stutts uniósł się po krzywym pancerzu z kryształu. Do góry, do góry i… dalej. Głową naprzód przeleciał nad korpusem mrówki i spadł po jej drugiej stronie. Na całe szczęście spadł na coś miękkiego. To znaczy na Birdcalla.
   Sturm z posiadanego sznura zrobił coś na kształt strzemion i dosiadł grzbietu stwora.
- Zupełnie jakbym siedział na pomniku – powiedział wiercąc się i sadowiąc wygodnie – Zimno i twardo.
   Gnomy zaczęły go naśladować robiąc podobne strzemiona i w końcu, z kilkoma tylko dodatkowymi siniakami, zdołały dosiąść swych mrówek. Siedzieli parami: Stutts i Flash, Birdcall i Sighter, Roperig i (naturalnie) Fitter oraz samotny Wingover.
- Jak mamy tym czymś kierować? – mruczał Cutwood.
   Prowizoryczna uprząż opasywała szyję gigantycznej mrówki, lecz chyba nie było sposobu żeby kontrolować stwora, który nie musi oddychać.
- Nie potrzebujecie tego robić – odezwał się smok – Powiedziałem im żeby zanieśli was do jaskiń, tam czekały a potem przyniosły tutaj z powrotem. Nie odejdą o krok od moich instrukcji więc nie próbujcie ich wykiwać. Trzymajcie się i przyjemnej jazdy.
- Gotowi, koledzy? – spytał Stutts wymachując ramieniem.
- Gotowi!
- Jesteśmy gotowi!
- Naprzód! – zabrzmiały głośne odpowiedzi.
   Sturm owinął sobie linkę wokół zaciśniętej dłoni i skinął głową. Mikonowie wyruszyli i wszyscy inni wraz z nimi.  Gigantyczna mrówka pod Sturmem była stabilna jak skała poruszając się na sześciu nogach. Niejakim problemem było ciągłe kiwanie się na boki, trochę dziwne dla kogoś nawykłego do ruchu góra – dół czworonożnego wierzchowca. Stopy Sturma znajdowały się ledwie parę cali nad posadzką, lecz Mikonowie twardo nieśli go do najbliższej dziury. Spodziewał się, że mrówki wejdą w otwór i będą schodzić podobnie do ludzi idących po spiralnych schodach. Nic z tego. Stwory weszły w dziurę głową naprzód i zaczęły się do przodu pochylać przechylając samego Sturma coraz to bardziej i bardziej do przodu. Pochylił się aż wreszcie piersią przycisnął się kopulastego ciała mrówki a ramionami i nogami opasał tułów. Mikonowie spokojnie schodzili po pionowej ścianie dziury aż wreszcie weszli, do góry nogami, do obszernej jaskini ze zdumionym Sturmem wiszącym z ich grzbietu i trzymającym się z całych sił. Wierzchowce gnomów szły dokładnie w ten sam sposób. Okrzyki zachwytu i przerażenia wywołane tym marszem odbijały się od mlecznych, błękitnych ścian. Z powały jaskini zwieszały się długie na trzydzieści, czterdzieści stóp kamienne stalaktyty. U podstawy miały co najmniej dziesięć stóp średnicy. Jasno błękitne formy świeciły przyćmionym światłem. Ściany i powała (w którą teraz gapił się Sturm) były jednako inkrustowane twardym, błękitno białym kryształem. Wyglądał na gładki jak lód, lecz haczykowate odnóża mrówek przytwierdzały się doń z łatwością i nigdy nie ześlizgnęły.
   Wierzchowiec Sturma podążał dobrze wydeptaną ścieżką pomiędzy zimnymi iglicami. Mikonowie przeszli jeszcze trzydzieści jardów po sklepieniu jaskini po czym nagle skręcili i zeszli prosto po pionowej ścianie. Sto stóp niżej mrówka się wyprostowała i poszła po posadzce jaskini zasłanej czymś, co przypominało skrawki starego pergaminu czy czerwonej skóry. Mrówki posuwały się naprzód kopiąc te odpadki aż wreszcie dotarły  precyzyjnie prostą linią do miejsca dokładnie pod otworami w posadzce obelisku. Te otwory znajdowały się teraz dokładnie nad ich głowami. Wokoło rozpościerała się przestrzeń dużej jaskini oświetlona słabą luminescencją. Przypominało to światło słabnącego Solinary tylko, że świeciło ze wszystkich kierunków naraz i nie rzucało cienia.

* * * * *

   Kiedy tylko Sturm z gnomami oddalił się w stronę jaskini Kitiara zaczęła nerwowo spacerować pod rufą Mistrza Chmur. Okrzyki gnomów – w połowie radosne a czasem przerażone – stopniowo zanikały w miarę jak mrówki zanosiły ich wszystkich coraz głębiej do podziemnej jaskini. Cupelix pojawił się na posadzce obok latającego statku.
- A więc, moja droga, jesteś gotowa? – spytał smok.
   Kitiara lekko przygryzła wargi i potarła dłońmi o rękawy.
- Pewnie – odparła – Jak się tam mam dostać?
- Dla mnie najprościej będzie cię tam zanieść.
   Przyjrzała mu się z pewną dozą niepewności. Przednie łapy Cupelixa były, przynajmniej w porównaniu do potęgi tylnych odnóży, raczej niewielkie. Tylne złamałyby kark byka. Zauważył jej wahanie.
- Jeśli wespniesz mi się na plecy i dosiądziesz szyi to bardzo strożnie polecę do samej góry wieży.
   Powiedział to i położył brodę na posadzce. Kitiara przerzuciła nogę przez długą, muskularną szyję bestii. Łuski smoka były tak twarde i zimne jak się tego spodziewała. Stanowiły co prawda żywe ciało smoka, lecz w dotyku sprawiały wrażenie spiżu. Cupelix uniósł głowę i Kitiara poczuła grę potężnych mięśni poruszających się pod wypolerowanymi łuskami. Pochyliła się do przodu i mocno chwyciła brzegi najbliższych łusek, poprawiła jeszcze chwyt gdy Cupelix rozłożył skrzydła i wystrzelił prosto do góry.
  Do wysokości może jednej trzeciej całego obelisku jego ściany były prostokątne. Kiedy jedna z platform, wyjątkowo wielka i ciężka, przemknęła obok nich okalając całą wieżę to ściany jakby się ku sobie nachyliły. Troszkę utrudniło to lot smokowi. Złożył skrzydła i potężnymi, tylnymi łapami złapał się półki. Przesuwał się po półce na bok trzymając się mocno szponiastymi łapami. Półka nosiła już wiele śladów takiego sposobu wspinaczki. Kitiara spojrzała na dół nad ramieniem smoka. Mistrz Chmur wyglądał jak dziecinna zabawka natomiast otwory w posadzce, które przed chwilą z łatwością pochłonęły Sturma i wszystkie gnomy nie były niczym więcej jak kleksami purpurowego atramentu. Na czerwonej stronicy.
   Cupelix dotarł do poziomej belki idącej od półki północnej do strony wschodniej wieży. Przeszedł na nią i posuwał się dalej bokiem aż dotarł do samego środka.
- Trzymaj się teraz! – powiedział i skoczył.
   Nie było tu miejsca na normalny lot więc skrzydła smoka pozostały złożone. Cupelix skoczył trzydzieści jardów do góry, gdzie obelisk był już prawdziwie zwężony.
   Kitiara otworzyła oczy. Posadzka obelisku, czterysta stóp niżej, była już tylko różowawą, kwadratową plamką. Gdzieś powyżej obelisk kończył się nagle na płaskim, kamiennym sklepieniu. Zacisnęła uchwyt na szyi smoka. Przez wielkie jak słoń cielsko przeleciał dreszcz.
- Łaskoczesz mnie – powiedział w bardzo nie smoczy sposób.
   Zakrzywiony jak haczyk szpon ze skrzydła nagle się do niej zbliżył i… podrapał po smoczej szyi w miejscu swędzenia.
- Będziesz jeszcze skakał? – spytała Kitiara starając się nie pokazać dręczących ją obaw.
- Och nie, stąd to już tylko wspinaczka.
   Przy pomocy muskularnych łap i szponów smok wspiął się te kilka pozostających jeszcze jardów z zadziwiającą zręcznością. Zatrzymał się gdy rogaty łeb stuknął o płaskie sklepienie oddzielające wnętrze obelisku od najwyższej kondygnacji. Kitiara spodziewała się, że użyje jakiś magicznych słów do otwarcia drogi, lecz Cupelix tylko przytknął łeb do kamiennej płyty i popchnął. Kark mu się schylił pod naciskiem kamienia a Kitiara aż utkwiła pomiędzy dwoma, mocno napiętymi mięśniami skrzydeł. Już miała zaprotestować, gdy wielka płyta kamienia poddała się niechętnie ogromnemu naciskowi smoka. Cupelix odsunął ją do góry aż wreszcie zatrzymała się na krawędzi otworu. Smok obniżył szyję i Kitiara zsiadła na posadzkę wewnętrznego sanktuarium smoka. Stopa poślizgnęła się jej po marmurze i przez sekundę zdawać się mogło, że to odległa posadzka podstawy obelisku ma zamiar ruszyć w jej kierunku. Kitiara szybko odeszła od otworu i dopiero wtedy pozwoliła sobie na ciche westchnienie ulgi.
- Arryas shirak! – powiedział smok.
   Ośmiostopowej średnicy kula, umiejscowiona na samej górze pomieszczenia, rozbłysła jasnym światłem. Szczegóły i szczególiki Cupelixowej jamy doskoczyły do oczu Kitiary: stosy książek i zwojów, świeczniki, kadzielnice, koksowniki i jakieś magicznej natury aparaty pokryte całe pozłotą; cztery gobeliny zakrywały ściany, gobeliny tak stare, że ich najniższe naroża całe były pokryte kurzem. Jeden z wiszących gobelinów, wysoki na piętnaście stóp i pewnie szeroki też na piętnaście, ukazywał Humę Lansjera jadącego wierzchem na ogniem ziejącym smoku nadziewającego na lancę jakiegoś mieszkańca domeny Królowej Ciemności. Pancerz bohatera zdobiony był złotem i srebrem.
   Drugi z gobelinów stanowił mapę Krynnu. Ukazywał nie tylko znany Kitiarze kontynent Ansalonu, lecz ponadto jeszcze masywy ziemi na północy i zachodzie.
   Na trzecim gobelinie przedstawiono konklawe bogów. Byli tam wszyscy; bogowie dobra, równowagi i zła, lecz tylko obraz Mrocznej Pani prawdziwe pochłonął wzrok i całą uwagę Kitiary. Takhisis stała w oddaleniu od reszty, od zebranych razem bogów dobra i neutralności, była iście królewska i pogardliwa. Tkacz uczynił ją nie tylko piękną, lecz również straszną; wyposażył ją w łuskowate nogi i zadziorowaty ogon. Gdy Kitiara tak przechodziła przed ogromną postacią to i wyraz twarzy Królowej zmieniał się, był okrutny, potem pełen pogardy, goryczy i w końcu czarujący. Kitiara mogłaby tak stać przed gobelinem przez wieczność i się nań gapić gdyby Cupelix nie przesunął marmurowej płyty na miejsce i z hukiem nie odbudował podłogi. Kilka ton marmuru opadło i przerwało trans Kitiary głośnym uderzeniem.
   Ostatni gobelin był chyba najbardziej enigmatyczny. Przedstawiał wagę na podobieństwo konstelacji gwiezdnej Hiddukel, tyle, że waga nie była przełamana. Na prawej szali wagi spoczywało jaj. Na lewej była sylwetka człowieka. Cupelix, drapiąc szponami po kamieniu, podszedł bliżej.
- Rozumiesz ten obraz? – spytał.
- Nie jestem pewna – odparła Kitiara – jakiegoż rodzaju jajo ma tu być przedstawione?
- A jak myślisz?
- Cóż, jeśli to smocze jajo to przypuszczam, że obraz przedstawia świat w równowadze między ludźmi i smokami… tak długo, jak smoki są tylko jajami.
- Bardzo dobrze – odparł Cupelix – Jest chyba najbardziej oczywista interpretacja. Jest sporo innych.
- Kto wykonał te gobeliny?
- Nie wiem. Pewnie bogowie. Były tutaj zanim się pojawiłem.
   Smok podszedł do największego stosu książek i oparł się oń siadając na posadzce i zwijając ogon przed sobą. Kitiara rozejrzała się w poszukiwaniu wygodnego miejsca dla siebie. Usiadła w końcu na czarnym, żelaznym kotle ozdobionym srebrnymi runami.
- No więc jestem – powiedziała – Dlaczego chciałeś rozmawiać właśnie ze mną?
- Ponieważ różnisz się mocno od pozostałych. Ten mężczyzna, Sturm, na przykład. Uwielbiam z nim dyskutować tyle, że po pięciu minutach rozmowy wiesz już wszystko o jego umyśle. Jest bardzo szczery i pełen determinacji, prawda?
   Wzruszyła ramionami.
