DragonLance Forum

Forum dla fanów DragonLance, książek fantasy oraz RPG.

#1 2018-08-21 21:24:12

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 687

Riverwind z równin

Dragonlance
Preludia 2 Tom 1





Riverwind z równin
PAUL B. THOMPSON & TONYA R. CARTER
















Tłumaczenie: janjuz
Korekta: arvina


















Część I


Powolny upadek


Rozdział 1

Trzy żołędzie

   Mężczyźni Que-Shu zebrali się zwołani równomiernym dźwiękiem bębnów. Setka mężczyzn z wyprostowanymi ramionami, stoicka setka, sformowała dwie linie i weszła do Domu Braci. Zostawili własne stada pod opieką synów, którzy byli jeszcze zbyt młodzi, bu móc doświadczać nadchodzącej, uroczystej ceremonii. Pola i warsztaty leżały odłogiem na czas rytuału. Kobiety i dzieci odeszły w swoich sprawach. Ciekawość im nie przystoi.
   Nikt jednak nie mógł zignorować bębnów. A już najmniej Goldmoon, pierwsza kapłanka plemienia i córka Wodza Arrowthorna. Stała właściwie w drzwiach domu wodza, wystarczająco głęboko schowana w cień, by nie jej nie dostrzeżono. Pot pokrył jej piękną twarz a usta zagryzła niemalże do krwi. Ceremonia, która właśnie miała się zacząć to Próba Poszukiwacza a człowiekiem, którego miano próbować był jej ukochany, Riverwind.
   Modliła się cicho o jego bezpieczeństwo. O, starsi bogowie, oddalcie wszelkie krzywdy od Riverwinda!
   Goldmoon nie wypowiedziała modlitwy pełnym głosem bowiem błaganie zanosiła nie do bóstw plemienia, lecz bogów wyznawanych w dawnych wiekach, jeszcze przed Kataklizmem.
   Dom Braci był już prawie pełny. Pozbawione okien wnętrze było przytłaczająco gorące bowiem oświetlenie stanowiły stojące i dymiące pochodnie. Mężczyźni Que-Shu wypełnili otwartą przestrzeń wokół niskiego podium w środku Domu. Obute w skórzane mokasyny stopy szurały głośno po glinianym klepisku. Na podium, kucając z odwróconą od wszystkich twarzą i z ramionami obejmującymi kolana, znajdował się Riverwind. Bębny dalej wciąż waliły, lecz on się nie ruszał. Okazywał teraz tyle życia jakby był tylko rzeźbą wyrzezaną w dębinie. W głębi duszy Riverwinda gotowały się jednak pytania i wątpliwości. To on zażądał rytuału przygotowującego do Próby Poszukiwacza. Oboje, on i Goldmoon, złożyli sobie nawzajem przyrzeczenia, lecz do praw plemienia należ ich akceptacja lub odrzucenie. Mężczyzna nie poprosi o rękę córki wodza jeśli nie udowodni, że jest tego wart.
   Zamknięto drzwi domu. Zablokowano je masywnymi, drewnianymi belkami. Przed drzwiami stali wojownicy z obnażonymi ostrzami. Bębny przerwały wszechobecny łomot.
   Arrowthorn, ubrany w najwspanialszy ubiór ze skóry jelenia, spoglądał na zebranych mężczyzn.
- Bracia! – zakrzyknął – Zebraliśmy się wszyscy, by wyznaczyć tego, który zostanie wodzem gdy ja już odejdę. Tego, który domaga się ręki mojej córki a waszej kapłanki. Lecz i ten, co może być bogiem w życiu przyszłym musi udowodnić swą wartość w tym życiu.
   Głęboki pomruk zgody wydarł się z gardeł współplemieńców.
- Riverwindzie, synu Wanderera, powstań.
   Riverwind zgrabnie wstał na równe nogi. Nie miał jeszcze nawet dwudziestu lat, lecz wzrost ponad sześć i pół stopy czynił go zdecydowanie najwyższym mężczyzną w klanie wysokich  mężczyzn. Ciemne włosy swobodnie spływały mu na ramiona. Riverwind nie miał na sobie nic poza czerwoną przepaską biodrową a linie smukłej sylwetki podkreślała czerwona farba. Spojrzał nad prawym ramieniem Arrowthorna i dostrzegł starszego Que-Shu, Loremana, siedzącego na ławce. Z twarzy starego szamana aż świeciła nienawiść. Pożerająca go ambicja wprowadzenia własnej rodziny do domu wodza została pokrzyżowana przez śmierć najstarszego syna. Teraz Loreman mógł tylko czekać, patrzyć i słuchać.
   Riverwind zdawał sobie sprawę, że Loreman obwinia go o śmierć syna. Nawet słowa przysięgi Goldoon, która była świadkiem walki, nie zmniejszyły nienawiści Loremana do Riverwinda. Arrowthorn właśnie opisywał drogę życia prawdziwego wojownika. Riverwind oderwał wzrok od Loremana na czas, by posłyszeć pytanie wodza.
- Ścieżka przywódcy jest często gorzka. Czy jesteś gotów na gorycz?
   Riverwind skinął głową. Na razie jeszcze nie wolno mu było się odzywać. Arrowthorn wyciągnął ręce. Far-runner, kolejny ze starszych plemienia, wręczył mu grubą, glinianą czarkę, którą Arrowthorn podał Riverwindowi. Lepki, czerwony płyn wypełniał ją po same brzegi. W świetle czerwonawych pochodni wyglądał zupełnie jak krew. Riverwind przyjął czarkę, podniósł do ust i zaczął pić.
   Napój wykonano z jagód nepta, owoców tak podłych, że nawet gobliny nigdy ich nie jedzą. Szczęki Riverwinda się zatrzasnęły a żołądek groził rewoltą. Mimo wszystko wypił okropny sok i pustą czarkę zwrócił do rąk Arrowthorna. Zęby trzymał mocno zaciśnięte i oddychał szybko przez nos. Mdłości wykręcały mu pusty żołądek, lecz Riverwind go opanował i gorzki napój utrzymał.
- W swoich sądach wódz musi być sprawiedliwy, mocny i zrównoważony – powiedział ponuro Arrowthorn  - Gdy to niezbędne, musi umieć cierpieć z powodu swych wyborów. Czy jesteś gotowy cierpieć dla dobra sprawiedliwości?
   Riverwind tylko krótko skinął głową. Dobrą sprawą był fakt, że nadal nie powinien się odzywać; nie był pewny, czy zdoła cokolwiek wydusić z zaciśniętej sokiem krtani. Starszy zdjął ciężkie nakrycie z ramion Arrowthorna. Kolejny mężczyzna umieścił przed pary koszyków na klepisku; jedna para przed wodzem, druga przed Riverwindem. Były to głębokie, trzcinowe koszyki jakich kobiety używają do zbierania ptasich jaj. W tej chwili wypełnione były śnieżno białymi jajkami. Arrowthorn podniósł swoje koszyki i trzymał je po bokach na wyciągniętych ramionach. Riverwind podniósł swoje. Zaskoczył go ich ciężar. Każdy koszyk zawierał tylko dziesięć jaj. Dlaczego więc jest to tak ciężkie?
   Loreman się uśmiechał. Riverwind krótko tylko popatrzył na ten chytry uśmieszek po czym skoncentrował się na swej próbie. Musiał utrzymać koszyki przynajmniej tak długo jak długo trzyma Arrowthorn. Jeśli osłabnie, jeśli opuści ramiona lub się zachwieje wystarczająco mocno by rozbić choć jedno jajko to próba zostanie zakończona. Nie będzie drugiej szansy.
   Arrowthorn był o trzydzieści lat starszy od Riverwinda, lecz barki miał szerokie a ramiona bardzo muskularne. Czas biegł w Domu powoli. Mężczyźni Que-Shu poważni jak zawsze stawali się troszkę zniecierpliwieni. Odezwały się pokasływania i niepewne poruszenia na drewnianych ławach. Ramiona Arrowthorna były wyprostowane jak stalowe belki i nieruchome jak spokojne wody Jeziora Crystalmir.
   Riverwind też stał twardo choć ramiona chciały mu wyskoczyć ze stawów. Sok jagód nepta wciąż miał ochotę na gwałtowny powrót. Pot spływał mu strugami po klatce piersiowej. Te koszyki były tak ciężkie! Nie sądził, że będzie w stanie nawet trochę jeszcze wytrzymać – wiedział, że nie – lecz tylko wziął głęboki wdech. Ponieważ zaś stanie w miejscu jakby stopami zapuścił korzenie tylko go męczyło, powodowało, że zaczynał się chwiać, więc zaczął przestępować z nogi na nogę. I przyszedł doń rytm, rytm podobny do tego, co był wybijany przez bębnistów przed chwilą. Po chwili już tańczył w miejscu z oczami wbitymi w Arrowthorna. Słyszał, jak muzyka gra mu w sercu.
   Taniec Riverwinda zaskoczył Arrowthorna. Niky jeszcze nie poruszył się przedtem w czasie próby Ciężaru. Jego własne ramiona już omdlewały z bólu, rozciągnięte mięśnie drżały i mrowiły jakby przebiegały po nich tysiące mrówek. Utrzymywał kontrolę na próbą tylko dzięki sile woli. Krew waliła do głowy a jej dudnienie stawało się jeszcze gorsze gdy Riverwind przytupywał. Zbyt wiele tego. Zbyt wiele.
   Lewe ramię wodza zachybotało i drżenie przebiegło przez całe ciało. Jajko stoczyło się ze stosu w koszyku i rozbiło się na klepisku.
- Dokonało się! – zawołał Far-runner, najstarszy ze starszych.
   Obaj mężczyźni opuścili ramiona wydając przy tym jęk ulgi. Arrowthorn narzucił na obolałe ramiona ozdobne nakrycie.
- Zasługujesz na prawo głosu – powiedział, ciężko oddychając – Mów, synu Wanderera.
- Jesteś silnym mężczyzną, Arrowthorn – odparł Riverwind rozmasowując obolałe bicepsy.
   Szept za plecami wodza nagle wybuchł głośną wrzawą. Loreman sprzeciwiał się wyrokowi Far-runnera.
- Próba nie jest ważna – powiedział Loreman – Riverwind się poruszył.
- Nie ugiął ramion, Anie też nie utracił żadnego jajka – odparł far-runner – Prawa plemienia nie mówią nic o tym, że mężczyzna nie może poruszyć stopami.
- Riverwind zadrwił sobie z ceremonii!
   Riverwind tymczasem przyklęknął i zaczął przyglądać jajkom w koszyku. W tym czasie Far-runner zawołał.
- Niesłychane! Okazał wielką wytrwałość i pomysłowość.
   Loreman już miał zamiar zaprotestować gdy Riverwind bez jednego słowa wysypał zawartość swych koszyków na podium. W każdym z koszyków było tylko pięć jajek. Pod nimi leżało zaś pięć wygładzonych wodą rzeczną i na bieło pomalowanych kamieni. By zaś pokazać ich twardość Riverwind uniósł jeden z nich i puścił swobodnie. Spadł kamień na klepisko z głośnym stukiem. Mężczyźni Que-Shu warknęli gniewnie z powodu złośliwej sztuczki zagranej wobec Riverwinda. Wszystkie oczy zwróciły się na Loremana. Nawet Arrowthorn rzucił starszemu podejrzliwe spojrzenie, lecz powstrzymał możliwe oskarżenia jednym zdaniem.
- Jedno nadużycie unicestwia drugie. Próba jest ważna. Riverwind wywalczył prawo do dalszych starań.
   Nie podniósł się ani jeden głos sprzeciwu. Wódz usiadł i poprawił okrycie na ramionach.
- Pozostała jeszcze jedna, ostatnia próba – powiedział – Ten, który ma być wodzem, musi być wolny od strachu. Czy podejmiesz ostatnią próbę, Riverwindzie?
- Podejmę.
   Arrowthorn gestem przywołał Stonebreakera, kolejnego ze starszych. Za młodych lat znany był ze swej ogromnej siły. Otrzymał męskie imię ponieważ potrafił mieczem rozdzielić kamień na dwoje. Teraz już stary i zgarbiony, Stonebreaker podszedł do podium i ustawił na nim, tuż przed Riverwindem, wysokie naczynie.
- To jest Oliwa Poszukiwacza – powiedział Arrowthorn.
   W domu zapadła martwa cisza.
- Weź to, i wetrzyj sobie w skórę. Lecz bądź ostrzeżony: w oliwie jest straszna magia, gdy tylko ją sobie nałożysz nawiedzą cię straszliwe zjawy.
- Nie obawiam się – oświadczył Riverwind, choć w rzeczywistości obawiał się mocno.
   Uniósł pokrywkę naczynia. Oliwa była ciemno brązowa i pozbawiona wszelkiej woni. Riverwind rozsmarował ją jak maść na piersi i szyi. Była ciepła a za nacierającą dłonią skóra stawała się delikatniejsza i cieńsza w miarę jak oliwa w nią wsiąkała. Bębniści podjęli powolny rytm. Naoliwionymi dłońmi jechał Riverwind po nogach, kolanach i udach.
   Uderzenia bębnów odbijały mu się echem w głowie. Ktoś w d pomieszczeniu zaczął śpiewać. Głowa zaczęła mu pływać. Zachwiał się, cofnął o krok i omal nie zleciał z podium. Mężczyźni śpiewali, lecz nie ci znajdujący się w domu. Riverwind obrócił się i rozejrzał. Żaden z Que-Shu nie wydawał dźwięku.
   Nagle rozpoznał pieśń. Był to lament, śpiewany tylko na pogrzebach. Któż zmarł? Riverwind spojrzał po sobie. Czerwone strumyki spływały mu po piersi i nogach. Wyglądały jak krew.
- Jestem ranny! – zawołał Riverwind.
   Usiłował zatamować upływ krwi. Rytm bębnów uderzał prosto w niego, był taki sam jak rytm uderzeń łomoczącego serca.
   Poczuł się słaby. Kolana się pod nim ugięły i Riverwind opadł na klęczki. Krew powoli rozlewała się wokół niego. Jego życie, jego siła, wszystko wypływało mu z żył. Nie potrafił tego powstrzymać.
- Goldmoon… Goldmoon – przywoływanie imienia ukochanej nie pomogło.
   Usłyszał czyjś rechot. Podniósł głowę i ujrzał Hollow-sky stojącego w drzwiach domu. Dłonie trzymał na biodrach i arogancko krzywił twarz patrząc na Riverwinda.
- Hollow-sky, ty jesteś martwy – zaprotestował Riverwind.
- I ty też! – odparła zjawa – Jesteś za słaby, Niewierzący. Jak może miękki głupiec jak wyobrażać sobie, że może przewodzić Que-Shu? – martwy mężczyzna roześmiał jeszcze mocniej – Czy zdobyć serce Goldmoon?
   Serce Riverwinda aż skurczyło się piersi. Nikt poza nim nie widział chyba tego ducha. Loreman nawet nie płakał na widok własnego, utraconego syna.
- Połóż się i umrzyj – naciskał Hollow-sky – Przestań walczyć. To łatwo zostać martwym.
- Nie. Ty umarłeś. Ja nie.
- Nie możesz oprzeć się śmierci, Niewierzący.
   Rytm bębnów – a może własnego serca – stawał się wolniejszy, coraz wolniejszy. Głowa Riverwinda opadła do podłogi. Był słaby i tak bardzo, bardzo zmęczony. Wszystko, co musiał teraz zrobić to tylko lec. Oczy mu się same zamykały. Jedyne czego teraz pragnął to sen i spoczynek. Tak łatwo. Bezboleśnie. Piękna twarz Goldmoon powoli zanikała w jego oczach.
- Mój synu! Czy tak winien działać wojownik?
   Riverwind otworzył oczy. Za wykrzywionym Hollow-sky stał kolejny duch, był mniejszy i bardziej zamglony, lecz  był tam z pewnością. Wanderer. Dawno zmarły ojciec Riverwinda.
- Nie mogę stać – powiedział słabo Riverwind o cal unosząc głowę.
- To tylko farba – powiedział Wanderere a jego postać stała się klarowniejsza – Wstań. Bądź mężczyzną.
- On nie jest Que-Shu – powiedział Hollow-sky – To tylko bezwartościowy niewierzący. Zupełnie jak ojciec.
- Wstań, synu! Ta, która czeka na ciebie, rozkazuje!
   Wanderera otoczyła jasna poświata.
- Goldmoon? – powiedział Riverwind.
   Spojrzał w dół i spostrzegł, że rozszerzająca się kałuża krwi to tylko w rzeczywistości kilka kropel farby. Jego ręce też pokrywała farba.
- Wstań, Riverwind!
- Ojcze – powiedział otrząsając się z letargu, jaki chwycił go w uścisk.
   Odepchnął się dłońmi od podłogi. Niepewnie, lecz jednak stanął na własnych nogach. Postać Wanderera jasno świeciła w zamglonym domu. Mężczyźni zgromadzeni wokół jaśniejącej zjawy nie zwracali na nią uwagi.
- Za późno – syknął Hollow-sky – Zawiodłeś!
- Precz – powiedział duch Wanderera – Wracaj do niespokojnego grobu.
   Z szyderczym uśmiechem wykrzywiającym twarz, syn Loremana zniknął z widoku.
- Ojcze, jakim cudem mogę tak cię tu widzieć i z tobą rozmawiać? – pytał Riverwind.
- Oliwa, jaką nałożyłeś na skórę, zawiera korzenie i zioła posiadające moc zwiększania czułości zmysłów. Przez stulecia nasz lud używał ziół by rozmawiać z umarłymi. Minęło sporo czasu, a nasi ludzie pomylili te duchy z prawdziwymi bogami. Wyznawanie przodków, czynienie z martwych wodzów bogów, stało za tą pomyłką.
   Riverwind podszedł do krawędzi podium.
- Tak więc starzy bogowie naprawdę istnieją?
- Jak zawsze istnieli, synu.
- Dlaczego nie sprawią, żeby wszyscy ich znali?
   Poświata Wanderera zamigotała.
- Umysły Najwyższych są mi nieznane – odparł a jego głos zniżył się do szeptu – Lecz ich czas znowu nadchodzi. Otrzymasz znaki, synu…
- Jakie znaki, ojcze? Jakie znaki?
   Niestety, odpowiedzi nie otrzymał, widzenie było skończone, Wanderer zniknął.
   Dom był wypełniony dymem. Mężczyźni plemienia odeszli. Drzwi, przedtem zaryglowane i strzeżone, stały teraz otworem. Zmierzchało. Riverwind poczuł powiew wieczornego wiatru wiejącego przez mroczny dom. Ochłodził gwałtownie spoconą skórę.
   Nagle do środka wkroczył Arrowthorn w towarzystwie starszyzny. Riverwind otarł dłonią spocone czoło i usta i zszedł z podium. Był całkowiecie wyczerpany.
- Co się stało? – spytał wodza.
- Przeszedłeś Próbę pomyślnie – odparł Arrowthorn.
- Jak długo tu byłem?
- Cały dzień. Starsi i ja omówili twój problem.
   Riverwind pragnął teraz tylko łyka zimnej wody. Gardło miał wciąż ściągnięte przez pozostałości soku z jagód. Zapytał jednak.
- Jaki problem?
- Opanowałeś lęk przed śmiercią, lecz w trakcie rozmowy z bogami, naszymi przodkami, wiele mówiłeś bluźnierstw.
- jakich bluźnierstw?
- Odrzuciłeś naszych bogów, naszych praprzodków którzy nas stworzyli. Od dawna wiedziałem, że podzielasz herezje swego ojca; synowie nie mają wyboru, żywią przekonania ojców i to bez względu, jak bardzo fałszywe. Nigdy jednak nie sądziłem, że herezje Wanderera usłyszę wykrzyczane w czasie uroczystego rytuału – powiedział Arrowthorn.
- Karą za herezje jest śmierć – dodał Loreman.
   Dłonie zacisnął w ciasne pięści. Słyszał rozmowę Riverwinda ze swym martwym synem.
- Prawo mówi, że winny ma być ukamieniowany przy Ścianie Smutku.
- Posuwasz się za daleko – powiedział Far-runner – Riverwind był w pełni swych władz umysłowych, gdy powiedział co powiedział. Wpłynął nań duch ojca, Loremanie.
   Stonebreaker i pozostali wyraźnie popierali sentymenty Far-runnera.
- Co ma być uczynione? – spytał Riverwind.
   Starszyzna zaczęła się spierać. Jedynie Arrowthorn pozostał cichy, zamyślony. Nie za bardzo podobał mu się Riverwind jako mąż ukochanej córki. Musiał jednak podziwiać dzisiejsze czyny młodego mężczyzny. Nie mógł odmówić mu prawa do starań o rękę Goldmoon, lecz być może da mu jakąś pożyteczną lekcję.
- Musisz przejść Próbę Sadu – powiedział Arrowthorn – A podczas tej próby, jak mam nadzieję, wyleczysz się z herezji.
   Rozdyskutowania starsi otoczyli wodza i Riverwinda ciasnym pierścieniem. Fer-runner spojrzał zdumiony na Arrowthorna.
- Jak? – spytał.
- Riverwind musi odejść i odnaleźć, i przynieść dowód, że starzy bogowie isnieją. A będzie miał zapasów na jeden dzień.
   Loreman się uśmiechał.
- Mądra decyzja – powiedział.
- Jak ma tego dokonać? – spytał Stonebreaker – Nałożyłeś nań zadanie nie do spełnienia. Starzy bogowie nie żyją.
- Zawsze może powrócić i przyznać się do porażki – kpił Loreman.
- Żaden honorowy wojownik…
- Dość! Jako wódz, rzekłem. Widzieliśmy, że Riverwindowi nie brakuje odwagi i siły, lecz zy chcecie niewierzącego jako waszego wodza? Nasi bogowie ześlą na nas zły los, jeśli ich zdradzimy. Nie, musi się nauczyć jak wielkie są jego błędy – Arrowthorn wycelował palec w Riverwinda – Na świętą przysięgę jaką złożyłeś, zaklinam cię, albo przyjmiesz zadanie, albo przyznasz fałsz swej wiary przed całym ludem Que-Shu. Co powiesz?
   Riverwind skrzyżował ramiona na piersi. Odpowiedź mogła być tylko jedna.
- Przyjmuję zadanie – odparł.