- To dobry człowiek jeśli tylko nie stosuje do innych swoich własnych, ciasnych pojęć wartości. Czasami ciężko go lubić.
- A kochać? – chytrze spytał smok.
- Bardzo trudno! Och, nie wygląda źle, dobrze zbudowany i w ogóle, tyle, że potrzeba całkiem innej ode mnie kobiety, że złapać serce Sturma Brightblade.
   Cupelix pochylił głowę na bok.
- To znaczy jakiej?
- Niewinnej. Naiwnej. Takiej, co spełni jego rycerskie pojęcie czystości.
- Acha! – powiedział smok – Kobieta nie skażona żądzą.
   Kitiara krzywo się uśmiechnęła.
- Cóż, nie do końca.
- Ha! – smok aż zadygotał ze śmiechu, palnął w sześciostopowy stos książek aż kurz się uniósł spomiędzy pożółkłych stronic – To właśnie w tobie mi się podoba, moja droga; Jesteś tak szczera, lecz całkiem nieprzewidywalna. Nie zdołałem odczytać twego umysłu.
- Ale próbowałeś?
- O, tak. Jest ważne, by poznać myśli niebezpiecznych śmiertelników.
   Kitiara się roześmiała.
- Jestem niebezpieczna?
- Bardzo. Tak, jak ci już mówiłem, Pan Brightblade stanowi dla mnie otwartą księgę, myśli gnomów latają dokoła jak szalone motyle, lecz ty… ty, droga Kitiaro, wymagasz znacznie więcej uwagi.
- Chyba nadszedł czas, smoku, byś teraz ty odpowiedział szczerze na kilka pytań – powiedziała opierając dłonie na kolanach – Czego od nas oczekujesz? Ode mnie?
- Już ci mówiłem – rzekł Cupelix kręcąc szyją w obie strony – Chcę opuścić tą wieżę i udać się na Krynn. Mam absolutnie dosyć tego uwięzienia, z nikim nawet do rozmowy i do jedzenia mając tylko to, co Mikonowie dla mnie wydobędą.
- Ależ żywisz nas doskonale – sprzeciwiła się Kitiara.
- Nie rozumiesz podstawowego prawa magii. Niewielką ilość materii można zmienić na coś innego tylko wielkim nakładem energii – tak to się dzieje. To, co wy uważacie za wielki posiłek nie stanowiłoby dla mnie nawet małej przekąski.
- Jesteś ogromny i silny – powiedziała – Czemu się szponami nie przedarłeś?
- I zwalić te wszystkie kamienie sobie na głowę? – Cupelix pogładzil się po policzku – To by mi raczej dobrze nie posłużyło. Poza tym – źrenice zwęziły mu się w pionowe szparki – Działa tu jakiś geas, jakaś nałożona przysięga, jakieś zaklęcie, magiczny zakaz niszczenia budynku. Wiele razy próbowałem, używając nawet magii, przekonać Mikonów do zniszczenia wieży – nic z tego. Działa tu jakaś wyższa moc, która wymaga użycia trzeciej siły do pokonania jej. Twoi mali, genialni przyjaciele, stanowią taką trzecią siłę, moja droga. Ich nieduże a tak obrotne umysły są w stanie wymyśleć setki sposobików na każdy jeden wymyślony przez ciebie czy mnie.
- No, i żaden z nich nie będzie praktyczny.
- Doprawdy? Znów mnie zaskakujesz, moja droga śmiertelniczko. A czyż te same gnomy, w pierwszym rzędzie, nie dostarczyły cię tu, na Lunitari?
   Sprzeciwiła się twierdząc, że to był tylko wypadek.
- Wypadki to są nieoczekiwane możliwości – powiedział smok – I mogą być wspierane.
   Kiedy Cupelix to powiedział Kitiara popatrzyła ponad ramieniem na gobelin Mrocznej Królowej. Wyniośle się na nią patrzyła.
- A co – zaczęła nie odwracając wzroku od hipnotyzującego gobelinu – co zrobisz, gdy zdołamy jakoś cię stąd wydostać?
- Polecę na Krynn, oczywiście, i tam zamieszkam. Bardzo chciałbym poznać świat śmiertelników z tym całym jaskrawym i energicznym życiem.
   Prychnęła drwiąco.
- A dlaczego tak reagujesz? – spytał Cupelix.
- Uważasz, że życie na Krynnie jest dziwne! A co powiesz o stworzeniach wśród których tutaj żyjesz? – powiedziała.
- jak dla mnie to są zupełnie zwyczajne. Wiesz, stanowią wszystko, co poznałem i już mnie dokładnie nudzą. Próbowałaś kiedyś dyskutować o filozofii z drzewo ludem? Równie dobrze możesz gadać z kamieniem. Czy wiesz na przykład, że roślinność na Lunitari jest tak słaba i przemijająca, że nawet nie posiada własnej magii? Tylko magiczna moc zawarta w moich, wciąż zamkniętych w skorupach jaj, towarzyszach powoduje, że jakieś życie tu istnieje.
   Cupelix potężnie westchnął.
- Chcę zobaczyć oceany, lasy i góry. Chcę rozmawiać z mądrymi przedstawicielami wszystkich ras śmiertelników a w ten sposób powiększyć zasoby swej wiedzy poza granice wyznaczane przez prastare księgi.
   Teraz zrozumiała.
- Ty pragniesz mocy – owidziała Kitiara.
   Cupelix zacisnął szpony w pięść.
- Jeżeli wiedza oznacza moc, to odpowiedź brzmi – tak, chcę. Do bólu jednak pragnę uwolnienia z tego doskonałego więzienia. Kiedy więc zwiadowcy moich Mikonów natrafili na latający statek gnomów to po raz pierwszy zaświtała mi nadzieja na udaną ucieczkę.
   Przez dłuższą chwilę Kitiara milczała. Dobierając słowa z niezwykłą dla niej ostrożnością, spytała.
- Nie obawiasz się kary gdyby ucieczka się udała?
   Zaskoczony smok aż cofnął łeb.
- Kary? Od kogo?
- Od tych, co zbudowali ten obelisk. Jeżeli jest jakieś więzienie, to najprawdopodobniej jest gdzieś jego strażnik.
- Bogowie śpią. Gilean Szary Wędrowiec, Sirrion, Reorx; wszyscy odłożyli wodze przeznaczenia. Ścieżka jest czysta, czas na działanie nadszedł. Sam fakt waszej podróży na Lunitari tego dowodzi. Za dni Humy tak rzecz nie byłaby nawet tolerowana – powiedział Cupelix.
- Bogowie śpią – mruczała Kitiara – Ścieżka czysta, czas działać!
   Takie myśli poruszyły wszystko w głębi jej ducha. To musi być prawda; smoki to wiedzą.
- Powiedz, o czym myślisz – spytał Cupelix – Zaczynam się niepokoić, gdy tak długo jesteś cicho.
   Przez głowę przeleciała jej śmiała myśl.
- Czy rozważałeś, co będziesz robił jak już znajdziesz się na Krynnie? – spytała – Twoje księgi są bardzo stare. Będziesz chyba potrzebował przewodnika.
- Masz kogoś konkretnego na myśli, moja droga?
- Niewielu zna Ansalon tak, jak ja – odparła – Moje wędrówki potrafiły zaprowadzić mnie doprawdy daleko. Razem moglibyśmy obejść cały świat i zebrać co tam w ręce by nam wpadło – spojrzała w oczy smoka – Jako partnerzy.
   Cupelix świsnął i gwizdnął niczym gotujący się czajnik. Przednimi łapami klepnął się po bokach. W parodiowaniu ludzkich gestów był całkiem niezły.
- Och, wspaniała kobiet! Zraniłaś mnie wesołością! Jestem martwy! – zawołał.
   Kitiara wzruszyła ramionami.
- Z czego tak się śmiejesz?
- Mówisz o partnerstwie ze smokiem tak zwyczajnie jak ja mówię o swych sługach, Mikonach. Czyżbyś wyobrażała sobie, że ty i ja jesteśmy sobie równi? Śmiały żart, doprawdy!
   Cupelix tak mocno kiwał się z rozbawienia, że wreszcie trzepnął łbem o ścianę za plecami. Otrzeźwiło go to, lecz Kitiara już była obrażona. Skoczyła na równe nogi.
- Chcę stąd odejść! – krzyknęła – Nie widzę sensu w siedzeniu tutaj i byciu wyśmiewaną!
- Siadaj – łagodnie powiedział Cupelix.
   Ponieważ dalej utrzymywała wyzywającą postawę smok przesunął ogon za jej plecy, dał klapsa, i już siedziała na marmurowej posadzce.
- Wyjaśnijmy sobie jedną sprawę, droga dziewczyno; na drabinie życia siedzę znacznie wyżej od ciebie. I ciągle zachowuję dobre maniery wobec swych gości, prawda?
   Kitiara potarła zraniony zadek i nic nie powiedziała.
- Zachowujesz się bezczelnie stojąc twarzą w twarz z jednym z najpotężniejszych stworzeń jakie kiedykolwiek istniało. Co czyni cię aż tak dumną?
- Jestem tym, co sama osiągnęłam – odpowiedziała zwięźle – W świecie, gdzie większość to tylko durne prostaki, ja uczyniłam sama siebie wojownikiem. Biorę to co mogę a daję to co chcę. Nie potrzebuję ciebie, smoku. Nie potrzebuję nikogo!
- Nawet Tanisa? – twarz Kitiary aż pociemniała z oburzenia – Spokojnie. Nawet twój śmiertelny druh, Sturm, może dosłyszeć jak twoje serce wykrzykuje jego imię. Kim jest ten człowiek i dlaczego aż tak go kochasz?
- Jest pół-elfem, nie człowiekiem, jeśli już musisz wiedzieć – Kitiara wzięła głębszy wdech – I wcale go nie kocham!
- Naprawdę? Czyżby moje wyczucie takich spraw było aż tak mylne? Chciałbym teraz wysłuchać opowieści o Tanisie – powiedział Cupelix zwijając usta w imitacji ludzkiego uśmiechu – Proszę?
- Chcesz o tym usłyszeć tylko po to, by mnie wyśmiewać.
- Och, nie, nie. Relacje międzyludzkie mnie fascynują. Chcę tylko je zrozumieć.
   Kitiara oparła się o odwrócony kocioł. Popatrzyła przed siebie usiłując przywołać obrazy z przeszłości.
- Sama chciałabym zrozumieć Tanisa – powiedziała – Bycie kobietą w samym środku męskiej gry – wojny – ciska cię pomiędzy wszystkie rodzaje mężczyzn. Większość z nich to zwykła zgniła kupa brutali i podrzynaczy gardeł. Za młodych dni musiałam walczyć w setkach pojedynków z mężczyznami, którzy chcieli mną pomiatać, czasem wykorzystać, aż wreszcie stałam się równie twarda i zimna jak ostrze, które noszę – pogłaskała rękojeść przypasanego miecza – Wtedy pojawił się Tanis. Wracałam właśnie do Solace. Była jesień a mnie nie było tam już od paru lat. Sezon wojaczki zwykle kończy się jesienią więc dostałam pieniądze od mojego ostatniego dowódcy. Jechałam na południe z kieszeniami pełnymi srebra. W lesie napadła mnie grupka goblinów. Strzała powaliła mojego wierzchowca i znalazłam się na ziemi. Gobliny wylazły z krzaków. Miały topory i maczugi i wyraźnie miali zamiar mnie wykończyć. Leżałam spokojnie i czekałam a nich. Kiedy się zbliżyli skoczyłam na równe nogi i wpadłam na nich nim zdążyli choćby okiem mrugnąć. Dwóch zabiłam niemal od razu i ruszyłam, żeby zatańczyć z drugą parą. Gobliny to raczej kipscy złodzieje a w bezpośredniej walce są wręcz marni. Jeden z nich się potknął i jakoś zdołał się nadziać na własną broń. Drugiego już naznaczyłam tak, że zaczął krwawić jak zarzynany prosiak. Już go miałam wykończyć gdy z gęstwy krzaków wyszedł ten piękny mężczyzna. Początkowo się trochę przestraszyłam, pomyślałam ,że jest z goblinami. Zanim zdążyłam się poruszyć zdążył wpakować szarą strzałę w ostatniego z przeciwników. Wtedy zdałam sobie sprawę, że on sądzi iż mnie ratuje.
   Przerwała na moment a na usta wypłynął jej cień uśmiechu.
- To zabawne, lecz na początku byłam na niego wściekła. Ten goblin był mój, rozumiesz, to ja miałam go zabić a Tanis mi go bezprawnie zabrał. Poszłam za nim, lecz postawił mi się na tyle długo by cały ten gniew mi minął. Jak myśmy się potem śmiali! Czułam się przy nim, przy Tanisie, wspaniale. Przez długi czas nikt nie był w stanie doprowadzić mnie do takiego samopoczucia. Niedługo potem zostaliśmy kochankami, lecz było w tym coś więcej. Żyliśmy, rozumiesz? Żyliśmy.
- Dlaczego ta miłość nie przetrwała? – cicho spytał Cupelix.
- Chciał, żebym już na zawsze została w Solace. Nie mogłam tego zrobić. Chciałam nawet przekonać go, żeby wyruszył wraz ze mną w drogę, lecz nie będzie nigdy walczył za pieniądze. Jak mówiłam jest pół-elfem; jakiś łotr, najemnik zgwałcił jego matkę i go począł. W jego sercu już zawsze dla takich żołnierzy było tylko lodowatem miejsce – Kitiara zacisnęła pięść – gdyby Tanis walczył u mego boku to nigdy bym od niego nie odeszła. Nigdy, do ostatniej kropli krwi w żyłach.
   Kitiara klepnęła się po kolanach.
- Z Tanisem to była prawdziwa zabawa. Był w tym znacznie lepszy towarzyszem od Sturma, który zawsze jest strasznie poważny. Tyle, że w końcu nadszedł czas kiedy musiałam wybrać albo jego sposób życia, albo swój. Wybrałam. No, i jestem tutaj.
- Cieszę się – powiedział Cupelix – Pomożesz w moim uwolnieniu?
- A więc wracamy do tematu? Ile jest to dla ciebie warte?
   Cupelix zadarł wysoko uszy powodując, że żyłkowana siatka za łbem stanęła pionowo.
- A nie obawiasz się o własne bezpieczeństwo? – zapytał grzmiącym głosem.
- Nie blefuj, smoku. Gdybyś zamierzał użyć gróźb to wystraszyłbyś Stuttsa, Birdcalla i Flasha zanim tu dotarli. Nie możesz nas zmusić do pomocy. Nie jesteś po prostu tego rodzaju smokiem, nie zrobisz tego.
   Zastraszająca postawa smoka uległa załamaniu, teatralna groza głosu też gdzieś zanikła.
- Prawda, prawda – powiedział spokojnie – Jesteś jak brzytwa, Kit. Tniesz głęboko i bez wysiłku.
   Kitiara zamachała ręką w żartobliwym salucie.
- Nie jestem kompletnym nowicjuszem w grze strachu i blefu – powiedziała wstając.
   Cieniutka wstążka nowego światła padła na jej ramię z ciętego okna w ścianie obelisku.
- Rozważ dobrze, smoku, co mówiłam o partnerstwie. Przecież to nie musi być na całe życie, pewnie tylko rok czy dwa. Zrób to dla mnie a ja przemówię za tobą.
   Słoneczne światło rozjaśniło komnatę. Magiczna kula w środku sklepienia ściemniała i całkiem zgasła. Teraz, w naturalnym świetle, Kitiara mogła już dostrzec, że księgi i zwoje smoka były mocno podniszczone. Bardziej niż sądziła. Gobeliny też już nadbutwiały. Widząc taki rozpad wokoło trudne położenie smoka było łatwiej zrozumiałe. Któregoś dnai w przyszłości Cupelix nie będzie miał czego czytać, czy co studiować. Będzie miał tylko kupkę zapleśniałej pulpy.
- Ile stuleci zycia jeszcze cię czeka? – spytała.
   Oczy smoka się zwęziły.
- Bardzo wiele.
- Cóż, ktoś, kiedyś może jeszcze tu dotrze i pomoże ci w ucieczce. Lecz tylko pomyśl o czekającej samotności. Wkrótce już nie będzie książek, nie będzie zwojów, nie będzie gobelinów. I nie będzie towarzystwa.
- Partnerstwo… jeden rok? – powiedział Cupelix.
- Dwa lata – twardo stwierdziła Kitiara – króciutka chwilka w życiu smoka.
- Prawda, prawda.
   Cupelix dał słowo. Będzie podróżował wraz z Kitiarą przez dwa lata jak tylko dotrą na Krynn. Przeciągnęła z szerokim uśmiechem. Kitiara czuła się wspaniale. Wyjdzie z tej wariackiej podróży na czerwony księżyc z czymś więcej niż tylko zwiększona moc mięśni. Smok, żywy smok jako jej towarzysz przez dwa całe lata!
- To będzie wspaniała przygoda – powiedziała do smoka.
   Cupelix trzasnął szczękami.
- Niewątpliwie.
   Kitiara podeszła do okna zaczerpnąć świeżego, chłodnego powietrza. Ze szczytu obelisku trzasnęła w błyskawica. Magiczne esencja wieży wyładowała się w niebo czerwonego księżyca. Gdy tylko rozbłyski przeszły Kitiara rozejrzała się po dolinie poniżej.
- Lunitarianie są w ruchu! – krzyknęła.
- Oczywiście; jest dzień, ich czas na ruch – odparł Cupelix.
- Ależ oni formują szyk! Chyba jednak zamierzają atakować!
* * * * *
   Mikonowie stali całkoeocoe nieruchomo więc Sturm ogłosił, ze najlepiej będzie dalej iść pieszo. Gnowmy zdążyły się już poodwiązywać i ześliznąć z grzbietów swoich wierzchowców. Sturm opadł na dół i poklepał Mikona po łbie; przyzwyczajenie jakie pozostało mu od pierwszego w życiu konia. Gigantyczna mrówka kiwnęła ostro kanciastym łbem i klapneła żuwaczkami. Czyżby odpowiedź pozytywna? – zastanawiał się Sturm. Ciężko było stwierdzić.
   Rozsypane wokoło śmieci sięgały Sturmowi po kolana natomiast gnomom do połowy piersi. Sturm ujrzał Sightera uważnie badającego szkłem powiększającym kawałek czerwonej skóry.
- Hm, nie wygląda to na materiał pochodzenia warzywnego – rzekł Sighter.
   Cutwood próbował coś ołówkiem napisać ba brązowym kawałku materiału przypominającego pergamin, lecz ołówkowe pismo się nie przyjmowało – materiał był zbyt miękki i delikatny. Kawałek tego materiału Sturm z kolei próbował rozedrzeć na dwoje, lecz nie dał rady.
- Byłby to znakomity materiał na cholewki do butów – powiedział – Ciekawe co to takiego?
- Powiedziałbym, że jest to jakiś rodzaj skór zwierzęcych – powiedział Sighter chowając szkło do futerału.
- Nie ma tutaj, na Lunitari, żadnch zwierząt, wyjąwszy smoka, oczywiście – sprzeciwił się Sturm – Nawet Mikonowi to bardziej minerały niż zwierzęta.
- Jest niewykluczone – wolno odezwał się Wingover – że w tych jaskiniach żyją jednak jakieś innego rodzaju zwierzęta. Zwierzęta, których jeszcze nie widzieliśmy.
   Rainspot cicho wciągnął powietrze.
- Zwierzęta gnomo żerne?
- Eee tam – odparł Sighter – Mikonowie nie pozwoliliby żyć nieczemu niebezpiecznemu w takiej bliskości smoczych jaj. Przestań się zamartwiać.
   Flash trochę się oddalił od reszty i teraz badał dotykiem białą skorupę pokrywającą ściany. Wyciągnął zza pasa wypełnionego przeróżnymi narzędziami młot i dłuto i palnął zimną stalą w niewielkie narzędzie.
   BONG! Niewielki młotek uderzył w dłuto a cała jaskinia rozległa się zwielokrotnionym echem dźwięku. Wibrację nim wywołane były tak potężne, że gnomy potraciły równowagę i wpadły w gruby pokład śmieci. Sturm ustał bowiem chwycił się kwadratowego stalagmitu i tak stał aż wreszcie wibracje ustały.
- Nie rób tego więcej – powiedział płaczliwie Cutwood.
   Mając tak udoskonalony słuch przy takim głośnym dźwięku jego nos po prostu zaczął krwawić. Wszyscy Mikonowie zaczęli kląskać żuwaczkami i potrząsać głowami.
- Fascynujące! – powiedział Stutts – Doskonała komora rezonacyjna! Ach, to ma sens!
- Co takiego? – spytał Roperig.
- Te porozrzucane odpady. To tylko wykładzina. Ma to na celu wytłumić stąpanie mrówek po posadzce.
   Przepychali się przez te zwały odpadów aż do końca prostokątnej komnaty. Poziom sklepienia wyraźnie się obniżał a posadzka podnosiła aż w końcu powstał z tego ciasny, okrągły otwór wyjściowy. Brzeg otworu był ponacinany twardymi, kwarcowymi włóczniami za sprawką maszerujących tędy Mikonów. Cokolwiek bardziej miękkiego od gigantycznej mrówki zostałoby pocięte tutaj na kawałki gdyby tylko próbowało przedrzeć się przez powstałe zadziory. Gnomy się zatrzymały i zaczęły przerzucać propozycjami sposobów rozwiązania problemu wejścia. Sturm podparł się pięściami o biodra i ciężko westchnął. Obrócił się i nazbierał naręcze pergamino podobnych odpadów, po czym położył je na zadziorach otworu. Położył dłoń na takiej pergaminowej poduszce i nacisnął. Twarde dzioby przebiły się przez trzy, może cztery warstwy, lecz te na górze pozostały całe.
- Pozwól mi – mruknął Sturm.
   Podniósł Stuttsa i posadził go na powstałej okładzinie. Stutts ześliznął się prosto przez otwór do komnaty po drugiej stronie. Kolejne gnomy poszły jego śladem jeden po drugim. Gnomy zanurkowały głowami do przodu w zwykły dla nich, czyli wesoły i pozbawiony wszelkich obaw sposób. Musiał ich dogonić. Sturm pośpieszył przez wąski otwór wprost do kolejnej komnaty.Żyłki kryształu koloru czerwonego wina ściekały szczelinami skał. Kiedy miękki kryształ natykał się na cieplejsze i wilgotniejsze powietrze jaskini natychmiast zaczynał świecić purpurą i przybierał jakąś stałą formę. Wokoło znajdowały się całe tuziny jakby niedokończonych form Mikonów; tu same głowy, gdzie indziej kompletne korpusy pozbawione nóg a inne już tak w pełni ukształtowane, że nawet poryszały antenami.
- A więc tak wygląda wylęgarnia mrówek – powiedział Wingover.
- Słowo wylęgarnia nie jest chyba najwłaściwsze – wtrącił Roperig.
- Żywy skalny kryształ – sapnął bez tchu Stutts – Co też mogło wpłynąć nań tak, by przyjmował kształt mrówek?
- Sądzę, żo to wpływ smoka – powiedział Sighter kończąc obchód wokół raczkujących Mikonów – Pamiętacie… mówił, że próbował przekształcić drzewo ludy w swoje sługi, lecz bez powodzenia. Musiał odkryć ten żywy kryształ i zdecydował się go użyć by otrzymać doskonale posłusznych i ciężko pracujących niewolników.
   Ciasną grupą podeszli do środka wysokiej, wąskiej jaskini. I tak jak wcześniej tak i tutaj niebieskawe stalaktyty zwieszające się ze sklepienia rozsiewały wokoło słabe światło. Flash podszedł do jednego, prawie już kompletnego, Mikona i próbował zmierzyć średnicę jego łba. Mrówka ruszyła się jak błyskawica i zamknęła potężne szczęki na ramieniu gnoma. Flash wrzasnął.
- Cofnij się! – krzyknął Sturm wyciągając miecz.
   Usiłował podważyć szczęki, lecz chyt stwora był zbyt silny. Zacisk piło zębnych szczęk mógł z łatwością przedrzeć się zarówno przez mięśnie jak i przez kość. Sturm zauważył, że ramię Flasha nie krwawi. Gnom się skręcał i wywijał, walił w łeb mrówki twardy jak skała przy pomocy składanej byle jak miarki.
- Złapała cię za ramię? – pytał Sturm.
- Uh! Agh! Tak! A ty myślisz może, że to moja stopa?
   Sturm wyciągnął rękę i wyczuł ramię Flasha. Szczęki Mikona chybiły. Złapały jedynie rękaw gnoma.
- Zdejmij kurtkę – łagodnie rzekł Sturm.
- Uh! Argh! Nie mogę!
- Pomogę ci.
   Sturm sięgnął na pierś gnoma i odciął skomplikowaną serię guzików i sznurówek kurtki. Wyciągnął lewe ramię Flasha a potem i prawe. Pusta kurtka zwisała ze szczęk Mikona. Uformowana w połowie mrówka nie ruszyła się z miejsca.
- Moja kurtka! – zawył Flas.
- Nieważne! Lepiej podzięku j swym bogom, że twoje ramię nie dostało się pomiędzy te szczypce – odparł Sturm.
- Dzięki, Reorxie – powiedział gnom.
   Z tęsknotą popatrzył na utraconą kurtkę. Wielka łza splunęła mu po liczku.
- Sam tą kurtkę zaprojektowałem. WspanialeDopasowanaWiatrochronnaKurtka Model III.
- Możesz zaprojektować nową – pocieszająco powiedział Wingover – A nawet trochę lepszą. Z odejmowanymi rękawami, na wypadek gdybyś znowu znalazł się w podobnym okolicznościach.