*****

   Golmoon wpadła w zachwyt na wieść, że Riverwind przeszedł pomyślnie próby. Kiedy jednak dowiedziała się jakie zdanie jej ojciec nałożył na ukochanego jej radość zmieniła się w zdumienie.
- Dowód istnienia bogów? Jakiż może być dowód? Czuję moc starych bogów w Izbie Śpiących Dusz, lecz nie mogę udowodnić tego wystarczająco, by zadowolić wątpiących!
   Riverwind pakował pasma suszonego mięsa jelenia i grudy pemmikanu do naramiennej torby.
- Nie mogłem odmówić. Gdybym to zrobił, bylibyśmy dla siebie straceni raz na zawsze.
   Chwyciła go za ramię. Jej oczy spojrzały mu głęboko w twarz, ujrzał jej łzy. Objęli się.
- Nie płacz, najpiękniejsza. Zadanie nie jest niemożliwe. Wrócę, zobaczysz. A wtedy nikt nie stanie nam na drodze – ani twój ojciec, ani starsi, ani ten krętacz Loreman.
   Goldmoon połknęła własne łzy.
- Dokąd pójdziesz? Co zrobisz?
   Riverwind cofnął się na tyle, by ujrzeć całą twarz ukochanej. Jasne, niebieskie oczy były wypełnione łzami. Kciukiem otarł pojedynczą kroplę z policzka.
- Pójdę tam, gdzie zawiedzie mnie słońce i wiatr. Bogów nie ograniczają granice śmiertelnych. Będę ich szukał w cichych miejscach – górach, pustyniach, głębokich puszczach. Znajdę ich, a wtedy wrócę do ciebie.
   Uśmiech rozjaśnił twarz Goldmoon. Tutaj, w ramionach Riverwinda, wszelkie zwątpienia traciły moc. Całowała go wystarczająco długo, by zniecierpliwiony Arrowthorn zaczął stukać w pal podtrzymujący namiot Riverwinda. Wojownik pogłaskał policzek Goldmoon i przygładził jasne włosy.
- Czas iść – powiedział.
   Namiot Riverwinda znajdował się za murami wioski, tuż przy drodze wiodącej na zachód do ziem należących do Que-Kiri. Arrowthorn i starsi czekali już na młodego wojownika. Upewnili się, że zabiera ze sobą tylko skąpą rację dzienna. Riverwindowi pozwolono zabrać łuk i długą szablę. Wdział stary, lecz dobrze naoliwiony napierśnik, nogawice ze skóry jelenia i mokasyny. Był gotów do drogi.
   Goldmoon łzy wytarła, lecz serce w głębi jej pękało. Trzysta lat przeminęło na ziemiach Que-Shu od Kataklizmu a bogowie wciąż spali. Tak bardzo już byli nieobecni w życiu ludzi żyjących na Krynnie, że większość z nich już o bogach zapomniało, lub też odesłało do świata marzeń sennych. Jak jeden mężczyzna, choćby i tak zagorzały jak jej Riverwind, może mieć nadzieję na sukces tam, gdzie zawiodły całe pokolenia?
   Riverwind wymienił uprzejme pożegnania ze starszymi i rzucił tajemne, kochające spojrzenie w stronę Goldmoon. Następnie zarzucił sakwę na ramię i odszedł stawiając długie kroki i szybko odmierzając drogę.
- Riverwind! – krzyknęła Goldmoon.
   Odwrócił się i pomachał, lecz nawet nie zwolnił kroku. Arrowthorn popatrzył na córkę karcąco. Zachowała się wbrew zasadom. Goldmoon nawet tego spojrzenia nie zauważyła. Oczy miała wpatrzone wyłącznie w Riverwinda gdy tak odchodził zakurzoną drogą na południowy wschód. Doszedł do załomu murów wiejskich a one zasłoniły go już całkiem. Położyła dłoń na gardle i wyczuła niewielki amulet pod tuniką. Naszyjnik, jaki dał jej Riverwind podczas wspólnej podróży do Izby Śpiących Dusz. Wyryty był w stali, co było rzadko spotykane na równinach, i ukształtowany na podobieństwo dwóch, stykających się łez. Amulet ochronił ich przed potwornym planem Hollow-sky. Modliła się, by teraz prowadził Riverwinda do szybkiego i zwycięskiego końca zadania.
   Gniewne spojrzenie Arrowthorna wyraźnie zmiękło. Był wyraźnie poruszony widokiem smutku na twarzy jedynego dziecka, twarzy tak podobnej do twarzy matki. Był jednak wodzem. Dobro plemienia musiał stać przed szczęściem nawet jedynego dziecka.
- Chodź, córko – powiedział mrukliwie i wystawił łokieć.
   Goldmoon z wdziękiem wzięła ojca pod rękę i wyprzedzając starszyznę, wspólnie wrócili do wioski.

*****

   Riverwind nie miał prawdziwego planu. Dochodziło południe i ciepło późnego lata dogrzewało ziemię. Gdy już wyszedł z zasięgu wzroku Goldmoon i starszyzny wyraźnie zwolnił kroku i zaczął bić się z myślami, co właściwie powinien robić.
   Z zamyślenia wyrwał go brzękliwy dźwięk. Riverwind spojrzał wstecz, w kierunku wioskowych murów. O mury stała oparte rozpadająca się chata. Stanowiła niewiele więcej nad przybudówkę, była właściwie tylko schronieniem wykonanym z kory. Przed tą przybudówką klęczała obdarta postać, stary człowiek okryty wielokolorowymi szmatami. Miał długie, splątane i dziko wyglądające włosy. W klanie mężczyzn gładko ogolonych ten miał długą, szaro żółtą brodę w którą wplótł koraliki i mosiężne dzwonki.
- Catchflea – Riverwind pozdrowił dziwaczną postać.
   Stary mężczyzna nie podniósł wzroku. Jego prawdziwe imię brzmiało Catchstar ponieważ jako młody człowiek włóczył się daleko po wzgórzach i tam polował na odłamki gwiazd spadających z nieba. Gdy zaś nadszedł nań czas na udowodnienie bardziej dorosłych ambicji  pozostał przy starych, dziwnych obyczajach. Nie brał udziału w życiu codziennym Que-Shu. Z powodu własnej ekscentryczności doznał całkowitego ostracyzmu, traktowano go wręcz z odrazą  i w końcu Catchstar stał się odludkiem. Obyczaje nie przystające do ludu oraz niechlujny wygląd spowodowały wyrzucenie go z wioski – całkiem podobnie jak heretyckie poglądy wyrzuciły za wioskowe mury rodzinę Riverwinda. Małe dzieci przezwały go Catchflea, co było doprawdy okrutnym żartem. Po latach reagował już tylko na takie imię. Podobieństwo statusu spowodowało, że dziwny, stary mężczyzna i młody wojownik stali się naturalnymi sprzymierzeńcami. Riverwind wiele razy bronił Catchflea przed napastowaniem.
- W podróż idzie, hę? – spytał Catchflea potrząsając suchą tykwą, w której coś grzechotało – Długą, długą podróż?
- Bardzo długą – przyznał Riverwind i zastanawiał się już, kto będzie bonił starca, gdy on odejdzie – Może mnie tu nie być całe miesiące, może lata.
   Ta myśl nie sprawiała przyjemności.
- Będę tęsknił. Nikt inny nie przynosi królików.
   Po udanym polowaniu, Riverwind zawsze dzielił się zdobyczą ze starym łowcą gwiazd. W jakiś dziwny sposób przypominał on Wanderera, ojca Riverwinda. Obaj mężczyźni byli marzycielami w plemieniu nie szanującym głębszego namysłu.
- Skoro gdzieś odchodzisz, Catchflea ma podarunek, tak
- A cóż takiego, mój druhu?
   Catchflea podrapał się po garbatym, ostrym nosie. Koraliki i małe dzwonki rozdzwoniły się w splątanej brodzie.
- Coś tobie pomocnego, tak.
   Machnął szerokim kręgiem poplamioną, żółtą tykwą. Jej czubek był odcięty i Riverwind ujrzał w środku małe, brązowe cząstki obijające się po bokach. Niespodziewanie Catchflea zaczął nucić bardzo śpiewnym głosem:
    Wszystko co nadchodzi i co odchodzi
    Porusza się w nieskończonym kole
    Licz dni i licz gwiazdy
    Zacznij wtedy a skończ dziś
   Riverwind niewiele z tego mógł zrozumieć. Starzec dwukrotnie powtórzył zaśpiew i wyrzucił zawartość tykwy na twardą, suchą ziemię.
- Ha! – zawołał.
   Na ziemi leżały trzy żołędzie. Utworzyły razem trójkąt zwrócony jednym rogiem prosto w Riverwinda.
- Oto twoja podróż w łupinach orzecha. Trzy łupiny!
   Stary mężczyzna zaśmiał się szczerze a towarzyszyły mu dzwonki wplątanych w brodę dzwoneczków.
- Ten mówi, że pójdziesz daleko i nie będzie cię długo – powiedział wskazując żołądź najbliższy Riverwindowi.
- Ten mówi, że będziesz szedł przez ciemność – pacnął złamanym paznokciem w drugi.
- Zło? Spytał Riverwind siadając naprzeciw starego mężczyzny.
- Powiedziałem „ciemność”, tak?
   Catchflea uśmiechnął się do ostatniego żołędzia.
- A z ciemności powstanie ziarno nowego, który jak stare.
- Co to oznacza?
- Nowe jest stare? Naturalnie, tak. To wszystko, co mogę ci powiedzieć.
   Catchflea zgarnąl żołędzie i wsypał je z powrotem do tykwy. Dłoń kręciła się i kręciła potrząsając tykwą. Riverwind słyszał plotki i szepty, że stary mężczyzna rozmawia z duchami, które odsłaniają mu przyszłość. No i, że wspaniałe osiągnięcia w przewidywaniu, czy matki Que-Shu urodzą dziewczynkę czy chłopca. Riverwind nie umiał uznać uwag Catchflea za głupią gadkę.
- Którą drogą powinienem iść? – spytał.
- Ha!
   Tym razem żołędzie ułożyły się w szereg.
- Wschód – powiedział Catchflea.
   Riverwind podrapał się po głowie. Żołędzie nie pokazywały dokładnie wschodu.
- Skąd wiesz, co ci mówią? – spytał.
- Skąd wiesz, jak oddychać? Skąd wiesz, kiedy czas by wstać a kiedy czas by spać?
   Riverwind wzruszył ramionami.
- Po prostu wiem. Nie muszę rozmyślać. Wiedza przychodzi i wiem.
- I tak jest, tak – odparł Catchflea.
   Riverwind powoli wstał a starzec zbierał swe żołędzie. Wschód. Prosto w Zapomniane Góry. Przynajmniej o tej porze roku przejścia w wysokich górach powinny być wolne od śniegu. Żołędzie znowu zagrzechotały na ziemi.
- Ha! – wykrzyknął po raz trzeci Catchflea po rzuceniu wróżby.
   Riverwind wrócił spod obłoków.
- Cóż tam widzisz, stary człowieku?
   Catchflea popatrzył z ukosa na wysokiego łowcę.
- Mam z tobą iść.
   Denerwujący zaśpiew zniknął z głosu starego. Riverwind zesztywniał.
- Może źle je odczytujesz? – zasugerował.
   Catchflea potrząsnął głową.
- Jest tylko jedno znaczenie, tak. „Idź w ślad i zejdź”. Właśnie to mówią.
- Zejdź?
   Podzwanianie dzwoneczków towarzyszyło dzikiemu potrząsaniu głową.
- Muszę to zrobić. Przepowiednie nie po to są dawane, by je ignorować.
- Nie możesz iść ze mną – delikatnie odezwał się Riverwind – Idę daleko. Mam zapasy dla siebie tylko na jeden dzień. Jesteś stanowczo za stary by ruszyć w taką drogę.
- Muszę, tak?
   Powoli podniósł się z ziemi. Kolana i łokcie Catchflea zatrzeszczały jak drewno na podpałkę – Nie będę ciężarem dla ciebie, Riverwindzie. Msz dbać tylko o siebie, tak? Ja potrafię zadbać o siebie.
   Riverwind chwycił starca za ramię.
- Nie idzies.
   Ciemne oczy Catchflea wbiły się w oczy Riverwinda.
- Nie tylko z moim przeznaczeniem igrasz. Ze swoim także. Bogowie zdecydowali, że razem opuścimy Que-Shu. Lekceważyć ich wolę to zapraszać katastrofę.
   Riverwind opuścił ramiona.
- Jakim bogom służysz, przyjacielu?
   Catchflea nie odpowiedział, tylko stopą zaczął na piasku rysować znak. Wyglądało to jak dwie łzy złączone jednym czubkiem. Riverwind znał znak boginii Mishakal. Ten sam symbol, wyrzeźbiony w tak rzadkiej tu stali, dał Goldmoon do tajemnego noszenia na szyi. Zwęził oczy i popatrzył na starca.
- Skąd znasz ten znak? – spytał podejrzliwie.
- Był kiedyś znany wszystkim, tak. A teraz tylko ja go widzę na niebie, w śladach gwiazd.
   Riverwind zmagał się z ciężkim problemem. Catchflea nie był zwiadowcą, nie pasował do lasów czy gór. Niemniej jednak wróżby starego były zbyt wiarygodne dla Riverwinda by mógł je tak po prostu zbyć. Może mógłby zabrać starego na jakąś niewielką odległość i potem pozostawić w wygodnym dla niego miejscu.
- Nie będę ciężarem – upierał się Catchflea.
- Jak długo zajmą ci przygotowania? – spytał zrezygnowany Riverwind.
   Wróżbita schylił się do ziemi, podniósł tykwę i żołędzie.
- Jestem gotów – odparł – Nie mam nic więcej.
   W przybudówce znajdowała się tylko kupa mchu na której starzec sypiał, trochę szmat i butwiejący worek skórzany na wodę. Catchflea wsypał żołędzie do zakładki w połatanej koszuli i uwiązał tykwę do luźnej tasiemki ubrania.
- Nikt z Que-Shu nie będzie w żałobie gdy odejdę, tak?
  Była to smutna prawda. Riverwind popatrzył w stronę gór. Za słoneczną równiną jawił się wschodni horyzont. Zapomniane Góry stanowiły tylko niebieską smużkę na tym horyzoncie. Nie były specjalnie strome a w tej porze roku nie były również zimne. Były jednak strasznie suche i pozbawione zwierzyny. Będzie trzeba polować co dzień, żeby zapewnić sobie codzienną rację żywności. A teraz będzie jeszcze musiał polować za dwóch, przecież Catchflea w dziczy nie będzie zbytnio przydatny.
   Przeszkody zaczynały się przed nim piętrzyć. Bez konia, omal bez jedzenia i z niepewnym starcem nad którym musiał roztoczyć opiekę – zadanie Arrowthorna ciężko go sprawdzi. A jednak nadal miał po swej stronie własny rozum, swe umiejętności i nieugiętą wolę i determinację. Starzy bogowie żyją. Dla nich, dla Goldmoon Riverwind pokona wszelkie przeciwności.

Ostatnio edytowany przez janjuz (2018-08-21 21:24:56)