- Tak, tak! Co za wspaniała uwaga, odejmowane rękawy!
   Flash od razu zaczął szkicować odpowiedni projekt na własnej, białej koszuli. Jaskinia zakręcała kilka razy za wylęgarnią mrówek. Pojawiały się przeróżne jej odnogi. Właściwie nie było żadnego sposobu, by stwierdzić gdzie podróżnicy mają się udać. Cutwood zasugerował, żeby się rozdzielić i wypróbować wszystkie tunele, lecz Stutts ostro zaprotestował a Sturm się z nim zgodził.
- Pojęcia nie mamy jak wielkie są te jaskinie jeżeli więc wszyscy się porozłazicie to jest spora szansa, że zagubimy się tu wszyscy już na zawsze. Poza tym nie wiemy, jak zareagują Mikonowie gdy zaczniemy się rozdzielać – powiedział Sturm.
- Wyglądają na bardzo dosłownie rozumujących – powiedział Sighter – Rozdzielone pary to według nich może być coś zupełnie innego niż jedna grupa dziesięciu osób.
   Widok kurtki Flasha zamkniętej w potężnym, nieprzełamywanym uścisku szczęk Mikona stanowił potężny bodziec w podjęciu prawidłowej decyzji. Nikt już nie mówił by się rozdzielić.
   Wybrali najszerszą i najprostszą ścieżkę. Posadzka stopniowo się obniżała gdy oddalali się od komory narodzin Mikonow, w końcu jednak nachyliła się tak mocno, ze gnomy zrezygnowały ze schodzenia a miast tego usiadły i zaczęły zjeżdżać. Sturm wolałby może jednak schodzić, lecz posadzka posadzka była śliska od rosy więc po krótkim wahaniu poszedł w ślady gnomów.
   Zjechał spokojnie do kolejnej komnaty. Było tu o wiele cieplej i bardziej wilgotno; powietrze wręcz parowało. Woda spływała po ścianach i kapała z góry. Kiedy wstał zdołał dostrzec sylwetki gnomów przebijające się przez białe tumany mgły.
- Stutts! Sighter! Gdzieś cie wszyscy podziali? – zawolał.
- Tutaj!
   Sturm niepewnie wszedł w mgłę. Jaskinia była nieźle oświetlona z góry (zasługa dużej liczby świecących stalaktytów) natomiast z posadzki promieniowało wyraźnie odczuwalne ciepło.
- Uważaj na magmę – powiedział Cutwood ukazując się tuż przed nim z oparu mgły.
   Gnom wskazał na wznoszący się lej zeszklonej skały, który trochę przeszkadzał im w drodze. Z szerokiego otworu lejka wydobywała się płomienna aureola. Sturm nachylił się nad lejem i odkrył, że naturalna czasza jest wypełniona jasno pomarańczowym płynem. Pośrodku czaszy wodniście coś bąbelkowało.
- Stopiona skała – wyjaśniał Cutwood – To dlatego tak gorąco w tej jaskini.
   Sturma opanowała niemal nie przezwyciężana chętka by dotknąć tej bąblującej materii, lecz jednak podmuch gorąca na twarzy uświadomił mu szybko jak gorąca w rzeczywistości jest ta magma. Z oparów wirującej mgły ukazał się tymczasem kolejny gnom, Wingover.
- Tędy! – zawołal.
   Skierowali się zgodnie z jego wskazówką. Przeszli przez ogród pełen kipiących kotłów z których wydostawały się bąble stopionej i wrzącej lawy. Powietrze wokół nich cuchnęło siarką i właściwie nie nadawało się do oddychania. Sturm zaczął kaszleć i szybko przycisnął do ust chustkę. Gdzieś bliżej ściany jaskini te opary lekko się rozwiewały. Gnomy zebrały się w pobliżu niewielkiej dziury w ścianie. Sturm uniósł głowę i dostrzegł, że dziura jest ciemna.
- Czy to to? – spytał głośno.
- Musi być – odparł Sighter – Innej drogi nigdzie nie widać.
- Cyba, że właściwiy był któryś z tunela jakie minęliśmy – zasugerował Roperig.
   Czarny okrąg nie był zbyt zapraszający.
- Jak do tej pory to ścieżkę wyznaczono dokładnie do tego miejsca – powiedział Stutts – Jako najstarszy z kolegów to ja powinienem pójść tam pierwszy…
- Nie, nie ty – zaoponował Sturm – Ja jestem uzbrojony. Pójdę pierwszy i upewnię się, że jest to bezpieczne.
- Och, wspaniały pomysł! – oznajmił Roperig.
- Dobrze, skoro się upierasz… - odparł Stutts.
- Będziesz potrzebował światła – rzekł Flash.
   Odpiął jedną z przepastnych kieszeni znajdujących się na przedzie nogawic.
- Daj mi chwilkę a pożyczę ci mojego projektu SkładającąSięSamoZapalającąKieszonkową-
-Lampę, Wzór XVI.
   Flash odpakował płaskie, conowe pudełko i postawił je na posadzce. Z drewnianego pudełka wydostał jakieś kleiste coś, co przypominało smar do osi. Wpakował łyżkę tego czegoś do lampy. Z inej kieszeni wyciągnął wąską, kryształową fiolkę. Dokładnie zakorkowaną. Zerwał woskowe szczeliwo i odkorkował. Ostry, ulotny aromat rozszedł się po całej jaskini. Flash przykucnął i ostrożnie wyciągnął ramię w stronę lampy. Przyknął oko gdy pojedyncza kropla płynu spadła z fiolki.
   Kropelka spadła na masę smaru i nagle wszystko buchło! Jasny błysk rozświetlił całe otoczenie a smar zaczął się wesoło palić. Sturm sięgnął po lampę, która zachwiała się nagle i rozesłała wokoło kawałki płonącego smaru oraz kupki iskier.
- Jesteś pewny, że to jest bezpieczne? – spytał.
- Cóż, po paru minutach pewnie cyna się stopi 0 odparł Flash – Ale do tego czasu wszystko będzie w porządku.
- Cudownie.
   Podniósł niewielką acz lekko wybuchową lampę za cieniutki metalowy pierścień i ruszył z nią przez otwór w ścianie. Gnomy zebrały wokoło wznosząc do góry różowe twarze okolone białymi brodami. Przypominał wiązankę stokrotek obracających się za słońcem. Sturm ruszył po krzywej rampie i po chwili wszedł do komnaty gdzie panowała pełna szacunku cisza. Nawet wciąż pryskająca lampa zdecydowała się zmniejszyć płomień i uspokoić. Zszedł z rampy prosto na posadzkę z ledwo oczyszczonego kamienia i napawał się widokiem jakiego żaden śmiertelnik nie doświadczył od tysiącleci.
   Smocze jaja. Rząd za rzędem wyrzeźbionych nisz, półka nad pólką. Rozciągało się to daleoko poza zasięg chwiejnego światełka kieszonkowej lampki Wzór XVI. Brzegi każdej niszy połyskiwały wilgocią uformowaną gdy parne powietrze z dołu spotyka chłodniejsze powietrze znajdujące się w tej komnacie. Do Sturma dotarły głosy gnomów.
- Co tam widzisz?
- To jest to – odparł osłaniając usta dłonią – Wielka komnata jaj!
   Gnomy runęły rampą i wlały się do jaskini mijając ruchem błyskawicy Sturma. Musiały lepiej widzieć! Ich ochy i achy mieszały się z bardziej ognistymi wykrzyknikami ze świętej trójcy zawołań: na Reorxa, na przekładnie, o hydrodynamiko!
- Jak sądzisz, ile tu może być tych jaj? – zapytał bez tchu Fitter.
   Sturm rzucił spojrzenie na Sightera.
- W polu widzenia jest osiem półek – powiedział gnom – I sześćdziesiąt dwa na każdej, to…
- Całkowita suma… - dziko dodał Curwood.
- 496 – powiedział Sturm pamiętając liczbę wymienioną przez Cupelixa.
- Prawidłowo – dodał Stutts kończąc obliczenia.
   Pomaszerowali naprzód pod przewodnictwem Sturma. Wingover wlókł się raczej z tyłu bowiem światło lampy praktycznie go oślepiało. Był w stanie widzieć poprzez aksamitną ciemność tak więc szedł z tyłu i miał oko na otwór wejściowy.
- Ouć! – mruknął Sturm podnosząc lampę drugą ręką bowiem pierścień stał się już bardzo gorący.
- Tędy! Skręcamy tutaj! – zawołał nagle Roperig.
   Sturm skręcił w lewo.
- O co chodzi? – spytał.
- Coś się tam poruszało. Nie widziałem zbyt wyraźnie.
   Coś kruczo czarnego przedreptało z niszy za jajami i skoczyło prosto w powietrze w stronę niesionego przez Sturma światła. Niezdarnie się cofnął i upuścił lampę. Coś niewielkiego i jakby futrzastego otarło mu się ostopy i uciekło. Gnomy zaczęły coś wykrzywkiwać i wszystkie zaczęły skakać.
- Cisza! Cisza, powiedziałem! – huknął Sturm.
   Odnalazł upuszczoną lampę. Paliwo w niej było już na ukończeniu. Pozostała tylko niewielka korona błękitnego płomienia krążąca nad resztką smaru. Sturm ochronił dłonią wątlutki płomień a wtedy ten troszkę urósł. Podniósł lampę i popatzył na gnomy.
   Nie były w nawet najmniejszym stopnu przestraszone. Wingover podbiegł do przodu ze swego miejsca w szyku i nadepnął stopą na to coś, co wyskoczyło z niszy jaja. Skręcało się to pod paluchem stopy usiłując uciec. Na pierwszy rzut oka przypominało tłustego, włochatego pająka, lecz gdy Sturm przybliżył lampę wszyscy mogli już rzecz rozpoznać.
- Ależ to rękawiczka! – zdumiał się Stutts.
- Jedna z rękawic Kit – powiedział Sturm rozpoznając szew na wierzchu rękawicy – To jedna z tej pary co ją zostawiła na Mistrzu Chmur gdy ruszyliśmy na ekspedycję w poszukiwaniu rudy.
- Ale skąd się tu wzięła? – pytał Rainspot.
   Bircall wyćwierkał własne pytanie.
- On pyta: dlaczego to jest żywe? – dodał Stutts.
   Rainspot chwycił rękawicę ujmując ją za „palce” i powiedział Wingoverowi by ten podniósł stopę. Przepowadacz pogody podniósł rzecz do oczu i mruknął.
- Silna mała rzecz!
   Sighter już patrzył przez szkło powiększające.
- Ta rękawica jest wykonana z krowiej skóry futra królika, lecz szwy jakoś zniknęły.
   Nacisnął miękką skórę palcami.
- To coś ma własne bicie tętno.
- Niedorzeczne! – powiedział Flash – Rękawice nie ożywają.
- Na Lunitari – wtrącił Stutts – Czemu nie?
   Sturm pamiętał wzmiankę Cupelixa na temat skumulowanej siły życia smoczych jaj będącej odpowiedzialną za intensywność aury magicznej na Lunitari. Powiedział to gnomom.
- Ach – powiedział Sighter z mądrym wyrazem twarzy – Poziom mocy magicznej musi być w tych jaskiniach niezwykle wysoki. Ośmielę się przypuszczać, że każdy produkt pochodzenia zwierzęcego czy roślinnego pozostający tu wystarczająco długo będzie w stanie rozwinąć własny sposób życia.
   Roperig popatrzył w dół na własne, wykonane ze świńskiej skóry, buty.
- Chcesz powiedzieć, że moje buty mogą nagle ożyć i uciec gdzieś unosząc mnie ze sobą?
- Nie będziemy tu raczej aż tak długo by coś takiego mogło się stać – uspokajał Stutts.
   Rainspot odłożył rękawicę na posadzkę i przyszpilił ją stopą. Cutwood zasugerował, że można by dokonać sekcji i zbadać jej organy wewnętrzne.
- Puście ją. Jest niegroźna – powiedział Sturm – Nie mamy czasu na takie głupstwa.
   Rainspot uniósł stopę i rękawiczka szybko dotruchtała. Skryła się w kolejnej niszy smoczego jaja.
- Zatanawiam się – mruknął Flash – Co jedzą żywe rękawiczki?
- Palcowe pożywienie – odpalił Fitter.
   Roperig lekko pacnął go w głowę i jego ręka natychmiast się tam przykleiła.
- Skończyliście? – niecierpliwie odezwał się Sturm – Tej jaskini jest jeszcze całkiem sporo a nie sądzę, żeby lampa długo wytrzymała.
   W rzeczy samej kiey tylko skończył to mówić srebrzyste krople stopionej cyny zaczęły skapywać z lampy.
   Pognali tunelem dalej. Nagle dotarł do nich dźwięk ruchu więc się zatrzymali. Tylne odnóża i kroplo kształtny odwłok pracującego Mikona wyłonił się z ciemności. Mikon wyczuł niesione przez nich światło i dotruchtał obok intruzów. Anteny mrówki niemalże się wyprostowały gdy tak badała ludzi i gnomy. Sturm poczuł przez moment płomień strachu. Jeżeli Mikon zaatakuje to jego samotny miecz nie da rady.
   Mikon pokiwał czułkami ponownie i obrócił się wstecz. Sturm i gnomy wydali kolektywne westchnienie ulgi. Prześliznęli się o cale od gigantycznej mrówki. Była zajęta ociosywaniem szklistej „rosy” spod półki na której leżały smocze jaja. Fragment takiego kryształku wylądował u stóp Rainspota, który szybko go podniósł i wrzucił do jedwabnej torby.
- Do późniejszej analizy – powiedział.
   Nic nie wskazywało na to, że jaskinie mają zamiar się gdzieś skończyć. Po spenetrowaniu kolejnych stu jardów Sturm dał hasło do zarzymania. Miejsce, gdzie się zatrzymali było pełne Mikonów a gigantyczne mrówki przechodziły obok podróżników zwracania na nich uwagi. Cupelix nakazał im ignorowanie obecności intruzów a mrówki były posłuszne; na swój własny, precyzyjny i niezachwaiany sposób.
- Lepiej zacznijmy wracać nim zostaniemy tu rozdeptani –powiedział Sturm unikając nawałnicy nóg Mikonów.
   Rainspot uniknął kolejnych gdy mrówki podeszły do czyszczenia kolejnych smoczych jaj. Odrzucały wióry i namaszczały twarde jaja po czym wystawiały na powietrze dolne, dotąd ukryte, ich powierzchnie. Niektóre skorupy miały już szorstkie warstwy złuszczeń więc mrówki skrupulatnie usuwały martwe części. To własnie te odpadki tworzyły pergemino podobną wykładzinę jaką napotkali w pierwszej komnacie. Rainspot podniósł jeden plik takich  płatków odrzuconych ze spodniej części jaja. Najbliższy z Mikonów ostro się odwrócił i chwycił skórzaste fragmenty żuwaczkami.
- Nie! – wrzasnął z uporem Rainspot – To moje, już to przecież wyrzuciłeś!
   Gnom zaparł się piętami i pociągnął. Skrawki nie puściły, mrówka też. Raispot stawał się powoli coraz bardziej zły. Otaczająca go chmura pociemniała a w jej wnętrzu zaczęły błyskać niewielki błyskawice.
- Rainspot, puść. Weźmiemy próbki z zewnętrznej jaskini – namawiał Wingover.
   Nieustępliwy opór Mikona powodował narastające w spokojnym dotąd gnomi szaleństwo, i to coraz większe. Czterostopowej szerokości cyklon uderzył w mrówkę a niewielkie grzmoty odezwały się echem w jaskini.
   Sturm wszedł w niewielką burzę Rainspota. Ku jego zdumieniu woda w niej była gorąca.
- Rainspot! – zawołał łapiąc nieiwiekiego człowieczka za ramię – Chodźmy!
   Grot błyskawicy, jak na warunki sił natury raczej niewielkiej bo liczącej wszytkiego pięć stóp, uderzył Mikona w sam środek łba. Uderzenie odrzuciło Sturma i Rainspota przynajmniej sześć stóp wstecz. Gnom wylądował na Sturmie, potrząsnął głową, i spostrzegł trzymany w ręku kawałek skórzastej skorupy jaja.
- Mam to! – zawołał tryumfalnie.
   Sturm leżał płasko na plecach i nie promieniał szczęściem.
- Nie mógłbyś?
   Rainspot się zarumienił i stoczył z brzucha mężczyzny.
- Popatrzcie tylko – powiedział zdumiony Cutwood.
   Gnomy pierścieniem otoczyły mrówkę uderzoną piorunem.
   Błyskawica rozłupała głowę stwora na pół z precyzją znaną tylko przecinającym diamenty jubilerom. Bezgłowe ciało Mikona padło na posadzkę i leżało nieruchomo. Natychmiast pojawiła się dwójka innych Mikonów i zaczęła sprzątać. Pozozrywali zwłoki mrówki na kawałki i poodnosili je wszystkie gdzieś dalej.
- Przynajmniej wiemy, że to można zabić – powiedział Roperig.
- I nasz Rainspot tego dokonał! – powiedział Fitter.
   Delikatny przepowiadacz pogody wydawał się śmiertelnie zasmucony.
- Nigdy w życiu nie straciłem opanowania do tego stopnia – powiedział – Tak mi przykro. To jest niwybaczalne. Biedny sługa tylko wykonywał swe obowiązki a ja go zabiłem.
- Bardzo poważnie go zabiłeś – powiedział Sturm będąc pod wielkim wrażeniem całego zajścia – Przypomnij mi, bym cię nigdy nie rozzłościł.
- Mam nadzieję, że Cupelix się nie rozzłości – Rainspot wbył ciężko wystraszony.
- Przecież nie zrobiłeś tego specjalnie – pocieszał go Roperig.
- Wątpię, by pojedyncza mrówka tak wiele dla niego znaczyła – odparł Sturm – A teraz już wracajmy.
   Lampa skończyła się nim jeszcze dotarli do rampy prowadzącej do parnej jaskini. Przewodnictwo przejął Wingover i każdy trzymał teraz rękę osoby przed nim i za nim. Poruszali się jak żywy łańcuch. Ominęli raczkujące mrówki w jaskini narodzin – choć Flash bardzo łakomie popatrywał na swą kurtkę wciąż wiszącą jeszcze ze szczęk Mikona – i za niedługo znaleźli się w komnacie pokrytej śmieciami i odpadkami. Szóstka Mikonów była dokładnie tam, gdzie je zostawili, nie poruszyły się nawet o cal. Sturm i gnomy zaczęli je dosiadać i bez słowa czy gestu gigantyczne mrówki ruszyły w drogę.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#24 2017-12-09 19:34:49

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 606

Re: Mrok i Światło

Rozdział 24

Spodnie małego Fittera

   Smok na szyi którego siedziała jak przyklejona Kitiara, rozłożył skrzydła i jak kamień ruszył w dół ze swej kryjówki. Na tej wysokości skrzydła miały tylko ułatwiać lądowanie i opóźniać lot. Kitiara zdążyła odrzucić opończę i dopaść otworu wejściowego ukształtowanego jak zwykłe rozcięcie gdy Mikonowie wnieśli Sturma i całą gromadę gnomów.
- Czas najwyższy! – zawołała – Wszyscy do broni, wszyscy… Lunitarianie ustawiają się do ataku!
   Kaskada szklanych oszczepów wpadła łukiem przez otwór wejściowy i roztrzaskała się na marmurowej posadzce. Gnomy, chociaż wyraźnie zaciekawione, cofnęły się przed deszczem szklanych odłamków. Lunitarianie dziko huczeli.
- Chodzi im o ciebie –powiedział Cupelix – Chcą twojej krwi.
- Przecież z pewnością nie mogą tu wejść? – powiedział pytająco Rainspot.
- Drzewo ludy nie posiadają rozsądku – odparł smok.
- A więc nadchodzą –ponuro stwierdził Sturm.
   Zrzucił wierzchnie okrycie i zacisnął pancerz i hełm. Kitiara niestrudzenie przechodziła przez drzwi w te i z powrotem przyciągając uwagę drzewo ludów.
- Dziabniemy je choć troszkę? – spytała Sturma.
- Trzeba ich koniecznie zniechęcić – przyznał i zwrócił się w stronę smoka – Mógłbyś pożyczyć paru Mikonów? Wyrównałoby to trochę nasze szanse.
- Nie na wiele się przydadzą – odparł Cupelix.
   W powietrzu gwizdnął szklany topór i uderzył w łuskowaty korpus. Odbił się nieszkodliwie i rozleciał na posadzce. Cupelix spokojnie popatrzył na rozbitą broń.
- Mikonowie są niemal całkowicie ślepi w blasku dnia – powiedział – Jeśli spuszczę ich ze smyczy to mogą równie dobrze jak drzewo ludy was pociąć na kawałeczki.
- Dość gadania – warknęła Kitiara i umieściła tarczę na przedramieniu – Zamierzam trochę stalą pomachać!
   Sturm zacisnął mocniej pas swego miecza.
- Kit, zaczekaj na mnie!
   Nie miał tarczy, lecz jego kolczuga była znacznie cięższa. Dobył miecza i ruszył w stronę drzwi.
   Drzewo ludy wspinały się na wał ziemny usypany  przez Mikonów a teraz używały jego wysokości do uzyskania rozpędu pozwalającego rzucać dalej włóczniami. Kitiara wyżej uniosła tarczę a oszczep za oszczepem się o nią rozbijał.
- No, chodźcie tu, korą okryte paskudy! – wołała – Rzucajcie! Kitiara Uth Matar nadchodzi po was!
   Ruszyła pod górę zbocza. Z powodu zarówno stromości zbocza jak i sypkości gleby nie było jej łatwo. Bardziej rozważny Sturm obiegł obelisk do miejsca gdzie wał nie był tak stromy. Wpadł na szyt właściwie w tym samej chwili co i Kitiara, tyle że dzieliło ich teraz około czterdziestu jardów i ponad dwudziestu drzewo ludów.
   Sturm musiał szermować przeciw Lunitarianom na górze i uchylać się przed włóczniami ciskanymi z dołu. Lunitarianie huczeli najgłośniej jak tylko mogli. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni by ujrzeć gniew na zniekształconych, prostych twarzach.
   Kitiara wpakowała się w trójkę drzewo ludów wyraźnie zresztą nad nią górujących. Niewiele więcej mmogła zrobić poza zadawaniem głębokich ciosów tnących swym mieczem. Jednego złapała za konarzyste ramię, pociągnęła je do dołu i odrąbała jednym cięciem. Odcięta kończyna upadła na ziemię i zaczęła się czołgać w poszukiwaniu dotychczasowego właściciela. Wplątała się w nogi Kitiary która natychmiast się potknęła i upadła na plecy w samej zawierusze ciosów szklanych włóczni. Drzewo ludy dosłownie zalały kobietę tak więc Sturm mógł tylko myśleć, że jest poważnie ranna. Ryknął na wrogów i zaczął z furią ciąć ich plecy. Nie mogąc pchnąć i trafić w serce skoncentrował się raczej na nogach. Szklane ostrze musnęło twarz. Zostawiło gorejącą kreskę, która już zaczęła krwawić. Zignorował to. Lunitarianie przewracali się i spadali z ziemnego nasypu. Lecieli prosto na dół, przewracając towarzyszy jak uderzone kręgle.
   W prawej nodze Sturm poczuł potworny, rozdzierający ból. Spojrzał za siebie i ujrzał szklaną włócznie wbitą w tył uda. Po jej ostrzu już spływała purpurowa krew. Machnął mieczem i rozbił włócznię pozostawiając jej grot w nodze. Kitiary nie mógł nigdzie dostrzec. Zszedł na dół. Był osłabiony bólem i upływem krwi. Ześliznął się po zboczu nasypu jak najbliżej obelisku. Huczące drzewo ludy ruszyły za nim wykrzykując własną wersję jego imienia.
   No, to koniec – pomyślał – tak się to wszystko kończy. Spodziewana nawałnica ostrzy jednak nie spadła na nieopancerzoną twarz i szyję. Dźwięki bitwy rozgorzały gdzieś powyżej. Ze zdumieniem jednak odnotował, że w tych dźwiękach słychać wysokie piski radości i tryumfu. Gnomy? Przecież nie mogą się nawet wychylić! Zostaną zaszlachtowani!
   Huczenie rozszalałych Lunitarian przygasło. Sturm z wielkim wysiłkiem podniósł głowę by sprawdzić co się właściwie dzieje. Na szczycie nasypu stał drzewo lud wywijający szklanym mieczem jakby starał się odeprzeć jakiegoś niewidzialnego wroga. Jakiś ciemny przedmiot gwizdnął w powietrzu i uderzył drzewo luda w twarz z głośnym ŁUP! Lunitarianin zniknął po drugiej stronie nasypu goniony okrzykami i śmiechem gnomów.
   Ktoś obrócił Sturma dokoła. Z oczu posypał mu się czerwony kurz. Kitiara.
- Wygląda, że dopadłeś jednego – powiedziała przyjacielsko.
   Miała podrapaną twarz i zacięcia na dłoniach, lecz poza tym nie odniosła ran.
- Nic ci nie jest? – spytał słabo.
   Kitiara potrząsnęła głową i przytknęła mu do ust szyjkę własnej butelki z wodą. Krople deszczówki okazały się największym przysmakiem w jego życiu,
- Hej, Panie Sturm! Pani Kitiaro! Zwyciężyliśmy! – oznajmił Stutts.
   Wpakował kciuki za szelki i wypiął pierś do przodu.
- ImprowizowanyCepNogawkowy Wzór I okazał się sukcesem!
- Co?
- Nieważne – wtrąciła Kitiara – Musimy cię zabrać do środka.
   Podniosła go z taką samą łatwością z jaką on podniósłby dziecko i zaniosła do wnętrza obelisku.