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#2 2018-08-30 14:59:54

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 687

Re: Riverwind z równin

Rozdział 2

Karb Grzmotu

   Wiekowe kończyny Catchflea rozgrzały się w popołudniowym słońcu więc zdołał dotrzymać kroku długonogiemu Riverwindowi. Ponieważ potrzebowali żywności nie mogli trzymać się drogi głównej, Sageway.
- W cieniu gór znajduje się niewielki pas lasu – powiedział Riverwind – Jeśli pójdziemy tamtą trasą, to może uda się upolować jelenia, albo kozicę co zeszła na paszę.
   Naszła go refleksja, której zresztą nie miał zamiaru wypowiadać, że gdyby nie szedł z nim ten starzec to na posiadanej racji mógłby iść ze dwa dni. Suszonego mięsa i chleba w sakwie by wystarczyło. W tym czasie byłby już głęboko w górach, w drodze do swego przeznaczenia…
- … ustąpić przed twoją wiedzą o polowaniu – mówił właśnie Catchflea – Wiele już lat minęło od czasu gdy trzymałem łuk, a jeszcze dawniej jak trzymałem nóż do oprawiania.
   Maszerowali przez równiny. Catchlea podzwaniał jak wózek handlarza w drodze na targ. Riverwind starał się ignorować denerwujący dźwięk, lecz po kilkuset jardach stanął nagle i powiedział.
- Kiedy wejdziemy w las będziesz musiał znaleźć sobie miejsce, gdzie będziesz siedział absolutnie cicho. Te twoje dzwonki ostrzegą wszystką zwierzynę w całej krainie!
   Obronnym ruchem Catchflea złapał się za brodę.
- Myślałem, że te dźwięki są przyjemne.
- Są bardzo muzyczne, lecz zwierzynę wypłoszą.
- Będę siedział cicho jak głaz, tak.
   Maszerowali dalej. Stary mężczyzna trzymał ręką brodę żeby dzwonki i koraliki uciszyć. Prawie mu się to udawało.
   Drzewa wyrosły na trawiastej równinie jak zasłona; nie było żadnej stopniowej zmiany między otwartą przestrzenia a gęstym lasem. Nim weszli w las Riverwind zatrzymał się by napiąć cięciwę łuku. Zabezpieczył też szablę przed brzękaniem i płoszeniem zwierzyny; owinął rzemieniem ze skóry jelenia brązową rękojeść i szczelnie wcisnął szablę do futerału na plecach.
- Chcesz mówić, mów teraz. W przeciwnym razie język trzymaj za zębami Oki mięso nie będzie skwierczeć na ogniu – napiętym szeptem odezwał się młody wojownik.
- Pomyślnych łowów – to było wszystko, co Catchflea miał do powiedzenie.
   Riverwind nałożył strzałę i wślizgnął się między drzewa. Jego śladem, choć dużo bardziej niezdarnie, poszedł Catchflea. Swoje dzwonki trzymał cicho, lecz nie był przecież przyzwyczajony do poruszania się jak myśliwy. Co i rusz wpadał na przeszkody, łamał gałązki a czasem omal nie wpadał na Riverwinda. Ten bez słowa wskazał staremu, gdzie ma stawiać stopy by tyle hałasu nie robić. Od tej chwili starzec szedł lepiej, choć i tak nie dorównywał Riverwindowi. Las składał się głównie z sosen i cedrów. Był tak gęsty, że ludzie szli wolno a ich szlak był bardzo kręty. Poszycie leśne było pokryte dywanem sosnowych igieł i jagód cedrowych. Niestety, niejadalnych. Jelenie jednak bardzo je ceniły. Riverwind dostrzegł ślady, gdzie kozły stukały w pnie drzew by strząsnąć więcej jagód.
   Wypatrzył górujący nad innymi pień cedru z potężnymi konarami i się nań wspiął. Dzikie zwierzęta posiadają ostry wzrok i czułe nosy. Mając obok Catchflea najlepszym wyjściem jest wejść ponad poziom wzroku zwierząt i zasięg ich powonienia a potem poczekać na przechodzącą zwierzynę w zasiadce. Riverwind podsadził Catchflea do najniższych konarów, wspiął się sam wyżej, po czym wciągnął go za sobą. Mając już starca bezpiecznie usadzonego w rozwidleniu pnia Riverwind ześlizgnął się po pniu i usiadł na konarze. Stopy miał zwieszone a łuk w pogotowiu na kolanach.
   Wiatr przewiewał przez wiecznie zielone korony przypominając dźwięk odległego wodospadu. Przyjemny powiew bryzy i cisza lasu szybko uśpiły wróżbitę. Pod Riverwindem poruszyła się gałąź. Myśli myśliwego, jak zawsze zresztą, błądziły do Goldmoon, lecz i tak czujnie wypatrywał zdobyczy. To czuwanie zostało jednak naruszone odgłosami ostrego chrapania.
- Ćśś! – szepnął ostro w stronę Catchflea.
   Stary mężczyzna wcale go nie słyszał, chrapał dalej w najlepsze. Zdenerwowany łowca odpiął od pasa małą torebkę z żywicą. Używał żywicy i wosku do utrzymania cięciwy łuku w należytym porządku. Rzucił torebką w Catchflea. Torebka uderzyła starego w pochyloną głowę i opadł mu na kolana. Chrapanie nie ustało. Riverwind już ruszał by potrząsnąć wróżbitą gdy nagle ujrzał barana. Samiec górskiej owcy. Wspaniałe stworzenie wystawało zza sosnowych drzewek. Jego wielkie, czarne rogi zakręcały aż do nosa. Riverwind dałby dużo żeby zawiesić takie rogi u wejścia do swego namiotu, lecz raczej nie mógłby teraz dźwigać dwudziesto funtowego poroża. No i baran w tym wieku chyba z trudem tylko będzie jadalny, zbyt twardy.
   Jeżeli jednak jest baran to powinna być i owca, pomyślał Riverwind. Przesunął strzałę na cięciwę. Catchflea wydał z siebie niezwykle głośne chrapnięcie. Baran odpowiedział niskim pomrukiem. Ruszył przez gęste zarośla w wyraźnie agresywnych zamiarach. Tuż za nim postępowała gładka owca a za nią para rocznych jagniąt. Riverwind naciągnął łuk i puścił strzałę w stronę jagnięcia. Jagnię zabeczało gdy strzała dosięgła celu. Cała czwórka zwierząt zaczęła uciekać.
- Obudź się, Catchflea! – krzyknął wojownik.
   Stary mężczyzna zbudził z przerażeniem i zsunął się po pniu. Riverwind zdołał chwycić przód szmacianej i połatanej koszuli w sam czas, by powstrzymać starca przed upadkiem o tuzin stóp niżej.
- Dopadłem dla nas owcę! – zawołał Riverwind.
- Mam nadzieję, że dopadłeś mnie!
   Podciągnął Catchflea do bardziej stabilnej pozycji i powiedział.
- Zostań tu. Muszę złapać to jagnię.
  Riverwind zeskoczył z gałęzi. Szybko odnalazł krwawy trop między młodymi sosnami. Owca była poważnie ranna, lecz i tak mogła przebiec jeszcze całe mile. Jedyne co można było teraz zrobić, to tropić po śladach krwi. Zacisnął mocniej rzemienie mokasynów i ruszył szybkim truchtem. Tropy zwierzęcia znaczyła krew. Badając ślady Riverwind stwierdził, że stary baran pobiegł w jedną stronę a owca w drugą. Jagnięta zostały przy matce.
   Zdobycz zdążała w stronę szczytów na północnym skraju lasu. W stronę widlastej góry, którą Que-Shu nazywali Karbem Grzmotu. Powiadano, że sztormy wiejące z Newsea „załamują się” na Zapomnianych Górach by zwalić grzmoty, błyskawice i potoki deszczu na równiny. Światło dnia szybko gasło gdy Riverwind dotarł do pierwszych głazów u stóp Karbu Grzmotu. Młoda owca musiała być niezwykle silna, lub też strzała Riverwinda uderzyła o wiele słabiej niż sobie wyobrażał.
   Solinari, srebrny księżyc, świecił w pełni. Jasne światło przebijało się w szczeliny między skałami i pozwalało Riverwindowi odnajdywać krwawy trop owcy. Krwi było coraz więcej. Konic musiał być bliski.
   Riverwind przełożył łuk przez ramię. Miał dzięki temu obie ręce wolne do wspinaczki. Właśnie dotarł na szczyt wielkiego jak dom głazu gdy usłyszał przejmujące wycie. Wilki!
   Przykucnął na szczycie skały. Dojrzał niedaleko tuzin, szybko przebiegających szarych sylwetek. Wataha złapała woń umierającego zwierzęcia i uznała zdobycz za własną. Łowca zdjął łuk i nałożył strzałę. Poczołgał się po głazie aż dotarł do niewielkiego zagłębienia nad wąwozem. Wilki zabiły już ranną owcę i zabrały się za jej rozdzieranie.
   Miast się w ciszy wycofać Riverwind, poczuwszy złość, wziął na cel jednego z wilków przy padłym zwierzęciu. Po chwili szara bestia rolowała po ziemi martwa a w jej sercu tkwiła strzała. Pozostałe wilki nawet nie zwróciły uwagi. Riverwind wziął drugą strzałę na cięciwę, wycelował w kolejnego wilka i wystrzelił. Tym razem największy z całej watahy samiec podszedł i powąchał martwego towarzysza.
   Po chwili kudłaty łeb się podniósł i spojrzał na skałę, na której ukrył się Riverwind. W świetle Solinari wilcze ślepia świeciły głęboką purpurą.
   Trzecią strzałę Riverwind wymierzył w wielkiego wilka, lecz coś w jego zachowaniu wstrzymało mu rękę. Przywódca watahy uniósł łeb i zawył. Dźwięk był zarówno odrażający jak i budzący litość. Pozostałe wilki przestały szarpać martwą owcę i zebrały się w ciasną grupkę w wąwozie.
   Przywódca podszedł w stronę łowcy. Riverwind zdał sobie sprawę, że bestia jest tak wielka, że pewnie jednym skokiem dostałaby się na skalną płaszczyznę na której się teraz znajdował. Riverwind naciągnął cięciwę i puścił strzałę jednym, gładkim ruchem.
   Wielka bestia wykonała unik! Jeden skręt, jeden unik i strzała grzęźnie w kamienistej ziemi. Riverwind chwycił kolejną z niezbyt dużego zapasu. Wilk natomiast wykonał potężny skok. Riverwind odskoczył wstecz i upuścił strzałę. Nim zdążył chwycić kolejną wilk już wspinał się na skałę, już był na poziomie łowcy.
- Żadnych – więcej – strzał!
   Trzy wyraźne słowa wydostały się z paszczy bestii. Riverwind wzdrygnął się i niemal puścił z wrażenia łuk. Pomyślał przez chwilkę o szabli – lecz nie, przecież ją ciasno umieścił w pochwie.
- Bestio, czymkolwiek jesteś – powiedział powoli, kładąc jednocześnie strzałę na drzewce łuku – trzymaj się z dala, albo poczęstuję cię jak innych.
   Mocno trzymał drzewce strzały ukrywając drżenie dłoni. Wielki wilk przysiadł na udach. W dość niepewnym świetle Riverwind spostrzegł, że łapy zwierza nie są pokryte futrem i nie mają pazurów, lecz kończą się dłońmi, ludzkimi dłońmi, z czarnymi paznokciami. Oczy stwora jaśniały jakimś wewnętrznym, krwisto czerwonym, światłem. Długi, czarny jęzor lizał paszczą za krzywymi kłami. Bestia miała długie, szpiczaste uszy, lecz nie posiadała ogona. Szczęki niby-wilka znów się poruszyły.
- Żadnych więcej strzał.
   Riverwind naciągnął łuk.
- Więc trzymaj się z dala.
   Dziwnie ludzkie palce wilka napięły się chwytając skałę. Riverwind zrozumiał jakim cudem zwierzę tak szybko mogło się tu wspiąć. Stwór powiedział chrapliwie.
- Zabiłeś kuzynów! – z głębokiej, pokrytej futrem piersi wyrwał się warkot – Jeden z nich był mi synem!
- Ja upolowałem tą owcę – powiedział Riverwind.
   Potniejące dłonie miały coraz większy problem w utrzymaniu napiętego łuku więc trochę poluzował.
- A potem wataha ją wzięła. Bronię tego, co moje. Kim jesteś, wilku co mówi jak człowiek?
- Jestem Kyanor, pierwszy z Nocnych Biegaczy. Przeszliśmy góry by zażądać dla siebie tego lasu. Nikt nie może tu polować, tylko my!
- Tak twierdzisz. Nie mam zamiaru zabijać wilków, lecz owca jest moja.
   Kyanor obnażył kły i warknął wściekle.
- Nikt nie włazi w nasze ziemie. Byliśmy przeganiani i wypędzani z wielu miejsc, lecz już nigdy więcej. Każdy, kto poluje w naszym lesie, musi zginąć.
   Człowiek równin wycelował prosto w łeb Kyanora.
- Nie wiem nic o waszej historii. Macie teraz owcę, więc ją weźcie i odejdźcie w pokoju.
- A co z moim synem? Jego krew plami twoje ręce.
- Każdy myśliwy ryzykuje życiem, gdy wystawia się do walki.
- Puste, ludzkie gadanie! Ceną za taką zbrodnię musi być twoje życie!
   Kyanor skoczył na wojownika. Riverwind wypuścił strzałę z na wpół naciągniętego łuku. Na drugą strzałę już nie było czasu. Pocisk uderzył Kyanora w pierś, lecz nie zmienił potwornego skoku. Uderzył w Riverwinda i razem potoczyli się po kamienistej płaszczyźnie. Paluchy bestii zamknęły się na Riverwindzie i nim zatrzęsły, starci łuk. Wielkie dłonie łowcy chwyciły wilcze gardło, zaczęły dusić i jednocześnie trzymać wilcze kły z dala. Kyanor był silny o przytrzymał łowcę leżącego na plecach. Mieszkaniec równin musiał rzucać głową na obie strony by uniknąć zębów bestii. Podczas walki reszta watahy siedziała cicho u podstawy głazu. Uważne oczy śledziły każdy ruch walczących.  Czarne paznokcie szarpały kark Riverwinda. Popłynęła gorąca krew. Riverwind wbił palce w krtań Kyanora. Wilk sapnął i kaszlnął. Długi jęzor wisiał z paszczy a z niego kapała zjełczała ślina. Riverwind z całych sił wpakował kolano w żebra Kyanora. Wilk zwiotczał a Riverwind lewą ręką zdołał go z siebie zrzucić. Dziwny wilko podobny stwór odtoczył się na bok zdławiony prawie na śmierć. Był w tej chwili niegroźny więc Riverwind zrzucił go z głazu na dół.
   Wilki na dole wybuchły potworną kakafonią wycia gdy ich przywódca spadł z góry pomiędzy nich. Riverwind złapał łuk. Cięciwa była pęknięta, lecz większego znaczenia to nie miało; i tak nie miał dość strzał by poradzić sobie z tuzinem wilków. Musiał blefować.
- Jea! – wrzasnął z góry.
   Riverwind stał na głazie a strzałę miał nałożoną na pozbawiony cięciwy łuk. Warcząca sfora na dole ucichła. Kyanor niepewnie wstał. Dziwięc par głodnych ślepi patrzyło do góry a ich wzrok wbity był w mieszkańca równin.
- Nie wiem, czy mnie rozumiecie czy nie, lecz pierwszy, który wykona ruch na mnie, zginie natychmiast.
   Wilki pozostały nieruchome, uszy położyły po sobie a wargi zwinęły i obnażyły kły ostre jak noże.
   Riverwind ostrożnie zszedł ze skały. Tyłem oddalał się od watahy. Wilki posuwały się naprzód grupą, kilka bezszelestnych kroków za każdym razem. Długie cienie skryły ich sylwetki i Riverwind nie mógł ich zbyt łatwo dostrzec. Świecące oczy znikały jako ostatnie. Po chwili nie było już niczego, co mógłby wystraszyć niesprawnym łukiem.
   Gdzie z prawek rozległo się wycie. Odpowiedź nadeszła z lewej. Wilki starały się go okrążyć. Oparł się plecami o potężny pień drzewa i rozrywał rzemienie uwalniając szablę. Robiąc to jednocześnie wołał.
- Kyanor! Ilu jeszcze swych braci chcesz poświęcić by mnie dostać? Mam dość strzał i mam stal by się z wami wszystkimi rozprawić – warto? Warto, Kyanor?
   Szabla wreszcie była wolna więc w ciszy ją wydobył. Światło księżyca odbiło się długiej, polerowanej klingi.
   Niesamowity skrzek w ciemności podniósł mu włosy na karku. Wyobrażał sobie twarde, smukłe ciała przemykające pomiędzy cedrami. Widzące w ciemności z precyzją, jakiej myśliwski wzrok Riverwinda mógł tylko zazdrościć.
   Odskoczył od drzewa i sprintem dopadł drugiego o kilka jardów dalej. Znowu przypadł plecami do poszarpanej kory cedru. Gdzieś w pobliżu poruszyły się gałęzie; a może to tylko wiatr? Las był cichy jak scena śmierci.
- Człowieku z równin! Słyszysz mnie? – zawołał Kyanor.
- Słyszę cię, Kynaorze.
- Zapamiętam cię, człowieku z równin! Poznam twój zapach jeśli nasze ścieżki znów się skrzyżują!
- Zachowam jedną strzałę tylko dla ciebie – odparł Riverwind.
   Kyanor w ciemności zawył i wezwał swych krewnych. Odpowiedzieli, istny chór warknięć i szczeknięć od każdego zwierzaka. Riverwind jeszcze długo stał oparty o drzewo i nasłuchiwał.
   Po dłuższym czasie w poszyciu leśnym odezwały się świerszcze. Dobry znak. Riverwind włożył miecz do pochwy i westchnął z ulgą. Gdyby w pobliżu czaiły się wilki to las byłby cichy ze strachu.
   Riverwind pognał przez las pochylając się pod gałęziami drzew. Gnębiła go potworna myśl; jeśli wataha poszła po jego śladach wstecz to znaleźliby ślad prowadzący do miejsca gdzie został Catchflea…
   Wielki cedr nie nosił żadnych oznak przemocy. W rzeczy samej jedyną oznaką życia jaką dostrzegł Riverwind było delikatne chrapanie dobiegające z góry. Wspiął się do rozwidlenia pnia i znalazł tam Catchflea śpiącego snem sprawiedliwych.
   Riverwind usadził się po drugiej stronie pnia. Poluzował pas i zawinął go wokół konaru. Teraz nie spadnie. Szablę wbił w kona rosnący powyżej. Próbował zasnąć, lecz najmniejszy nawet szept wiatru, każdy okrzyk nocnego zwierzęcia budził go natychmiast. To była bardzo długa noc.