   Gnomy poklepywały się wzajemnie po plecach i gadały tak głośno i szybko jak tylko gnomy potrafią. Sturm ujrzał przedziwną konstrukcję stojącą po jednej stronie przejścia: pionowy zbiór dźwigni i przekładni z którego zwisały trzy pary gnomiego rozmiaru portek napełnionych czymś ciężkim, pewnie ziemią. Cupelix, wszystko intensywnie obserwując, siedział na najniższej belce. Gdy tylko ujrzał, że Sturm jest ranny, natychmiast zaoferował pomoc w leczeniu.
- Żadnej magii – z uporem odezwał się Sturm.
   Cała noga bolała go już przeraźliwie, cała była już drętwa. Była też zimna, absolutnie lodowata. Szeroka, spiżowa głowa smoka zniżyła się szybko do twarzy rycerza.
- Żadnej magii, nawet gdy chodzi o twoje życie? – spytał głos wypolerowanego jaszczura.
- Żadnej magii – z uporem powtórzył Sturm.
   Rainspot obrócił twarz Sturma i podał mu gorzko smakujący korzeń prosto do usta.
- Przeżuj, proszę – powiedział.
   Ufając, że jest pod opieką bardzo nie magicznych gnomów Sturm zrobił, o co go poproszono. Po chwili odrętwienie ogarnęło całe jego ciało.
   Nie zasnął. Całkiem wyraźnie słyszał konsultacje gnomów nad jego raną, raczej słyszał niż poczuł ja wyjmowano ostrze szklanej włóczni z mięśni, słyszał jak smok doradzał w jaki sposób najlepiej zamknąć otwartą ranę. A potem leżał na brzuchu, odrętwienie minęło. W nodze pulsowało mu niemiłosiernie. Podniósł się opierając na przedramionach.
- Jeżeli zapytasz „gdzie ja jestem” to cię palnę – serdecznie odezwała się Kitiara.
- Co się stało? – spytał.
- Byłeś ranny – odparł Sighter, który właśnie przyklęknął obok głowy Sturma.
- To akurat dobrze pamiętam. Kto odparł drzewo ludy?
- Chciałabym móc powiedzieć, że to ja – powiedziała Kitiara.
- My tego dokonaliśmy – oznajmił Stutts wychodząc zza pleców Sightera.
   Cupelix coś tam zagrzmiał, czego Sturm nie zdołał zrozumieć a co spowodowało, że Stutts lekko przybladł i dodał.
- Z pomocą smoka, oczywiście.
- Przystosowaliśmy projekt gnomiej katapulty – powiedział Wingover.
   Ukląkł obok Stuttsa i spoglądał ponad ramieniem Sightera.
- Użyliśmy portek Cutwooda, wypełniliśmy je ziemią jako próbkę do katapultowania. Birdcall zasugerował, żeby od razu rzucić nimi w Lunitarian ale to by starczyło tylko na jeden strzał…
- … więc ja i Roperig daliśmy jeszcze nasze – dodał Fitter, który właśnie nadszedł a długie kalesony na jego nogach wyraźnie potwierdzały słowa – wypełniliśmy je ziemią i i przywiązaliśmy do ramion miotających…
-… i użyliśmy systemu przekładni do obicia wroga na wale – zakończył za swego praktykanta Roperig.
- Bardzo pomysłowo – przyznał Sturm – Tylko dlaczego rozwścieczony lud drzewny tak uciekał gdy uderzyły go tylko pary jakiś tam portek? Dlaczego was wszyscy nie napadli?
- A to już moja sprawa – skromnie odezwał się Cupelix – Utkałem zaklęcie iluzji nad gnomami i ich machiną. Lunitarianie widzieli tylko wielkiego, ziejącego ogniem, czerwonego smoka, który właśnie ich atakuje. Jego straszliwe szpony chwytały po kolei drzewo ludy i ciskały poza ten wał. Efekt fizyczny w połączeniu z iluzją okazał się bardzo efektywny. Drzewo ludy uciekły.
- A cóż zabroni im dojść do siebie po jakimś czasie i tu wrócić? – spytała Kit.
- Po zachodzie słońca wyślę Mikonów by pogonili ich do wioski, raz a dobrze.
   Gnomy, skończywszy opowieść, zaczęły się rozchodzić. Sturm przywołał Stuttsa z powrotem.
- Tak? – spytał najstarszy z gnomów.
- Sprawdzałeś jak idą naprawy Mistrza Chmur?
- Jeszcze nie.
- Przyjacielu, pogoń troszkę kolegów. Musimy opuścić ten świat i to szybko – powiedział Sturm.
   Stutts pogładził krótką, jedwabistą bródkę.
- Po co ten pośpiech? Przecież nowe elementy naszego silnika muszą jeszcze zostać przetestowane.
   Sturm zniżył głos.
- Smok może wierzyć, że drzewo ludy już tu nie wrócą, lecz ja nie mam zamiaru podejmować takiego ryzyka. Poza tym Cupelix będzie…
   Zamknął usta bowiem zobaczył nadchodzącą Kitiarę.
- Pogadamy później – zakończył.
   Stutts skinął głową i poczłapał w stronę Mistrza Chmur z paluchami zahaczonymi o kieszenie kamizelki. Kitiara nie zwróciła uwagi na jego przesadną nonszalancję. Przysiadła obok Sturma.
- Bardzo boli?
- Tylko podczas tańca – odparł z nietypowym dla niego poczuciem humoru.
   Parsknęła.
- Przeżyjesz – powiedziała i poklepała zabandażowaną powierzchnię – Pewnie nawet siniaka nie będzie. Co cię podkusiło, żeby szarżować na drzewo ludy? Nie miałeś tarczy i żadnego opancerzenia na nogi.
- Widziałem, że leżysz – odparł – Więc pognałem na pomoc.
   Kitiara przez chwilę była cicho.
- Dziękuję.
   Sturm ostrożnie odwrócił ciało na zdrową stronę i wreszcie usiadł prosto.
- O, tak lepiej! Dostawałem już bólu głowy od takiego leżenia! Wiesz, co w tym wszystkim jest absolutnie niewybaczalne? To, że ty i ja, dwójka dobrze wyszkolonych wojowników, prawie mistrzów w sztuce walki, musiała ulec bandzie wściekłych drzew i została uratowana przez paczkę stukniętych gnomów używających jako pocisków portek wypchanych ziemią!
   Kitiara zaczęła się śmiać. Wszelkie napięcia i podejrzenia jakie jeszcze istniały nagle zniknęły w wybuchu jej śmiechu. Łzy leciały potokiem z oczu dziewczyny, nie mogła się powstrzymać.
- Portki małego Fittera – powiedział Sturm czując już jak głęboko w gardle narasta mu wielka gula śmiechu – Portki małego Fittera przebrane za szpony czerwonego smoka!
   Kitiara bezsilnie skinęła głową, twarz wykrzywiał jej grymas wręcz histerycznego rozbawienia. Ogromny, grzmiący wybuch śmiechu wydarł się z gardła Sturma. Wywołane nim wstrząsy wznowiły ból w ciasno opatrzonej nodze, lecz i tak nie umiał się powstrzymać. Spróbował się odezwać, lecz jedynym skutkiem było to, że zdołał wysapać.
- NogawkowyCep!
   Po czy wybuchł nową kaskadą śmiechu. Kitiara oparła się oń i ciężko usiłowała złapać oddech w krótkich przerwach między radosnymi konwulsjami. Jej głowa spoczęła w końcu na ramieniu Sturma a ręce owinęły wokół szyi towarzysza.
   Gdzieś wyżej Cupelix przysiadł w ocienionym narożu wieży a wstęga bursztynowego światła słońca padła na rozwinięte końcówki skrzydeł. Oświetlony z tyłu spiżowy smok pobłyskiwał niczym złotem.
* * * * *
   Niezależnie od poprzednich protestów kiedy tylko Kitiara przyniosła miskę polewki z dziczyzny Sturm zjadł wszystko bez mrugnięcia okiem. A nawet coś jeszcze ponadto: gdy zaoferowała przygotowanie dla niego podparcia pod plecy z noszonego przez nią futra i jej derki zgodził się bez wahania. Takie traktowanie przedtem by odrzucił i cierpiałby dalej ze zwykłym stoicyzmem.
   Gnomy, chyba jak zawsze, jadły wszystko z apetytem i entuzjazmem siedząc pod delikatnym oświetleniem czwórki Mikonów jakie pozostały na miejscu gdy reszta ruszyła przegnać precz Lunitarian. Mrówki zwisały głowami w dół wisząc na przednich nogach i wyglądając jak groteskowe, papierowe lampiony. Jedynymi przerażającymi aspektami potulnej raczej figury były złowieszcze żądła.
- Nowe części nie wykazują żadnych wad ani zmęczenia materiału – powiedział Flash pracując ciężko chochlą w garnku – Jeżeli tylko uzyskamy porządne ładowanie za pomocą błyskawicy to nie widzę powodu, żebyśmy nie mogli odlecieć do domu choćby zaraza.
   Chciał odłożyć metalową chochlę z powrotem do miski, lecz niestety przywarła mu magnetycznie do dłoni. Dopiero Cutwood go od niej uwolnił przyklejając do siebie.
- Wiecie co – powiedział Sifgter bezwiednie mieszając swój pudding – Obierając prawidłowy kąt lotu moglibyśmy całkiem łatwo polecieć stąd na jakiś inny księżyc.
   Taka opcja została powitana grzmiącą ciszą.
- Solinari czy mroczny księżyc. Co o tym myślicie?
   Birdcall odpowiedział za wszystkich. Włożył dwa palce w usta i wydał wielce obraźliwy gwizd.
- Nie ma się o co obrażać – mruknął Sighter.
- Najważniejsze w tej chwili to wrócić do Góry Nieważne i powiadomić wszystkich o naszym sukcesie – oznajmił Stutts – Nawigacja powietrzna stała się faktem a naród gnomów nie powinien opóźniać badań nad możliwościami jakie ona oferuje.
   Sturm, wygodnie wyciągnięty na posadzce obok stołu obiadowego, pytał.
- Jakie możliwości przewidujesz?
- Podróże i przygotowanie map będą o wiele łatwiejsze z powietrza. To będzie dobrodziejstwo dla nawigacji. Cały ciężki transport, jaki teraz wykonują statki, może być znacznie efektywniej wykonany w locie. Już widzę w wyobraźni wielkie, powietrzne galeony o sześciu czy ośmiu parach skrzydeł, kursujące po podniebnych szlakach handlowych i dostarczających wszelkie dobra do najdalszych zakątków Krynnu…
   Stutts aż zapatrzył się w majestat swej koncepcji.
- A poza tym jest jeszcze wojna – złowieszczo dodał Sighter.
- Jak wojna – spytała Kitiara.
- Jakakolwiek. Na Krynnie gdzieś zawsze jest wojna, prawda? Możesz dojrzeć kawalerię wypadającą z chmur, nurkującą w dół i niszczącą pola, farmy, miasta, świątynie i zamki? To będzie łatwe. Tak, tak, łatwo będzie cisnąć w dół ogień i kamienie na głowy przeciwników. W warsztatach Góry Nieważne są rzeczy jeszcze dziwniejsze. Broń, która nie potrzebując magii może zniszczyć cały świat.
   Posępna wizja zmroziła wszelkie rozmowy. I wtedy, gdzieś z góry, odezwał Się Cupelix.
- Brzmi to tak, jakbyście wy, gnomy, planowały stworzenie nowej rasy swoich własnych smoków – mechanicznych smoków całkowicie posłusznych dłoniom ich władców. Wszystko to, o czym mówił Pan Sighter zdarzyło się już jakieś tysiąc czy więcej lat temy, gdy smoki służyły w wielkich wojnach.
- To może nie powinniśmy dzieić się sekretem nawigacji powietrznej – z wahaniem mruknął Fitter.
- Wiedza musi być upowszechniana – oznajmił Stutts – W czystej wiedzy nie ma zła. To dopiero sprawa jej użycia determinuje czy wyniknie z niej coś złego czy dobrego.
- Wiedza to moc – powiedział smok popatrując na Kitiarę.
   Schowała nos w czarce a gdy ją opróżniła odstawiła ją na stół z głośnym stuknięciem.
- Zapominamy wszyscy o bardzo ważnej sprawie – powiedziała ocierając usta wierchem dłoni – Jesteśmy tutaj co nieco winni, mamy dług. Nie powinniśmy odlatywać bez odpłaty.
- Dług? – spytał Cutwood – Wobec kogo?
- Naszego gospodarza – odparła Kitiara – Wspaniałego smoka, Cupelixa.
   Gnomy wybuchły głosnym, uprzejmym aplauzem.
- Dzięki, dzięki, jesteście bardzo uprzejmi – powiedział smok.
- Dawno już wpadlibyśmy w łapska Lunitarian gdyby nie interwencje Cupelixa – kontynuowała Kitiara – Teraz jesteśmy bezpieczni, latający statek jest naprawiony a my mamy dług do spłacenia. Co mamy z tym zrobić?