*****

   Słońce powoli przedzierało się przez ciemno zielone listowie drzew. Wzorki światła i cienia przemykały po twarzy Riverwinda. Zapach płonącego żywicznego drewna przerwał mu drzemkę. Nagłe przypomnienie walki z poprzedniej nocy sprawiło, że zaerwał się natychmiast. Poniżej Catchflea lekko postukiwał wokół niewielkiego ogniska. Riverwind zluzował pas i zsunął się na ziemię. Mięśnie bolały go od walki i biegu. Długie zadrapania na szyi zdążyły przyschnąć i pokryć się ciemno czerwonymi strupami.
- Jesteś głodny? – spytał Catchflea wciąż odwrócony plecami do Riverwinda – Jest jedzenie, tak.
- Jakie jedzenie? – spytał Riverwind.
   Umierał z głodu.
- Rosół grzybowy, zielenina, herbata ziołowa, strączki topy.
   Zaskoczony Riverwind podszedł i popatrzył nad ramieniem Catchflea.  Bardzo wcześnie rano stary człowiek wstał i poszedł szukać żywności. Na miedzianym rondlu Riverwinda gotowały się dzikie grzyby i zioła mleczu. Herbatę zagotował z szałwi i mięty rosnących na polance nieopodal. A co najbardziej zaskakujące, znalazł miejsce z krzewami topa, których strąki na surowo stanowią nie lada przysmak.
   Catchflea wręczył Riverwindowi czarkę z herbaty miętowej z liściem mięty wciąż w niej pływającym. Stary mężczyzna usiadł na skrzyżowanych nogach obok ogniska rozpalonego z sosnowych gałązek, siorbał rosół grzybowy i skubał strąki. Oczy mu się rozszerzyły gdy ujrzał zadrapania na szyi Riverwinda, lecz powiedział tylko.
- Jedz, jedz.
   Riverwind przysiadł na udach.
- Zrobiłeś ze mnie głupca, starcze.
- Ja?
- Tak. Udawałeś przede mną bezrozumnego wróżbitę, gdy tak naprawdę jesteś starym, chytrym lisem.
   Riverwind pociągnął łyk herbaty. Dobra była; ciepło rozlało się po gardle i uspokoiło pusty żołądek.
- Nikt nie dożywa mojego wieku będąc głupcem – odparł Catchflea – Ostrożny, tak. Głupi, nie. Zwłaszcza jeśli masz umiejętność spojrzenia w przyszłość.
   Chwycił kolejny strąk topa.
- Co cię stało w szyję? Spadłeś z drzewa?
   Riverwind opowiedział o wilkach, o  Kyanorze i o tym jak stracił upolowaną owcę. Nagłą bladość Catchflea widać było nawet przez zasłonę brody.
- Wilki? – wymamrotał – Z palcami? Nigdy nie mówiłeś o wilkach, i to żadym rodzaju!
- W dziczy wszystko może się przydarzyć, stary przyjacielu. Są gorsze rzeczy od wilków, z palcami czy bez.
   Riverwind dopił herbatę i zanurzył czarkę w zupie. Nabrał do pełna. Brązowe, leśne grzyby miały mocny posmak drzewny. Zdaniem Riverwinda, krzepiący.
- tak naprawdę to chciałbym wiedzieć jedno; czy Kyanor to bestia mówiąca jak człowiek, czy też człowiek zamknięty w ciele bestii?
- Człowiek. Musi być człowiek, tak?
   Riverwind przeżuwał włóknisty kawałek grzyba.
- Dlaczego tak?
- Tylko człowiek jest w stanie szukać wiedzy magicznej – powiedział Catchflea – Człowiek i jemu podobne rasy. Zwierzęta nie mają zdolności do inkantacji.
- A więc Kyanor to człowiek, który przybrał postać wilka? Dlaczego miałby to robić?
   Stary człowiek wzruszył ramionami.
- Za tymi górami jest utracone królestwo Istar, w którym władała magia. Setki lat remu, tak. Wiele dziwnych rzeczy i istot stamtąd nadeszło gdy na ląd spadł Kataklizm i zatopił królestwo w morzu. Ten niby-wilk to może być potomstwo jakiegoś czarodzieja z Istar.
   Catchflea wytarł usta rękawem. Nie przejmował się faktem, że rękaw jest brudniejszy od jego twarzy.
- Lub też Kyanor jest człowiekiem takim, jak my, lecz został zaklęty – dodał.
- Nie narzekał na pozycję przywódcy watahy – powiedział Riverwind.
   Poszli razem w stronę źródła znalezionego przez Catchflea by Riverwind mógł przemyć niewielkie rany. Kiedy tak szli, myśliwy spytał.
- A co się stało z twoimi dzwonkami? Twoja broda ucichła!
   Stary mężczyzna wyraźnie się zaczerwienił.
- Zdjąłem – odparł – Uznałem, że całkiem nie pasują do mojej nowej roli. Człowieka lasu, tak.
   Riverwind tylko się uśmiechnął. Stary wróżbita przysiadł na brzegu pokrytym igliwiem i obserwował jak Riverwind czyści zacięcia na karku.
- Bolą?
   Riverwind spojrzał na starego i przycisnął mokrą szmatę do zacięć.
- Nie.
- Mogą ropieć – mruknął Catchflea – Mógłbym zrobić maść z błękitnego korzenia.
- Nie ma potrzeby. Rany są już czyste.
- A może balsam na ból? Gdzieś tu muszą być zioła znieczulające. Albo może…
- Bądź już cicho, dobrze? – powiedział niecierpliwie łowca.
   Twarz Catchflea posmutniała.
- Chciałem tylko pomóc.
   Riverwind nie odpowiedział. Czuł się zmieszany faktem, że po tych wszystkich przestrogach na temat polowania i wręcz niewidzialności w jego trakcie, to jednak Catchflea był tym, który ich obu wyżywił. To zakłopotanie spowodowało, że był dla starego wróżbity mało uprzejmy.
   Nim nadeszła kolejna noc dwójka mężczyzn dochodziła już do Zapomnianych Gór. Riverwind unikał szlaku na którym napotkał Nocnych Biegaczy. Miast tego wybrał kamienną ścianę samego Karby Grzmotu. Catchflea nie wzdragał się przed tą trasą; w rzeczy samej lepiej mu szło dotrzymywanie kroku Riverwindowi w takim trudnym terenie niż na równinie. Silny nie był na pewno, ale zwinny już tak.
   Bliźniacze kopuły Karbu Grzmotu wznosiły się nad głowami gdy tak przedzierali się w górę zachodniego zbocza. W większości miejsc mogli iść w pozycji wyprostowanej jeśli tylko szli ostrożnie z uwagi na Rumińska skalne i osuwiska piasku. Czasami , jednak, zarówno Catchflea jak i Riverwind, musieli wspinać się na czworakach i to przywierając całym ciałem do skały i wpinając się w nią palcami i stopami.
   Ledwie minęło południe gdy weszli na Karb. Cała równina Abanasinii leżała u ich stóp. Riverwind poczuł przypływ animuszu.
- Żegnaj, Abanasinio! – zawołał na wiatr.
- Żegnajcie, Que-Shu! – dodał Catchflea.
   Dopóki znów nie będziemy razem, Goldmoon – pomyślał Riverwind. Szerokie, białe chmury gnały nad Karbem, pełny ich wachlarz śpieszył na zachód.
   Z głębin swych połatanych szat wyłowił Catchflea trzy żołędzie i wrzucił je do tykwy. Przyklęknął na płaskiej powierzchni kamiennej przełęczy i zaczął potrząsać tykwą. Riverwind oparł się plecami o pionową skałę północnego szczytu i spytał.
- I czego szukasz, starcze?
- Nowego kierunku dla nas, tak.
   Pomruczał coś pod nosem i zawołał.
- Ha!
   Rzucił żołędzie na kamień. Choćby nawet jego życie od tego zależało, to i tak Riverwind niczego nie widział we wzorze rozrzuconych żołędzi. Catchlea uważnie badał mizerne owoce dębu. On widział w tym przyszłość.
- No i co? – spytał Riverwind.
- Odejdziesz daleko, na wiele lat, napotkasz ciemność, i … nowe jest starym.
- Czyli bez zmian.
- Hmmm, tak.
   Catchflea zebrał żołędzie i znowu potrząsnął. Wynik był taki sam jak u Que-Shu: „idź na wschód” oraz „zejdź”.
   Dla Riverwinda przestało to być interesujące, i tak nie rozumiał. Odszedł na wschodni skraj Karbu i popatrzył na wielką przestrzeń szczytów i dolin. Wszystko poniżej jego obecnego stanowiska. Podniósł kołczan i naramienną torbę.
- Lepiej chodźmy, póki mamy dzienne światło – powiedział.
   Catchflea odłożył tykwę. Przeszli Karb i zagłębili się w wąwozy prowadzące w dół ze szczytu. Szlak był łatwy, nigdzie nie ani zbyt stromo, ani zbyt wąsko. Szli tak przez resztę dnia. Do zachodu słońca była jeszcze godzina gdy szlak wyprowadził ich na lekko nachyloną polanę, otoczoną spadającymi głazami. Riverwind podszedł do sporej skały w najwyższym miejscu polanki i zrzucił bagaż.
- Równie dobrze możemy obozować tutaj – powiedział.
   Catchflea popatrzył na niekończące się kamienisko.
- Bardzo odosobnione miejsce, tak. To dlatego mówią o Zapomnianych Górach.
   Riverwind przytaknął.
- Nie ma ognia dzisiaj – zauważył stary mężczyzna bowiem w okolicy nie było nawet gałązek.
- Zimny obóz. Z pewnością – odparł Riverwind – Mam jeszcze trochę pemmikanu.
   Obozowali opierając się o białe, wapniowe zbocze. Powoli przeżuwali kęsy słonego pemmikanu i popijali wodą z koźlego bukłaka Riverwinda. Czyste niebo zmieniało barwę od lawendy do głębokiej purpury. Pojawiły się gwiazdy. Mężczyźni nie mówili dużo. Powietrze mocno się schłodziło i stary mężczyzna zaczął podzwaniać zębami niczym żołędziami w tykwie. Riverwind odwiązał z torby własną derkę z końskiego włosia. Długa derka była zrobiona przez matkę dla ojca. Chociaż wzór zygzakowy już dawno wyblakł a ciepły oranż zastąpił czerwień, i choć brzegi derki już zaczęły się strzępić to jednak Riverwind zabierał ją zawsze na wyprawy w dzicz.
   Narzucił derkę ramiona Catchflea. Stary mężczyzna wyglądał na bardzo wdzięcznego, lecz jednak miał obiekcje.
- Będziesz tego potrzebował dla siebie, tak?
- Moja odzież jest z koźlej skóry, dobrze grzeje – odparł Riverwind.
   Catchflea zarzucił sobie derkę nawet na głowę i po chwili zęby przestały mu podzwaniać
- Dzięki, wielki człowieku.
   Patrzyli na gwiazdy a Catchflea opowiadał wszystko, co wiedział o prawdach nieba. Kiedy rozmawiali nagle z nieba zaczęła spadać jedna gwiazda pozostawiając za sobą długi, ognisty ślad. Po chwili zgasła. Poświata długo jeszcze pozostawała przed oczami Riverwinda.
- Powiedz mi, stary, jedno: dlaczego za młodu polowałeś na spadające gwiazdy?
   Catchflea uniósł się nieco na chudych udach.
- Chciałem znaleźć dowody istnienia naszych bogów, naszych przodków. Pomyślałem, że jeśli bogowie mieszkają w niebie, to wszystko co z nieba spada będzie miało jakiś znak ich świętej obecności.
   Riverwind był zaskoczony takim logicznym wywodem, choć dla niego brzmiał on dość dziwnie.
- A co miałeś nadzieję odnaleźć?
- Cokolwiek. Jakieś znaki, że byty w niebiosach są większe od nas samych – odparł z ciężkim westchnieniem – Znalazłem cztery upadłe gwiazdy a wszystkie były takie same. Grydy nadpalonego kamienia, tak? To wtedy uznałem, że bogowie naszego ludu są fałszywi, że kapłani Que-Shu są wprowadzeni w błąd.
- Ja wierzę w starych bogów – odparł jasno Riverwind.
   Oczy Catchflea, ocienione teraz derką, szukały oczu towarzysza.
- To herezja, przynajmniej dla niektórych.
- Być może.
- Czy starzy bogowie do ciebie przemówili?
- Nie, lecz ja widzę rękę Paladine, Majere i Mishakal wszędzie wokoło. Jak myślisz, skąd pochodzi twój dar przepowiadania?
- A skąd mam wiedzieć? Jestem tylko Catchflea Głupiec, Catchflea Tępak.
   Wykrzywił twarz.
- Kpisz ze mnie. Powinieneś się zwać Catchflea Lis – powiedział Riverwind.
   Położył się na plecach a przed oczami miał teraz cały nieboskłon.
- Kiedy uzyskałeś dar przepowiadania?
- Miałem może dwadzieścia lat. Wracałem właśnie po znalezieniu czwartej i ostatniej gwiazdy a to zawiodło mnie głęboko w lasy Qualinostu. Rozpaczliwie chciałem poznać prawdę. Nasza wiara, Wiera Que-Shu była bezużyteczna, tak? Czułem, że i moje życie staje się bezwartościowe więc wspiąłem się potężny dąb i przygotowałem do śmiertelnego skoku.
- Co zmieniło twoje zamiary? – spytał Riverwind.
- Pragnienie życia było we mnie wciąż mocne. Wisiałem tylko na czubkach palców a między mną a śmiercią było tylko moje wahanie. Wciąż pragnąłem prawdy i wtedy właśnie pojawił mi się bóg Majere.
   Riverwind spojrzał badawczo, był zdumiony.
- Nie w ludzkiej postaci – dodał szybko Catchflea – Słyszałem ogromny głos i czułem… obecność, tak? Majere rzekł żebym nie desperował, że bogowie to nie jakieś tam legendy i że moje życie ma cel. Jaki cel, spytałem. Nie możemy ze śmiertelnikami mówić otwarcie, odparł Majere a głos boga wypełniał całe niebo wokoło, Lecz istniejemy. Dążyć do tego by odzyskać to, co śmiertelni odrzucili. Musisz dążyć do prawdy. Prawda jest ostatnim aktem walki dobra ze złem. Zmagania dopiero się zaczną.
   Catchflea pokiwał głową.
- Czterdzieści już lat minęło a przecież pamiętam każde słowo, jakie bóg powiedział.
   Riverwind przyjrzał się towarzyszowi. Nie pozostał żaden ślad głupiego, nieokrzesanego starca. Nie w opowieści Catchflea.
- Doznałeś wielkiego zaszczytu – powiedział – Nikt z ludzi jakich poznałem, nie rozmawiał nigdy z prawdziwym bogiem.
- Zszedłem z drzewa… niezwykle ostrożnie… i zawołałem głośno. Jak mam walczyć o prawdę, Wielki Majere? A wtedy właśnie z dębu spadły trzy żołędzie i legły u moich stóp. Zabierz te nasiona a one wskażą ci drogę, odezwał się głos. Nim wróciłem do wioski pojąłem już, że przyszłość mogę zobaczyć przez rzut żołędzi. Zrozumiałem też, jak śmiertelnie groźny może się okazać mój dar. Starszyzna naszego ludu nie pozwoliłaby mi cierpieć dalszego żywota gdybym wszystkim oznajmił poznaną prawdę.
- A więc udałeś głupca.
   Catchflea radośnie pokiwał głową.
- To było bardzo łatwe. Większość i tak już miała mnie za marzyciela, tak? Pozwoliłem, by urosła mi dzika broda i zacząłem ubierać się dziwaczne szmaty. Dzieci przezwały mnie Catchflea. Dla dobra prawdy, bez żalu znoszę takie przezwisko.
- Też tak cię nazywałem. Wybacz.
   Riverwind położył wielką dłoń na ramieniu starego mężczyzny. Wielu spraw teraz żałował a najbardziej chyba ostrych słów, które wyrwały mu się rankiem poprzedniego dnia.
- Nie kłopocz się. Ja jestem Catchflea – podrapał się dla podkreślenia i udowodnienia swych słów po czym zmienił temat – A co z Goldmoon? Wie, że kocha heretyka?
- Tak naprawdę, to sama jest heretyczką. Jej własna matka objawiła się jej w Sali Śpiących Dusz i wyznała fałszywość religii Que-Shu.
   Twarz Catchflea wyrażała ogromne zaskoczenie.
- kapłanka ludu jest heretyczką? Czy wódz o tym wie? – bełkotał.
- Arrowthorn słyszy i widzi tylko to, co mu odpowiada. Zatrutych podszeptów Loremana słucha równie często jak dobrych rad własnej córki. Miłość do niej pozwala mu tolerować moje starania o jej rękę. W przeciwnym razie już dawno temu byłbym ukamieniowany lub przegnany – smutno stwierdził Riverwind.
- Przegnany? Tak ,jak teraz, rozumiem – uprzejmie zauważył Catchflea.
- Wódz uważa, że obarczył mnie zadanie niemożliwym do wykonania. Ale ja dam radę i przez to przebrnę – Riverwind chwycił dłoń starca – Rozumiesz, wierzę, że wolą starych bogów jest byś mi towarzyszył w tej wyprawie. Słyszałeś głos Majere a dzięki niemu spoglądasz w przyszłość. Razem, przyjacielu, znajdziemy dowody.
   Uwolnił jego dłoń a catchflea z wdzięcznością zaczął ją masować.
- A jeśli chodzi o Goldmoon – powiedział cicho Riverwind – Nasza miłość nie wiąże się ze zwyczajami plemienia czy prawami wioski. Moje życie jest przyrzeczone Goldmoon, a jej życie mnie.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#3 2018-09-05 10:40:32