- Nie chciałbyś może trochę świeżej wody? – spytał Rainspot.
- Bardzo miłe, lecz całkowicie niepotrzebne – odparł smok – Mikonowie przynoszą mi wodę prosto z głębokich jaskiń.
- A może masz jakieś maszyny do naprawienia? – troskliwie spytał Flash.
- Kompletnie żadnej.
   Pozostałe gnomy przerzucały się różnymi propozycjami, które smok uprzejmie odrzucał jako niepotrzebne lub go całkiem nie dotyczące.
- A co w takim razie możemy zrobić? – zapytał zdesperowany Wingover.
   Cupelix wygłosił skróconą wersję opisu własnej sytuacji wewnątrz tego obelisku oraz opisał jak bardzo pragnie się z tego wszystkiego uwolnić. Gnomy popatrzyły po sobie i zamrugały oczami.
- I to wszystko? – spytał Roperig.
- Nic ponad to? – dodał (w tłumaczeniu) Birdcall.
- Tylko ta jedna, prosta sprawa – odparł smok.
   Sturm ostrożnie podparł się do pozycji siedzącej bowiem zraniona noga szybko przypomniała bólem o swoim stanie.
- Czy rozważyłeś, smoku, że to jakaś wyższa siła zamierzyła, że masz przeżyć życie między tymi ścianami? Czy uwalniając cię nie popełnimy czynu bluźnierczego?
- Bogowie wznieśli te ściany i umieścili tutaj to mnóstwo smoczych jaj, lecz przez te tysiące lat gdy byłem mieszkańcem obelisku żaden bóg, półbóg czy duch nie objawił żadnego boskiego planu wobec mnie – Cupelix, mówić to, przestępował z nogi na nogę – Sądzicie pewnie, że mój pobyt tutaj, podobny zresztą do pobytu kurczaka w kurniku, to dobra sprawa. Czy nie możecie popatrzeć na to tak, jak ja to widzę? Przecież na dobrą sprawę to jestem tu uwięziony. Czy jest złym czynem uwolnienie niewinnego więźnia?
- Co stanie się z tymi wszystkimi jajami smoków gdy ty stąd odejdziesz? – spytał Roperig.
- Mikonowie będą wiecznie o nie dbać i ich strzec. Bez świadomego bodźca żadne jajo nie zacznie się wylęgać. Jeśli tylko o to chodzi, to jestem tu całkiem zbyteczny.
- Jestem za tym, żeby mu pomóc – powiedziała Kitiara z przekonaniem.
   Pochyliła się nad stołem i popatrzyła gnomom w oczy.
- Kto z was może uczciwie powiedziać, że smok nie zasługuje na pomoc?
   Wszyscy byli cicho aż wreszcie przemówił Sturm.
- Zgodzę się gdy smok odpowie na jedno pytanie: Co uczyni gdy już będzie wolny?
- Będę się upajać wolnością, to chyba jasne. Zacznę natychmiast podróżować, ltać gdziekolwiek wiatry nieba mnie zaniosą.
   Sturm złożył ręce.
- Na Krynn? – spytał ostro.
- Dlaczego nie? Czy jest piękniejszy świat pomiędzy tutaj a gwiazdami?
- Smoki przegnano z Krynnu dawno temu ponieważ ich moc została wykorzystana do spiskowania i kontrolowania życia śmiertelnych. Nie możesz wracać na Krynn – powiedział Sturm.
- Cupelix nie jest złym smokiem – kłóciła się Kitiara – Czy sądzisz, że mógłby żyć tak długo na księżycu neutralnej magii i nie zostać jego wpływem złagodzony?
- Co by było gdyby… - powoli odparł Sturm – Cupelix nie jest zagrożeniem dla Krynnu. Nadal jest smokiem. Moi przodkowie walczyli i umierali by oczyścić świat ze smoków. Jakże mógłbym ich obrażać pomagając smokowi – nawet tak niewinnemu jak ten – w powrocie do świata?
   Kitiara wstała tak gwałtownie, że aż się jej krzesło przewróciło.
- Cierpiący bogowie! Ty myślisz, że kim jesteś, Sturmie Brightblade? Moi przodkowie też walczyli w Smoczych Wojnach. To były inne czasy i inne okoliczności.
   Odwróciła się w stronę gnomów.
- Do was się zwracam. Czy mamy odpłacić za opiekę smoka zwykłą obojętnością? Czy będziemy napychać sobie brzuchy jego jedzeniem, naprawiać statek z jego pomocą a potem odlatywać nawet próby pomocy w jego uwolnieniu?
   Teraz ich miała. Wszystkie dziewięć małych twarzyczek, wszystkie pobladłe z powodu krótkich dni Lunitari, były z uwagą wpatrzone w nią jedną. Kitiara wzniosła rękę i wskazała na cichego Cupelixa, który zdołał teraz wyglądać na osamotnionego i opuszczonego na marmurowej półce.
- Postawcie siebie w jego miejsce – powiedziała dostojnie.
- Który z nas? – spytał Cutwood.
- Bez znaczenia… każdy z was. Pomyślcie, jak byście się czuli spędzając całe swe życie wewnątrz tej wieży i nie mogąc nawet wyjść na zewnątrz. I rozważcie, że życie smoka to nie pięćdziesiąt, czy nawet dwieście, lat, lecz dwadzieścia razy po dwieście! Jak byście się czuli, uwięzieni w samotnej wieży, z nikim do pogadania i bez żadnych narzędzi?
   Roperig i Fitter sapnęli.
- Żadnych narzędzi?
- Tak. Nawet bez drewna czy metalu do obróbki. Żadnych przekładni, zaworów czy dźwigni.
- Przestraszne! – powiedział Flash.
   Birdcall wsparł jego opinię smutnym, cichnący gwizdaniem.
- A teraz my… wy… macie szansę, żeby tak straszny stan naprawić. Macie dość pomysłowości by zaprojektować jakiś sposób pozwalający Cupelixowi na uwolnienie. Zrobicie to? – spytała.
   Wingover skoczył na równe nogi.
- Zrobimy! Zrobimy!
   Rainspot i Fitter otwarcie szlochali nad niesprawiedliwością wyrządzoną smokowi podczas gdy Stutts i Sighter już bombardowali się nawzajem pierwszymi szkicami na sposób otwarcia obelisku. Wingover wlazł na swoje krzesło a potem i na stół i wskazał dramatycznym gestem na bezskrzydły kadłub Mistrza Chmur.
- Na statek! – zawołał – Musimy przygotować plan!
- Tak, tak, tam są narzędzia – dodał Cutwood.
- I pergamin, i ołówki!
- I materiały, i tygle!
- Liny i bloki!
- Rodzynki!
   Gnomy odbiegły hurmem od stołu przypominając niewielki strumień hałaśliwego idealizmu zmieszanego z rozklekotaną pomysłowością. Kiedy ostatni z nich zniknął na rampie Kitiara, teraz już uśmiechnięta, odwróciła się do Sturma.
- Bardzo sprytnie – powiedział w końcu – Dobrze sobie poradziłaś.
- Z czym? - spytała prostodusznie.
- Oboje dobrze wiemy jak impulsywne są gnomy. Między twoją namiętną mową o wolności a wielkim projektem inżynieryjnym Obelisk nie miał żadnych szans.
- Mam nadzieję, że masz rację – powiedział Cupelix.
   Niesamowite było to, jak łatwo było zapomnieć o obecności smoka siedzącego cicho powyżej linii zasięgu światła. Sturm się wzdrygnął.
- Nie bądź taki podejrzliwy – zbeształ go smok – Sądzisz może, że gdyby moje intencje były co najmniej mroczne to uciekałbym się do bankietów i perswazji? Moi Mikonowie zatrzymaliby statek w nieskończoność aż wreszcie zgodzilibyście się pomóc, lub może zostawiłbym was drzewo ludom.
- Nikt z nas nigdy nie twierdził, że reprezentujesz zło – upierał się Sturm – Jesteś wyrafinowany i bardzo zdeterminowany by osiągnąć cel. Gdybyś mógł wydostać się z tego więzienia poświęcając Kit, mnie czy gnomy to nie sądzę byś długo wahał nad poświęceniem nas.
   Cupelix rozłożył skrzydła i naprężył nogi do skoku w powietrze.
- Uspokój się, Panie Brightblade. Nie ma potrzeby nikogo poświęcać. Wszyscy jeszcze zobaczymy Krynn, przyrzekam.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#25 2017-12-11 15:46:27

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 606

Re: Mrok i Światło

Rozdział 25

Gnomoplany

   Gnomy podzieliły się na dwie grupy. Pierwsza z nich, składająca się z Stuttsa, Flasha, Wingovera, Sightera i Birdcalla, miała przestudiować problem przełamania ścian obelisku. Pozostałe cztery gnomy zajęły się problemem bezpiecznego usunięcia wszystkiego co zostało w wieży włączając w to samego Cupelixa, Mistrza Chmur, Sturma i Kitiary. Mikonowie powrócili nim minęła połowa nocy i na rozkaz smoka zrównali z gruntem wał ziemny, który parę dni temu usypali. Ponieważ zaś tych gigantów było przy pracy ponad pięćdziesiąt to ziemia wokół obelisku wkrótce była wygładzona i wyglądała jak uprzednio. Kitiara natomiast wraz z Grupą Przełamania (jak sami się nazwali) wyszła na zewnątrz by zbadać mur.
- Na poziomie gruntu marmurowe ściany mają grubość nie mniej niż jedenaście stóp – raportował Stutts czytając swoje notatki – Mając najlepsze nawet stalowe dłuta i oskardy grupie kopaczy przebicie się przez tą ścianę zajmie wiele dni.
- A na domiar wszystkiego – dodał Sighter – z moich analiz wynika, że kamień jest niezwykle twardy. W rzeczy samej o wiele twardszy od zwykłego marmuru. Jest zeszklony.
- Zeszklony? Hmmm.
   Kitiara popatrzyła na wysoką wieżę obelisku. Gdzieś na jej szczycie pobłyskiwała czerwona aura. Przypomniała gnomom potężne wyładowania jakie widzieli gdy słońce zaczynało wschodzić.
- Cała taka energia musiała chyba utwardzić kamień – powiedziała.
   Stutts wyciągnął dłoń i dotknął zimnego kamienia. Pomiędzy szerokimi kamieniami widać było warstwę słyszącej, czarnej i jeszcze zimniejszej od marmuru zaprawy.
- Metal – mruknął – Metal jako zaprawa.
- Doprawdy? – zdumiał się Flash – jaki to rodzaj metalu?
   Stutts podrapał paznokciem po szerokiej na sześć cali warstwie. Barwa nie schodziła.
- Wygląda na miękki – powiedział – Być może to ołów.
   Sighter i Birdcall również sprawdzili zaprawę. Birdcall wygwizdał potwierdzenie, te metal to rzeczywiście ołów.
- Całkiem solidny – powiedział Wingover poklepując mur.
- Mam pewien pomysł – oznajmiła Kitiara.
   Gnomy popatrzyły na nią zupełnie tak, jakby nagle stwierdziła, że wyrasta jej druga głowa.
- No co, mam. A oto on: wiele razy widziałam, jak mury zamkowe padały podczas oblężenia przez obcą armię, a bywały i tak grube jak ten, choć może i nie tak twarde jak ta ściana. Oblegający po prostu kopali pod nimi tunel, podkopywali fundamenty i w ten sposób mur padał.
   Na twarzach Grupy Przełamania wykwitł wyraz konsternacji.
- Cóż, to piekielnie proste – oznajmił Stutts.
- Dlaczego my o tym nie pomyśleliśmy? – spytał Flash.
- Wszystko co trzeba zrobić to wykopać cały ten piach! - zawołał Wingover.
  Opadli na kolana aż się kurz purpurowy podniósł. Kitiara pokręciła głową i wróciła do wnętrza statku. Sturm był już na nogach oparty o kule jakie zmajstrował mu Cutwood. Musiał trzymać się z dala od przygotowań lecz zapytał jaką decyzję podjęły gnomy.
- Teraz tylko kopiemy – odparła Kitiara.
   Przywłaszczyła sobie z zapasu narzędzi potężny pręt do rozbijania i wróciła do wariackich kopaczy. Sturm pokuśtykał w jej ślady.
   W tak krótkim czasie gnomy zdążyły już wyryć krater głębokości ich własnego wzrostu. W dalszym ciągu jednak struktura fundamentów obelisku nie różniła niczym od budowli ponad ich głowami – po prostu więcej masywnych bloków marmuru połączonych ołowiem. Kitiara wygoniła wszystkich z wykopu i potężnie zamachnęła się trzymanym łomem.
- Czekaj – krzyknął Wingover – to jest twardy…
   Cofnęła łom głębokim łukiem i uderzyła fundament muru z cała swą, nowo pozyskaną, siłą. Rozległ się trzask podobny do łamania suchej gałązki i drobny odprysk marmuru poleciał w powietrze. Upadł u stóp Sturma jak upuszczony płatek kamiennej róży.
- Popatrz na łom! – krzyknął Flash.
   Kitiara uniosła gruby na cal żelazny pręt. Płaskie, penetrujące zakończenie przypominało kształtem grzybek a cały łom był zgięty pod bardzo zgrabnym łukiem. Kitiara oparła łom o kolano i starała się go wyprostować, lecz zdołała go tylko wygiąć w drugą stronę. Zniesmaczona cisnęła narzędzie precz.
- Właśnie chciałem ci to powiedzieć – rzekł Wingover gdy tylko Kitiara wyszła z dołu – Cały fundament wieży spoczywa na sklepieniu jaskini. To twardy kamień.
- Są w nim przecież dziury – powiedział Sighter – Dziury Mikonów. Przecież sami przechodziliśmy. No, wtedy gdy poszliśmy zonaczyć smocze jaja.
- Górnictwo na nic się tu nie zda – smutno stwierdził Stutts – Przez fundament nie damy rady się przebić, podobnie jak przez ściany powyżej.
   Kitiara wylazłszy z dziury zaczęła się otrzepywać z różowego kurzu i czyścić nogawice. Oddech zaczął jej się skraplać w mgiełkę w nocnym powietrzu.
- Wasza kolej, gnomy.
   Twarze małych ludzi popatrywały na siebie nawzajem przez parę minut a potoczysta dyskusja nie pozwalała ludziom nic zrozumieć. Na zakończenie Stutts podniósł twarz i powiedział.   
- Musimy skonsultować się z kolegami.
- Macie jakiś plan? – spytał Sturm.
- Podstawy planu, lecz wciąż potrzebujemy mądrości towarzyszy wewnątrz statku.
   Gnomy odeszły zwartą gromadką.
   Sturm popychał stopą łom.
- Tak wielką siłę chyba trudno jest kontrolować, prawda? – a gdy Kitiara nie zamierzała odpowiadać kontynuował – Robisz się cały czas silniejsza, Kit? Czy to dlatego poruszasz się tak, jakby cały świat był zrobiony ze szkła?
   Podniosła jedną ręką łom i przytrzymała. Nacisnęła kciukiem prawej ręki a łom powoli się zaczął prostować – tylko pod naciskiem kciuka! Odrzuciła łom i spytała.
- To właśnie chciałeś zobaczyć?
* * * * *
   Cupelix i ludzie usiedli z uwagą po jednej stronie obelisku, tzn. Kitiara i Sturm siedli na skrzynkach podczas gdy smok usiadł na najniższej półce nad nimi. Gnomy przysiadły na belce z twarzami zwróconymi w stronę ludzi. Cutwood rozstawił przed nimi sztalugę przykrytą luźną tkaniną. Stutts stał przy sztaludze a w dłoni trzymał długi, zaostrzony wskaźnik.
- Pani, Panie, Bestio – zaczął.
   Porywiste westchnienie smoka zawiało brodę Stuttsa aż za jego ramię.
- Pani, Panie, Smoku – zaczął jeszcze raz – Nie mi będzie wolno przedstawić ObeliskowyŚwiderUcieczki Model I.
   Jednym ruchem zerwał tkaninę i oczom wszystkich ukazał się kawał pergaminu przypięty do sztalugi. Fantastycznie wyglądające urządzenie narysowano brązowym atramentem. Na podstawie zbudowanej z potężnych belek znajdował się spiralny świder, potężnie powiększona wersja narzędzia używanego przez stolarzy do wiercenia otworów w drewnie. Zgodnie z rysunkiem na pergaminie samo wiertło miało średnicę piętnastu stóp, co według Stuttsa stanowiło wymiar optymalny aby Cupelix mógł przejść.
- Bardzo pomysłowo – powiedział smok popatrując na dziwny rysunek z widocznym sceptycyzmem – A jak to działa?
- Poprzez korbę mimośrodową, o tutaj – wskaźnik puknął w odpowiednie miejsce rysunku – Wszyscy jedenastu jak tu jesteśmy będzie korbą kręcić. Zgodnie z naszymi dokładnymi obliczeniami świder przejdzie przez ścianę po sześćdziesięciu siedmiu godzinach pracy.
- To prawie trzy dni! – krzyknęła Kitiara.
- Na Lunitari tylko dwa dni i noc – powiedział Sighter.
- To mało istotne – wtrącił Sturm – Skąd weźmiecie stal by wykonać wiertło? Skąd weźmiecie drewno do budowy tej ramy?
- Ach – powiedział Cutwood – Poza samymi ostrzami wiertła i najbardziej obciążonymi miejscami takie jak łożyska na przykład, wszystkie części ObeliskowegoŚwidraUcieczki będą wykonane z drewna.
- Jakiego drewna!
- No jak to, z kadłuba i masztów Mistrza Chmur.
- O rany! – zawołała Kitiara.
   Ciężko opuściła głowę i podparła ją dłońmi. Sturm tylko westchnął.
- Jeżeli rozbierzecie latający statek, to czym wrócimy do domu? – zapytał przywołując jednocześnie całą cierpliwość na jaką jeszcze mógł się zdobyć.
   Zaskoczone gnomy popatrzyły jeden na drugiego. Bardzo przyciszonym głosem Fitter bąknął coś o powtórnym złożeniu statku gdy już smok będzie na zewnątrz.
- Nie! – zawołała Kitiara – Nigdy nie zdołacie pozbierać do kupy tych desek tak, żeby był to znowu latający statek. Musicie się, chłopcy, lepiej postarać!
- Nie ma obawy! – przyłączył się dyskusji Stutts.
   Zerwał skomplikowany rysunek ObeliskowegoŚwidraUcieczki ze sztalugi. Pod spodem znajdował się inny, równie wyrafinowany i pełen detali, projekt.
- To jest, co z dumą mogę oznajmić, ObeliskowyPoszerzaczWejścia – oznajmił Stutts – Uznając, że istniejący otwór wejściowy reprezentuje strukturę naturalną przygotowaliśmy alternatywne wyjście z sytuacji. Te bolce śrubowe – wskaźnik znowu poleciał w stronę rysunku – zostaną wkręcone w otworze wejściowym. Przez dokręcanie ich przy pomocy tych kluczy w tym, tym i tym miejscu doprowadzimy do rozpadu obramowania, co skutkować będzie znacznym poszerzeniem wyjścia.
   Sturmowi i Kitiarze wystarczyła niecała minuta aby zdemolować projekt PoszerzaczaWejścia, głównie zresztą z tego samego co uprzednio powodu: brak materiałów wysokiej jakości. Po prostu nie było skąd wziąć dobrego drewna ani metalu poza tym, jaki został przywieziony przez Mistrza Chmur i jego załogę.
- Wygląda, że to wszystko jest beznadziejne – smutno westchnął smok.
- Nigdy! – zakrzyknął Wingover.
   Zdarł bandaże z twarzy tak, by każdy mógł zobaczyć jego oczy. Stały się całkowicie czarne. Daremnie Wingover zakrył je dłońmi.
- Widzicie, co się ze mną stało – powiedział – Nie mogę już od siebie odciąć żadnego obrazu. Muszę nawet spać twarzą w ziemi gdzie tylko liczę kolejne warstwy aż do serca tego księżyca.
   Wskazał palcem na stojącego obok Cutwooda.
- Mój dobry kolega słyszy jak każde ziarno pisku przesypując się trze o kolejne. Ręce Roperiga są już właściwie całkiem sklejone, nieprawdaż Roperigu? Ubrania Rainspota zaczynają gnić od ciągłej wilgoci. Wszyscy pozostali też mają problemy, lecz nie odejdziemy stąd dopóki nie rozwiążemy problemu.
   Sturm z uwagą wysłuchał wynurzeń Winovera.
- Skoro już mówimy o wszystkich naszych „darach” to pozwólcie, ze i ja coś pokażę – powiedział.
   Podarł bandaż na nodze. Dwie noce i jeden dzień temu była tam paskudna, ziejąca rana. Teraz była tylko gładka, nienaruszona skóra.
- Ta sama magia, która powoduje, że drzewa zaczynają chodzić a nawet walczyć uleczyła moją ranę. Nie prosiłem o nic takiego, lecz to jednak przekonało mnie o jednym. To nie jest miejsce dla śmiertelnych. Pomogę ci smoku z całych sił choćby z tego jednego powodu. Im dłużej pozostajemy na Lunitari tym dłużej magia na nas wpływa. Skoro zaś moi towarzysze zdecydowali się ci pomóc, to mój opór może tylko przeszkodzić ich postępom.
- Witaj w zmaganiach – odparł Cupelix.
- Wingover – powiedziała Kitiara – Skoro możesz patrzyć poprzez grunt na którym stoimy, to powiedz czy widzisz tam jakieś złoża żelaza lub miedzi? Czegokolwiek, czego moglibyśmy Użyć?
- Niestety, pani, nic. Cały ten księżyc składa się z piasku, potem leży granit, a potem więcej piasku.
- Piasek – mruknął Sighter.
   Zeskoczył z ławki i poczłapał do odległej ściany i z powrotem. Pociągnął grubym palcem po widocznej warstwie ołowiu łączącej marmurowe bloki poukładane jeden na drugim.
- Piasek! – krzyknął – Piasek, piasek, pasek!
- Uważajcie! – powiedział Rainspot – Chyba mu się przekładnia poluzowała.
   Sighter wziął głęboki wdech i pomaszerował w stronę Stuttsa w wyraźnie dystyngony sposób.
- Piasek – powiedział – Jest jedynym materiałem jakiego ten świat dostarcza w obfitości, prawda?
- No, tak – odparł Stutts.
   Sighter gwałtownie otworzył lunetę i położył ją na dłoni swego kolegi.
- Z czego zrobione są soczewki?
- Szkło – odparł natychmiast Roperig.
   Sighter zawirował i wskazał palcem wszystko-klejącego gnoma.
- A z czego robią Lunitarianie swoją broń?
- Szkło – razem odpowiedzili i Kitiara, i Sturm.
- Tak! A z czego jest zrobione szkło? – zawołał Sighter.
   Nikt nie chciał wypowiedzieć słowa. W końcu zdecydował się Fitter.
- Ze szkła, ale…
- Piasek, szkło, soczewka! Nie widzicie? Możemy zrobić gigantyczną soczewkę i z jej pomocą skupić promienie słoneczne w płonący punkt. W ognisku promienie będą znacznie gorętsze niż to wymagane do stopienia ołowiu, więc…
- Cała ściana runie na dół – powiedział Cupelix – Myślisz, że możecie tego dokonać?
- Nic nigdy nie jest pewne – powiedział Sighter z bardzo nie gnomijską ostrożnością – Będziemy potrzebowali ciągłego zaopatrzenia w gorąco, żeby móc stopić piasek
- A co ze źródłem ciepła, jakie znaleźliśmy w jaskini? – powiedział Sturm – Będzie to wystarczająco gorące?
- Hmm, płynna magma to znacznie więcej niż potrzeba do stopienia piasku – odparł Flash.
- Mikonowie mogą dostarczyć każdej ilości piasku jak będzie potrzebna – rzekł Cupelix – Mam ich paganiać?
- Może jednak najpierw wypchniemy Mistrza Chmur na zewnątrz – powiedział Stutts – Będziemy potrzebowali do roboty całą powierzchnię posadzki.
   Cupelix przywołał dwie mrówki a gnomy zaprzęgły je do dzioba latającego statku. Mikonowie przeciągnęli trzeszczący kadłub przez wejście i dalej na gładką powierzchnię. Gnomy wyniosły zdemontowane skrzydła i ułożyły je w cieniu kadłuba. Cupelix rozpoczął długą, telepatyczną komunikację ze swymi podwładnymi i już po krótkim czasie Mikonowie zaczęli zbierać się w dolinie. Ze wszystkich stron otoczyli obelisk jak armia milczących, stukających stworzeń wsłuchanych w głos, który tylko one mogły usłyszeć. Bez żadnej, słyszalnej komendy trzy grupy gigantycznych mrówek obróciły się tyłem do wieży i zaczęły zagarniać łbami ziemię. Bruzdy szaro czerwonego piasku zaczęły odwracać się w gwiaździste niebo a pozostali Mikonowie zaczęli spychać piasek w wygodne sterty.
   Sighter wyrysował pośpiesznie projekt zapalającej soczewki, dwadzieścia dwie stopy średnicy i siedem stóp grubości w centrun.
- Myślisz, że to zadziała? – spytała Kitiara.
- Jeśli uda się soczewkę zrobić w jednym kawałku to jej polerowanie nie potrwa długo. A poza tym… tutaj jest naprawdę dużo piasku – odparł gnom.
   Zwinął pergaminowy projekt i wetknął go pod pachę. Na zewnątrz trudzili się Mikonowie. Ziemia drżała pod naporem siły nieustępliwych łbów.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
Gta sa zarabianie www.aerosmith.pun.pl metin2 priv smok pvp divine world s2 co mozna ulepszac gdzie jest nr silnika w golfie iv