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 687

Re: Riverwind z równin

Rozdział 3

Idź w ślad i schodź

   Riverwind stał na skraju rozpadliny. Poniżej, ukryte w kłębiącym się dymie, krążyło coś śmiertelnie groźnego. Stał tak, aż usłyszał słodki głos wołający jego imię.
- Goldmoon!
   Po drugiej stronie rozpadliny czekała Goldmoon. Jej delikatna bała szata i jasne włosy powiewały na wietrze. Żałośnie go nawoływała. Riverwind czuł się bezradny, desperacko pragnął się do niej dostać. Nie było drogi – żadnego mostu, liny, nawet pnączy po których mógłby się wspiąć. Za plecami Goldmoon ukazały się wysokie postacie. Jedna to Loreman, druga… jej ojciec, Arrowthorn. Chwycili ją za ręce i odciągnęli wstecz. Walczyła, lecz byli silniejsi. Serce Riverwinda szalało. Musi się przedostać! Pójdzie wstecz i znajdzie inną drogę.
   Odwrócił się gwałtownie a za plecami ukazał się, krzywiąc się nienawistnie, Hollow-sky. Był trupio blady a odzienie miał poplamione grobowym mchem. Bez jednego słowa rozpoczęli walkę. Riverwind był większy, lecz siła martwego mężczyzny była nieugięta. Riverwind został odpchnięty. Zaparł się piętami i ugiął kolana próbując dopaść Hollow-sky na wysokości piersi by zyskać jakąś przewagę. Nie pomogło. Po chwili pięty myśliwego wisiały w powietrzu. Jednym, silnym ruchem Hollow-sky wrzucił Riverwinda w rozpadlinę.
   O dno uderzył niemal natychmiast. Z zaskoczenia nie mógł nawet się za bardzo poruszać. Dym wypełnił mu oczy i nos. Dźwięki ruchu jakoś przebiły się do świadomości oszołomionego umysłu. Krew Riverwindowi zlodowaciała gdy usłyszał potężne wycie.
   Wilki! Były wszędzie dokoła. Chciał wstać, podnieść się na kolana, lecz dopadły go jednym, dzikim, cichym ruchem.  Riverwind łamał im kości gołymi dłońmi, lecz kły szarpaly mu ramiona i nogi. Wilki go powaliły na plecy i przygniotły. Największy z nich zbliżył się do jego postaci rozpostartej na kształt orła. Kyanor. Łeb zwierza opadł niżej, czerwony oczy wwierciły się w spojrzenie Riverwinda. Ostre jak noże kły przebiły gardło mieszkańca równin…
   Riverwind usiadł z takim rozpędem, że łokciem uderzył w wapienny głaz za swymi plecami. Koszmar senny. Oddycha ł ciężko i chrapliwie wypuszczając całe kłęby pary z ust prosto w górskie powietrze. Catchflea, gdzieś całkiem blisko, chrapał śpiąc snem sprawiedliwego.
   Uspokój się, powiedział do siebie. To nie było rzeczywiste.
   A może i było?
   Riverwind usłyszał dziwny szelest, gdzieś na mrocznej skarpie, a potem dźwięk spadających kamyków. Groza snu powróciła, lecz zdołał ją opanować. W tamtym kozmarze był bezbronny. W budzącym się świecie zdecydowanie bezbronny nie był.
- Pst, Catchflea! – szepnął sięgając po szablę.
   Stary mężczyzna stracił na chwilkę rytm chrapania, po czy wrócił do normalego dźwięku pracującej piły.
- Obudź się! – powtórzył Riverwind wzmacniając wypowiedź lekkim kopniakiem.
   Catchflea chrapnął i otworzył szeroko oczy.
- Co…? Ciemny poranek, tak?
- Ćśś! Ktoś tu jest!
- A kto by tu łaził. Wększość podróżnych unika gór.
- Nocni Biegacze – ponuro stwierdził Riverwind.
- Wilki? Co mam robić?
- Ty, nic. Zostań tutaj!
    Riverwind jednym, gładkim ruchem dobył szabli i jednocześnie przetoczył się do pozycji stojącej acz lekko wciąż był przykucnięty. Wysiłał teraz wszystkie zmysły wprawnego myśliwego, lecz nie słyszał nic. Noc była cicha.
   O tej porze nie świecił żaden z księżyców Krynnu a gwiazdy w najlepszym razie były tylko kiepskimi lampkami. Riverwind sprawdził lekko nachyloną powierzchnię kamiennego stoku. To mógł być polujący nocą lis, albo jakiś ptak. Albo wyłącznie jego własna wyobraźnia pobudzona strasznym snem.
   Już prawie przekonał sam siebie, że tam nic nie ma gdy nagle usłyszał kolejny dźwięk: delikatne podzwanianie metalu, jakby łańcucha… lub rękojeści miecza o pancerz? Dźwięk dobiegł z przodu, gdzieś z lewej. Riverwind przycisnął się do krawędzi głazu i powoli przesuwał w stronę tego dźwięku.
   Coś skrobnęło skałę za jego plecami. Wywinął szablą cięcie do tyłu. Klinga uderzyła w kamień o cal od nosa Catchflea.
- Kazałem ci zostać na miejscu! – wściekle szepnął Riverwind.
- Coś zobaczyłem! – syknął starzec.
- Co?
- Błękitne światło, coś jak błędny ognik.
- Gdzie?
   Catchflea wyciągnął ramię.
- O. tam.
- Pójdę łukiem w lewo. Pozostań tutaj, chyba że chcesz żebym przyciął ci brodę w bardzo brutalny sposób.
   Riverwind oddalił się od Catchflea na jakieś dwanaście jardów gdy ujrzał jaskrawe, błękitne światełko. Było nieduże i okrągłe. Ot, słaba poświata na wysokości kolan nad gruntem. Chwiało się trochę do przodu i do tyłu, lecz się nie oddalało. Riverwind zbliżał się w pozycji mocno pochylonej. Zbliżył się i ujrzał niejasny kształt ponad błękitnym światłem. Kształt ten byż zbyt drobnej konstrukcji by mógł być Kyanorem czy którymkolwiek z jego watahy.
   Cisza pogoni nagle się urwała gdy zwierzyna Rverwinda potknęła się i upadł z głośnym brzękiem. Nosi kolczugę, pomyślał myśliwy. Uchwyciwszy mocniej szblę pognał w stronę światła. Pokruszony łupek pod stopą omal nie spowodował upadku Riverwinda, lecz myśliwy tylko odskoczył w bok i utrzymał się w biegu.
   Na ziemi leżała słabo świecąca kula wielkości głowy Riverwinda. Ostrożnie dotknął ją czubkiem klingi. Dodana też była spiżowa rękojeść. Jakiś rodzaj lampy. Riverwind podniósł ją. Kula była bardzo lekka. Błękitny blask mącił się i wrzał wewnątrz gdy myśliwy obracał w dłoni dziwny przedmiot. Dreszcz przeszedł od dłoni do ramienia Riverwinda i natychmiast odrzucił kulę na ziemię. Nie miał czasu na zabawy z magicznymi przedmiotami.
   O kilka jardów dalej przez otwartą przestrzeń przemknął cień. Porzuciwszy ukrycie Riverwind pognał za wykrętnym intruzem. Słabo widoczna postać prowadziła do ich własnego obozu. Intruz zatrzymał się wystarczająco długo by chwycić jelenią torbę Riverwinda i z nią uciec.
- Stój! – wrzasnął myśliwy – Rzuć to!
- Ucieka tędy! – zawołał Catchflea.
- Padnij, Catchflea!
   Riverwind złapał kanciasty kamień i cisnął w stronę, gdzie słyszał odgłos biegnących stóp. Dał się słyszeć odgłos uderzenia i cienki spazm bólu. Riverwind krzyknął tryumfalnie i runął w stronę intruza. Przebiegł jednak tylko kilka kroków i wpadł na Catchflea.
- Uff! Uważaj!
- Patrz pod nogi… ouu! Uważaj na klingę…
   Riverwind wyplątał się akurat na czas, by zobaczyć sylwetkę złodzieja jak prostuje się i rusza po głazach na wschodnim brzegu polanki. To coś miało znaną wszystkim formę: głowa, dwa ramiona, dwie nogi, lecz nie dało się stwierdzić, czy to człowiek, krasnolud czy kender. Intruz na moment się zatrzymał po czy przeskoczył skałę i zniknął z oczu.
- Oddawaj moją torbę! – wrzasnął Riverwind.
   Prawie wszystko, co posiadał, a niewiele tego było, mieściło się w tej torbie. Wraz z Catchflea byli już na nogach.
- Bierz derkę i chodź za mną – pośpiesznie zawołał Riverwind.
   Schował szablę do pochwy i ruszył w stronę skał, za którymi zniknął złodziej. Skały były poszarpane i kanciaste, lecz Riverwind wdrapał się na ich szczyt. Przyklęknął na brzegu skały i usiłował wzrokiem przebić ciemność. Zupełnie, jakby zaglądał w źródło północy,
   Z ciemności nagle wyleciał kamień i uderzył go jak żądło, prosto w brodę. Starcił równowagę, siadł twardo i zaczął się ześlizgiwać. Zwolnił ześlizgiwanie przez wbicie pięt w podłoże. Po chwili jednak stwierdził, że przecież i tak musi zejść na dół a taki ślizg jest całkiem łatwy.
   Nachylenie się skończylo, lecz miast twardego podłoża poczuł Riverwind pod stopami tylko pustkę. Podczas gdy nogami wierzgał w powietrzu, jednocześnie usiłowal oburącz chwycić się czegoś, co zatrzymało by spadanie, wokoło były tylko luxne kamyki. Zsuwając się po takim żwirze Riverwind wpadł w pustkę i spadał, i spadał, i spadał.
- Catchflea, uważaj! – było wszystkim, co zdołał wrzasnąć.
   Powolne sekundy mijały a Riverwind spasał stopami w  ciemność. W każdej chwili mógl trzasnąć i rozbić się o twarde podłoże.
   Machał ramionami i nogami, i ciągle spadał, a powietrze wokół płynęło szarpiąc rękawy i nogawice i owijając ciasno wokół kończyn. Szybko zorientował się w czymś jeszcze: otóż spadal za wolno – o wiele za wolno. Prędkość opadania wyglądała na nie większą niż prędkość biegu po zwykłym zboczu. A może to tak bardzo zgęstniało samo powietrze, oblepiało go moż e niczym syrop, i spowolniało upadek? Coś zdecydowanie go spowalniało. I z całą pewnością, nie było to nic naturalnego. Magia.
   Uświadomienie sobie tego było wystarczająco przerażające by się natychmiast ciężko spocił. W czasie dalszego spadku zdołał jednak strach opanować. Popatrzył w górę. Nawet nie mógł dostrzec dziury w którą wlecial. Wokoło były tylko mgliste sugestie istnienia szybko przesuwających się ścian, kiedy jednak chciał ich dotknąć natychmiast stracił równowagę i wywinął stopami nad głową. Po kilku wściekłych ruchach odzyskał pozycję i od tej chwili trzymał już ramiona szeroko rozłożone.
   Nie miał pojęcia, jak długo już spada. Nie odczuwał samego czasu.Nie było nic, tylko wiatr i ściany otaczające spadającego mieszkańca równin.
- Dokąd ja spadam? – spytał głośno.
- I jak dostaniemy się znów na górę? – odparł nieco odległy głos z góry.
- Catchflea, to ty? – spytał Riverwind.
- To ja, tak.
- Gdzie jesteś?
- Powiedziałbym, że jakieś trzydzieści stóp nad tobą.
   Riverwind próbował go dostrzec, lecz było zbyt ciemno.
- Też wpadłeś dp tej dziury? – spytał głośno.
- Nie. Wskoczyłem za tobą.
- Co takiego!
- Pamiętasz, co powiedziały żołędzie, że mam iść za tobą i zejść, tak!
- Zawsze robisz, co ci te żołędzie każą? – spatał Riverwind.
- Zawsze, duży człowieku.
   Riverwind potrząsnął głową niedowierzając. Dziwna sprawa, bowiem poczuł się nieco lepiej wiedząc, że w tym wariackim spadaniu nie jest sam. Ponownie spłynął z góry głos catchflea.
- Jak dostaniemy się na górę?
   Poniżej pojawiło się błękitne światło. Riverwind zapalczywie skłonił się w pasie byle tlko lepiej mu się przyjrzeć. Światło miało ten sam kolor co dziwna kulka jaką znalazł na górze. Poświata zbliżała się szybko. Po chwili, to coś… a może, ktoś… przeleciało obok. To była kolejna kula. Taka sama jak poprzednia, tylko że ta była zamocowana rękojeścią do ściany.
   Upadek trwał już tak długo, że Riverwind zaczął się niecierpliwić. Błękitna kula zniknęła gdzieś nad głową. W jej poświacie mógł nawet zobaczyć Catchflea obramowanego delikatną aurą. Kiedy kolejna lazurowa kropka pojawiła się daleko poniżej jego stóp, Riverwind zdecydował że spróbuje kopnięciem ją oderwać. Chciał zabrać ze sobą coś, co oświeciłoby mu otoczenie. Wymierzył wzrokiem swą pozycję. Kula powinna się znaleźć w zasięgu wyciągniętych palców.
  Stracił niepewną równowagę gdy tylko sięgnął ramieniem. Walnął mocno w ścianę i się od niej odbił. Dłoń tylko lekko stuknęła kulę. Nie było szansy by ją pochwycił. Kula szturchnięciem się uwolniła z uchwytu, lecz miast spadać dalej razem z myśliwym, odpłynęła w górę. Ledwie, ledwie minęła Starego mężczyznę wciąż jeszcze spadającego śladem Riverwinda.
- Co to było? – zawołał przestraszony Catchflea.
   Gdy tylko Riverwind wyjaśnił stary człowiek zakrzyczał.
- Nie mieszaj się do nich! Możesz przeszkodzić magii dającej nam taką poduchę przed upadkiem.
   Powietrze, dotąd rześkie i chłodne przez całą drogę na dół, stawało się powoli cięższe i cieplejsze. Riverwind szybko minął w locie cały szereg pierścieni z ogniście gorącego kamienia. Promieniowały one ciemno czerwonym ciepłem. W takim niepewnym oświetleniu mógł jednak spostrzec, że szyb jakim leci ma około osmiu stóp szerokości. Ściany natomiast gładko polerowane.
   Słyszał okrzyk Catchflea gdy ten przelatywał między pierścieniami. Rzucił mu parę słów otuchy. Zdecydował się na ostatnią próbę spowolnienia lotu. Wyciągnął nóż i usiłował wbić go w twardy kamień ścian. Utwardzana ogniem klinga noża skrzesała snop iskier, lecz poza adrapaniem powierzchni wiele nie zdziałała. Riverwind stracil chwyt na rękojeści i nóż wypadł mu z ręki. Spadał o wiele szybciej niż on sam. Parę sekund później usłuszał uderzenie noża o podłoże. Nóż w coś uderzył. Może w dno?
   Nagle, ni stąd ni z owąd, szyb zwęził się do wąskiej szyjki, zupełnie jak w lejku. Dziwna siła powodująca spowolnienie spadku Riverwinda teraz omal go w powietrzu nie zatrzymała.Skrzyżował ramiona na piersi i prześlizgnąl się przez zwężenie uderzając tylko lewym biodrem i ramieniem zanim wylądował w komorze poniżej. Nogi się pod nim załamały a przed oczami rozbłysły gwiazdy.
   Wystarczająco długo leżał ogłuszony by coś miękkiego opadło na jego ciało. Po zapachu rozpoznał swoją własną, końską derkę. Piętami w dół doleciał do szyjki lejka Catchflea. Na parę sekund zawisł na palcach po czym puścił. Stary wróżbita wylądował z hukiem prosto na piersi Riverwinda.
- Bardzo przepraszam! Nie zraniłem cię chyba, tak? – spanął.
   Riverwind zakaszlał i spokojnie zdjął z siebie kościstego starca.
- Żadnych złamań – odparł – Biorąc pod uwagę długość upadku to chyba powinniśmy za to podziękować bogom.
   Próbował wstać, lecz w głowie mu zawirowało i szybko usiadł.
- Głowa mi lata jak sucha tykwa na wietrze – powiedział łapiąc się oburącz za głowe.
- Też mam zawroty, tak – wybełotał Catchflea.
   Leżał teraz płasko na plecach. Podniósł rękę i wskazał na sklepienie.
- Tam jest dziura przez którą tu wlecieliśmy, tak. Myslisz, że zdołamy ją stąd dosięgnąć?
   Riverwind przysiadł na udach i popatrzył na otwór w górze.
- To jakieś dwadzieścia stóp – powiedział – Nawet gdybyś stanął mi na ramionach to i tak nie mógłbyś sięgnąć.
   Nagle zorientował się, że dziwnym trafem wszystko wokoło jest doskonale widoczne. Komora była oświetlona przez błękitne kule. Lampy – każda wielkości głowy Riverwinda – zostały nieregularnie zamocowane na ścianach. Prawie tuzin z nich świeciło, lecz większość pozostała ciemna.
   Komora była okrągła, miala pewnie czterdzieści stóp średnicy. Ściany i dno były z bazaltu, ciemnego i gładkiego bazaltu, a tu i ówdzie błyskała w nim mika. Za plecami Catchflea był otwór wyjściowy oświetlony błękitną kulą. Ziemia przestała się chwoać pod stopami Riverwinda więc wstał. Kolana miał znowu solidne. Zachwiał się lekko, wyciągnął rękę do Catchflea i pomógł wstać staremu wróżbicie.
- Co to za miejsce? – spytał Catchflea.
- Nie umiem powiedzieć. Czymkolwiek jest, nie podoba mi się.
Och? Żyjemy przecież, tak?
- Tak. Tylko jak długo jeszcze? Jak mamy stąd wyjść? – mamrotał Riverwind.
   Powlókł się do ściany i dotknął święcącej kuli samym czubkiem palca. Nieruchome dotąd światło zaczęło się we wnętrzu kuli wiercić i kręcić i w ogóle poruszać tak, jakby chcialo uniknąć punktu dotkniętego przez Riverwinda.
- czym są te rzeczy? – zastanawiał się głośno.
   Catchflea był już przy kolejnej kuli. Podniósł ją ze skalnego łoża ukształtowanego jak czarka i trzymał teraz na długość całego ramienia.
- Przynajmniej mamy światło – powiedział starzec – Idziemy?
   Riverwind zabrał rękę od źródła luminescencji i światło wyraźnie się uspokoiło.
- Dokąd?
- Szukać drogi wyjścia, tak.
   Catchflea podniósł derkę Riverwinda i ciasno ją zwinął. Powstały w ten sposób pakunek zarzucił sobie na ramię. Riverwind wydobył szblę i ruszył w stronę tunelu.
- Nie chcesz lampy? – spytał Catchflea.
- Nie. W tych rzeczach jest coś, co mnie niepokoi.
   Riverwind wkroczył do przejścia. Tunel ciągnął się całkiem daleko. W nieregularnych odstępach można było zobaczyć świecące kule. I znów sporo z nich było ciemnych. Uważnie obserwował sklepienie i ściany i poszukiwał znaków mogących powiedzieć, kto ten tunel wykonał. Jakiego rodzaju istoty mogły zamieszkiwać w tak ponurym, podziemnym miejscu?
   Droga była lekko nachylona i wiodła w dół. Riverwind już podniósł dłoń do ust by zacząć jakieś nawoływania gdy Catchflea delikatnie jednak go powstrzymał. Lepiej według niego było zachować ciszę.
- Słuchałem już opowieści wszelkiego rodzaju na temat  złych istot zamieszkujących takie miejsca – górnicze gobliny, koboldy czy stukostrachy. Ci, którzy wtargną w ich domeny zadko tylko uchodzą z życiem.
   Riverwind spojrzał wstecz. Twarz starego mężczyzny była blada i bez krwi. W dziwnym świetle lampy wyglądał jak duch. Nie żartował. Riverwind posuwał się naprzód ze zdwojoną ostrożnością, wciąż plecami do twardej, zimnej ściany.
   Jeśli nie liczyć dziwnych lamp, to w tunelu nie było zbyt duzo do zobaczenia. Sklepienie było łukowe a ktokolwiek ten tunel wyciął musiał być zdecydowanie niższy od Riverwinda. Mysliwy musiał się ciągle schylać by uniknąć uderzenia w kolejne lampy. Dno tunelu pokryte było kurzem. Odwróciwszy się do Catchflea Riverwind zauważył własne ślady w tum kurzu.
- Połóóż to światło na dole, stary – powiedział z napięciem w głosie – Muszę coś zobaczyć.
   Przykucnęli w środku przejścia.
- Popatrz, tutaj są odbicia moich mokasynów – wskazał Riverwind.
   Duże, płaskie mokasyny mysliweg tworzyły spore ślady, jakby smugowe, na zakurzonyej posadzce.
- A te są twoje.
   Poszarpane obuwie Catchflea, powiązane rzemieniem jak i jego ubranie, pozostawiało zupełnie inne ślady.
- A tutaj – wskazał Riverwind – mamy trzeci zestaw.
   Mówił to wszystko szeptem. Było pewne, że właściciel trzeciego tropu szedł tędy. Ślady wyglądały zupełnie normalnie, choć były nieduże i smukłe. Być może dziecko? Ten trzeci wyprzedzał dwójkę mężczyzn i gnał dokładnie środkiem tunelu. I rzeczywiście biegł; ślady palców stóp odbite były wyraźnie a palce były rozstawione szeroko. Śladów pięt praktycznie nie było.
- Złodziej, tak? – szepnął Catchflea.
   Riverwind poważnie skinął głową. Intruz celowo wskoczył do dziury, wiedząc, że zaklęcie opuści go aż do tego miejsca. On i Catchflea znaleźli się teraz na terenie złodzieja. Ostrożność była co najmniej wskazana. Riverwind ścisnął mocniej szablę i wznowili marsz.
   Tunel raptownie skręcał w prawo. Kule na tym odcinku wszystkie były ciemne, co pozostawiło Riverwinda i Catchflea w ciemności. Nie zależnie od średniej temperatury wojownik obficie się pocił. To było przygniatające, te wszystkie zamknięte tunele, zwłaszcza zaś od chwili gdy Riverwind zorientował się jak wiele skały ma nad głową. Teraz te skała, cięzka i nie do przebicia, dociskała go do dołu, prasowała. Riverwind lekko wyprostował zgarbioną sylwetkę i od razu dotknął głową sklepienia. Twardego sklepienia. Mocnego.
- Czy ten tunel nie robi się mniejszy? – spytał z napięciem.
- Nic takiego nie zauważyłem – odparł Catchflea.
   Riverwind poruszył się niezręcznie. Nie mógł wyprostować się w tym tunelu.
- mieszkańców równin nie storzono do bycia kretami – mruknął i obrócił się do Catchflea – Chcę stąd wyjść. Chcę widzieć niebo, poczuć witr na twarzy. I chće stać prosto!
- No i jak się tam dostaniesz, olbrzymie? Polecisz do góry tamtym szybem, tak? – Riverwind już miał na wargach jakąś gorzką replikę, lecz starzec tylko uśmiechnął się rozbrajająco – Twój lęk nie jest rzeczywisty, przyjacielu. Na razie nie ma żadnego zagrożenia.
- Ja czuję… zbliża się!
- A więc jesteś taki, jak ja. Nie zważaj na to. Ja opanowałem swoje lęki. Jeśli ja mogę to zrobić to ty, tym bardziej, tak.
   Riverwind wziął parę głębszych wdechów. Stary wróżbita miał rację. Tunel był solidny, żednego niebezpieczeństwa zawału tu nie ma. Nie było powodu do lęku. Powiedział to na głos.
- Nie ma powodu do lęku.
   Gdzieś przed nimi dało się słyszeć lekkie kroki. Catchflea chwycił Rverwinda za ramię, spojrzenie wyrażało czyste zaskoczenie. Riverwind skinął głową. Złodziej był już niedaleko. Jeśli on potrafił poruszać się po takiej atramentowo czarnej dziurze, to z całą pewnością syn Wanderera też sobie da radę.
- Stój, złodzieju! Zostań gdzie jesteś! – ryknął Riverwind.
   Dx1)ięk jego głosu powoli gasł w tunelu. Kroki chyba ucichły, po czym przyśpieszyły. Dziwaczny, metalowy dźwięk był teraz wyraźniejszy niż początkowo.
- Za nim – powiedział Riverwind do Catchflea.
   Potruchtał pasażem z szablą w dłoni. Podłoże było tu nachylone troszkę bardziej niż przedtem. Riverwind zwolnił. Nie miał zamiaru wpadać w pułapkę kolejnej dziury. Tunel ponownie skręcił w lewo. Po ścianie przeleciał cień dziwacznego kształtu. Kiedy zniknął, ustał też odgłos kroków złodzieja. Riverwind wyszedł zza rogu i został oślepiony jaskrawym światłem. Szyko uniósł rękę i osłonił oczy.
- Co tam jest? – syknął Catchflea.
- Komnata. Piekielnie jasne światło!
   Powoli oczy do tej iluminacji przywykały. Riverwind opuścił rękę.
- Chodź tu, Catchflea, ale bądź cicho.
   Wślizgnęli się do bardzo dużej komnaty o wysoko ukieszczonym sklepieniu. Światło pochodziło ze sporej, dysko kształtnej lampy, która zwisała ze sklepienia na spiżowych łańcuchach. W jej wnętrzu płonął ogień zalewając komnatę światłem. Riverwind posuwał się naprzód przyklejony do ściany i uważnie rozglądał na wszystkie strony. Komnata nie miała regularnego kształtu. Wszędzie dokoła walały się sterty dóbr przeróżnego rodzaju. Wyglądło to wszystko, jakby było posortowane w zależności od materiału z jakiego coś wykonano. Sporo było rzeczy drewnianych: tyki, rączki narzędzi, deski szalunkowe, gonty, belki przeróżnych grubości z widocznymi otworami na czopy. Za rzeczami z drewna sporo było wyrobów ze skóry: stare buty, obuwie poszarzałe od pleśni, pasy, rękawice, nogawice, kołczany, szpiczaste czapki jakie noszą leśnicy, rzemienie, paski, istny miszmasz wyrobów o różnej jakości, od opłakanej do doskonałej.
   A było tego więcej. Wiklinowe kosze i glazurowane garnki. Dzbany smoły, pszczelego wosku i mydła. Wszystko razem przywodziło na myśl magazyn sporego handlarza. Riverwind i Catchflea błąkali się między stertami dóbr, zastanawiając się nad rozumem złodziei kradnących stare buty a nie złoto.Riverwind skierował kroki w na prawo a stary mężczyzna poszedł wąską ścieżką w lewo. I właśnie tam, niedbale ciśnięta między trzy sztuki domowej roboty lnu, leżała torba naramienna Riverwinda. Rzemienie wciąż miała zaciśnięte więc i zawartość była nietknięta.
- Tutaj! Znalazłem! – chrapliwei zawołał Catchflea.
   Przy swoim wzroście Riverwind mógł widzieć wszystko ponad stertami zgromadzonych rzeczy. Znalazł Catchflea i z uczuciem ulgi zarzucił torbę na ramię.
- Mnóstwo tu drewna. Może dałoby się zbudować coś w rodzaju drabiny? – powiedział Catchflea.
   Sięgnąl pod lamówkę połatanej koszuli i wydobył tykwę z żołędziami.
- Co ty robisz?
   Catchflea już klęczał na kamiennej posadzce.
- Staram się dowiedzieć, co mamy robić – odparł.
   Zaczął śpiewną inwokację nad żołędziami. Inny dźwięk – dźwię huczących głosów – nadpłynął z tuneli.
- Ktoś nadchodzi – szepnął Riverwind – Nie ma na to czasu.
   Szabla sama wyskoczyła z pochwy. Masa głosów, rozchodzących się teraz tunelami, była coraz bliżej, stawała się głośniejsza. Mówiący chyba nie przejmowali się faktem, że mogą zostać dosłyszeni. Mowili głośno, chrapliwie.
   Riverwind gestem nakazał Catchflea pozostać nisko a sam na palcach obszedł stos desek i się nań wspiąl. Leżąc płasko na deskach Riverwind rozejrzał się w stronę wejścia. Nadchodziło sześć postaci. Pięc miało na sobie jasne, stalowe pancerze zarówno na piersiach jak i na nogach. Nosili hełmy, dziwacznie ukształtowane hełmy, przypominały wysokie, podzielone stożki. Szósta osoba była niższa i nosiła luźną koszulę i kilt wykonany z jakiegoś połyskliwego, czarnego materiału. Kark koszuli wyrastał w górę i przechodził w kaptur zasłaniający teraz twarz. Osoba ta był trzymana w mocnym chwycie jednego z wiekszych żołnierzy. Usiłowała też coś powiedzieć dość drżącym tonem.
   Riverwind nie rozumiał ich mowy. Mówili językiem jakiego jeszcze nigdy nie słyszał. Najgłośniejszy z żołnierzy, zapewne przywódca, stał i rozglądał się uważnie po komnacie. Ostro o coś zapytał mniejszego w czerni. Kiedy odpowiedź nie nadchodziła przywódca natychmiast uderzył krótkim, metalową pałką. Riverwind się wzdrygnął . Nie lubił okrucieństwa, niezależnie zresztą od jego powodów.
   Niski człowieczek mówił powoli, gestami wskazywał na sterty dóbr dokoła. Urywanymi słowami w bardzo ostrym, gniewnym tonie przywódca wskazał kierunek z którego nadeszli Riverwind i Catchflea a potem kierunek z którego sami nadeszli. Nieduży człowiek wydał kilka, żałosnych dźwięków. Przywódca złapał go za koszulę i cisnął w ręce pozostałych żołnierzy. Pociągnęli protestującego ze sobą.
   Riverwind zsunął się na dół i dopadł Catchflea kryjącego się pod stertą lnu. Zasygnalizował krótko – chodź za mną, gęba na kłódkę. Przemknęli przejściem równolegle do żołnierzy i ich podzwaniającego jeńca. Zawsze starali się, żeby coś ich ukrywało przed wzrokiem obcych. W samym centrum komnaty była pusta przestrzeń. Dwóch żołnierzy zaciągnęło tam siłą jeńca i powaliło na kolana. Przywódca podszedł z boku niosąc obnażony miecz.
   Riverwind ruszył do akcji. Umiał rozpoznać nadchodzącą egzekucję.
- Ha! – wrzasnął wypadając na otawrte pole.
   Żołnierze się cofnęli. Byli zdecydowanie niżsi od mieszkańca równin, którego wzrost wyraźnie ich zmieszał. Dobyli krótkich mieczy i ustawili się szeregiem, jeden obok drugiego. Opancerzone ramiona oparły się o siebie. Hełmy mieli już zamknięte, kute przyłbice nosiły wizerunki stylizowanych twarzy z wytłoczonymi minami i uniesionymi brwiami. Skazany człowiek, którego tożsamość wciąż pozostawała ukryta pod kapturem, wskazał na Riverwinda i zagadał szybko. Riverwind nie potrzebował nawet tłumacza by zrozumieć tryumfalne:
- Mówiłem wam!
   Przywódca żołnierzy stanął z przodu. Podniósł krótki, ciężki miecz.
- No dobra, byczku – mruknął Riverwind – Dobry jesteś przeciw nieuzbrojonym. Popatrzmy jak będziesz przeciwko mnie.
   Był od nich o co namniej dwie stopy wyższy, jego szabla też miala długość dwukrotnie większą niż ich krótkie miecze. Tyle, że było ich pięciu. Przywódca warknął jeden rozkaz. Żołnierze ustawili się za plecami Riverwinda i wystawili nań tępe końcówki mieczy.
- Przyjacielu – rzekł Riverwind do ocalonego chwilowo jeńca – Ocaliłem ci kark, lecz może mnie to kosztować mój własny.
   Mały człowiek, wciąż jeszcze na kolanach, spojrzał na wojownika z pytającym nachyleniem głowy.
- mam nadzieję, że jesteś dobrą osobą. Nie chciałbym umierać ratując łajdaka.

   Przywódca zaatakował Riverwinda szerokim cięciem przez pierś. Wojownik sparował i odskoczył. Pozostali żołnierze dołączyli do walki, lecz serca do niej mieli. Riverwind wrzasnął na nich i odskoczyli, już więce w zasięg szabli nie weszli.
   Wymieniał teraz cięcia z przywódcą. W pewnej chwili jego szabla przejechała po dziwnie uśmiechniętym hełmie. Przeciwnik zachwiał się i odskoczył potrząsając głową. Riverwind zaatakował wrzeszcząc głośno wojenne zawołanie Que-Shu. Przestrzeń w komnacie aż zadzwoniła.
   Dwie, szybko następujące po sobie niespodziani, zmieniły całkiem przebieg walki. Nieduży, nieuzbrojony obcy zerwał się z kolan i szybko odskoczył z drogi, jakby wystraszył się walczących. Kiedy tak odskakiwał byle dalej od ryzyka zranienia to kaptur, dotąd skrywający twarz, opadł na plecy. Riverwind spojrzał i na chwilkę zamarł zaskoczony.
„On” to była ona! Czupryna krótkich, sztywnych włosów wyskoczyła spod kaptura i sterczała teraz na jej głowie. Ostro zakończone uszy wystawały z krótkiej fryzury. Riverwind nigdy jeszcze nie widział elfa, lecz słyszał o nich dość by wiedzieć, że ma przed sobą dziewczynę elfickiej krwi.
   Dokładnie w tym samym momencie, z solidnym kawałem drewna w ręku, pojawił się Catchflea. Usłyszał wojenny okrzyk Riverwinda i ruszył na pomoc.
- Jestem z tobą, wielki! – krzyknął odważnie.
   Nieszczęściem dla Catchflea pomiędzy nim a Riverwindem było czterech bojaźliwych żołnierzy. Najwidoczniej uznali, że głupio wyglądający starzec zagrożeniem dla nich nie będzie i wszyscy nań ruszyli. Kawał drewna wytrącono mu z rąk a on sam został powalony.
   Riverwind zbyt długo spoglądał na elfią dziewczynę. Przywódca żołnierzy trzepnął go z tyłu w głowę metalową pałką. Riverwind padł gliniane naczynia i rozszypał je z brzękiem po posadzce. Nim zdążył wydostać stopy z odłamków ceramiki dopadł go przywódca i ponownie walnął w głowę. Przed oczami Riverwinda zapłonęły wszystkie gwiazdy. Potem była już ciemność.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#4 2018-09-22 16:14:10

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 687

Re: Riverwind z równin

Rozdział 4

Di An

   Żołnierze wyciągnęli Catchflea i Riverwinda z komnaty do szerokiego korytarza i tam zostawili pod ścianą. Czarnooka elfka przyklękła przy Riverwindzie i przyłożyła mu do ust szyjkę miedzianej butelki. Kaszlnął ostro i otworzył oczy.
- Na wszystkich bogów! – mruknął – To woda czy solanka?
   Dziewczyna trzymała mu butelkę przy ustach mimo, że usiłował odwrócić twarz. Ręce miał ciasno skute łańcuchem do ciała.
- Dość! – powiedział i wreszcie głową odsunął butelkę.
   Dziewczyna zabrała butelkę. Podciągnęła Catchflea do pozycji siedzącej i jego też uraczyła słoną wodą. Stary wróżbita zakrztusił się i potrząsnął głową
- Próbujesz mnie otruć? – powiedział wciąż jeszcze zamroczony.
- Wszystko w porządku, Catchflea – powiedział Riverwind – Ona próbuje być uprzejma.
- Och, moja głowa. Co się stało?
- Zostaliśmy pokonani przez podziemne elfy.
- Elfy! – zawołał Catchflea.
- Na to wygląda. Nie zauważyłeś wyglądu tej dziewczyny?
   Catchflea popatrzył z ukosa na szczeciniasto obciętą dziewczynę. Siedziała teraz po przeciwnej stronie tunelu.
- Pobłogosław, Branchalo – powiedział – Masz rację, wiekli człowieku.
   Pojawił się mrukliwy przywódca. Podniósł przyłbicę i ukazał twarz. Wyglądał zupełnie podobnie do dziewczyny – jasna skóra, wielkie oczy, ostry podbródek, wąski nos. Kiedy dziewczyna zaczęła coś mówić śpiewnym tonem, podniósł pałkę jakby miał zamiar ją uderzyć.
- Jesteś brutalem – stwierdził rzeczowo Riverwind – Grzmiący byczek, który umie bić tylko bezbronne dzieci.
   Wyprowadzony z równowagi przywódca zagrzechotał długie pytanie. Riverwind potrząsnął głową.
- Nic nie rozumiem.
   Bezużyteczna wymiana zdań trwała jakiś czas. W końcu zniesmaczony przywódca ją zakończył. Tymczasem żołnierze, już znacznie śmielsi widząc łańcuchy więżące mieszkańca równin, szturchańcami postawili na nogi i jego i Catchflea. Sklepienie tunelu było tu jeszcze niżej niż wcześniej. Głowa Riverwinda natychmiast weń uderzyła. Odczuł gwałtowny przypływ klaustrofobii, lecz szybko go opanował. Nie miał zamiaru okazać najmniejszej słabości w obliczu swych strażników.
   Dziewczyna i przywódca prowadzili dalej pasażem. Riverwind wciąż się potykał z powodu więzów cisnących ramiona. Catchflea był związany w podobny sposób. Drogę oświetlały błękitne kule. Lecz co najmniej połowa  nich była ciemna. Riverwind zastanawiał się jakiego paliwa dziwne kule używają i dlaczego tak wiele z nich nie świeci.
- Jak sądzisz, gdzie nas zabierają? – spytał stary mężczyzna.
- Mam nadzieję, że na powierzchnię.
- W Silvanesti, tak?
- A tego, to nawet nie zamierzam się domyślać.
   Któryś z żołnierzy ciągnących Catchflea wpadł na pomysł by podstawić mu nogę. Stary wróżbita twardo upadł na kamieniste podłoże zakrwawiając sobie nos. Krew popłynęła z jednego z nozdrzy prosto w zmierzwioną brodę. Riverwind się obrócił. Czwórka elfów miała przyłbice podniesione a jeden z nich właśnie kpiąco się uśmiechał. Riverwind wywinął długą nogą i palnął kpiarza prosto w pierś. Potężnie uderzony elf poleciał do tyłu i z brzękiem metalu wylądował na ścianie. Kompani głośno się roześmieli, nawet przywódca się uśmiechnął.
- Przynajmniej mają jakieś poczucie fair play – mruknął Riverwind.
   Catchflea, lekko się trzęsąc, wstał na nogi.
- I kiepskie poczucie humoru, tak – stwierdził kwaśno.
   Dziewczyna troszkę pozostała za przywódcą i dreptała teraz tuż przed Riverwindem. Ten się odezwał spokojnie.
- Zastanawiam się, dlaczego takie dziecko wędruje ciemnymi tunelami?
- Może wcale nie być dzieckiem. Elfowie żyją znacznie dłużej od nas.
- Och?
   Catchflea odkaszlnął.
- To dziecko może mieć ze sto, albo i więcej lat.
   Podczas tej rozmowy dziewczyna przyglądała im się bez jednego mrugnięcia powieką. Większość jej uwagi skierowana była w stronę Riverwinda. Starał się więc mówić spokojnie i bez śladów czegoś, co mogłoby ją wystraszyć.
- Dziękuję za wodę – powiedział – Jeśli to była woda. W każdym razie nie było to gorsze od soku z jagód nepta.
   Dziewczyna podrapała się po nosie. Wolałby, żeby tego nie rozbiła; natychmiast odczuł swego nosa a przecież nie mógł się podrapać.
- Jak ci na imię? – spytał – Ja jestem Riverwind. Syn Wandererera. A to jest Catchstar…
- Catchflea – poprawił stary mężczyzna.
- Jesteśmy z Que-Shu. Kim ty jesteś? – skończył Riverwind.
   Ziewnęła ukazując małe, białe zęby i język koloru marchwi.
- Marnuję powietrze, co?
- Marnujesz, tak – odparł Catchflea.
- Przynajmniej głowa jeszcze pozostała mi na karku – Riverwind uśmiechnął się lekko w stronę dziewczyny – I twoja też.
   Tunele w czeluściach Krynnu zygzakowały co i rusz. Przeszli już taki kawał drogi, że Riverwind miał nawet przelotną myśl, że mogą nawet dojść na powrót do Que-Shu tyle, że podróżując całe mile pod ziemią. Nie miał oczywiście najmniejszego pojęcia w jakim kierunku idą czy, jeśli już o to chodzi, gdzie może się znajdować Que-Shu.
   Szlak był miejscami tak wąski, że wszyscy musieli iść gęsiego. Było to trudne dla Catchflea, lecz bezgranicznie trudne dla Riverwinda. Był wysoki i nie mógł użyć ramion. Obaj mężczyźni co i rusz walili głowami w sklepienie lub kaleczyli kolana na ostrych odłamkach skał. Dziewczyna zawróciła i chwyciła łańcuch Riverwinda. Delikatnie sterując wojownikiem przeprowadziła go przez trudny odcinek nie odzywając się ani słowem. Gdy tunel się wreszcie rozszerzył zawróciła zostawiając Riverwinda i pomogła przejść Catchflea. Z nim już nie była tak delikatna co wywołało gorące protesty starego wróżbity.
- Widać od razu, kto jest jej faworytem, tak? – powiedział naburmuszony starzec.
   Nos przestał mu krwawić, lecz na nogach miał świeże zadrapania.
- Może chodzi o twoją brodę – powiedział Riverwind – Ci elfowie nie darzą chyba zarostu na twarzy dużym szacunkiem.
- Barbarzyńcy – mruknął starzec.
   Martwe, zastałe powietrze w korytarzu nagle stało się czyste. Lekki, zdecydowany wiatr, ciepły i niosący wyrazisty smak dymu, owiał twarz Riverwinda. Błękitne kule były tu w większej liczbie więc mężczyźni mogli ujrzeć ściany, żyły czerwonego i purpurowego kamienia pokrywające wydeptaną posadzkę. Były też znamiona istnienia tu wody; korzenie wystające po prawej stronie ze ściany korytarza wydawały stęchły zapach.
   Jeszcze jeden ostry skręt w prawo i tunel się skończył. Mrok zamkniętego pasażu ustąpił przed atmosferą znacznie jaśniejszą. Riverwind się wyprostował i zatrzymał. Dziewczyna daremni szarpała łańcuch. Nie ustępował. Wpatrywał się w welki cud.
- Catchflea – to było wszystko, co zdołał wykrztusić.
   Stary mężczyzna stał przy ramieniu Riverwinda z szeroko otwartymi ustami. Do tarli do ogromnej kawerny, długiej na parę mil i szerokiej co najmniej na milę. To była prawdziwa jaskinia, miala nawet potężne stalaktyty długości dwudziestu stóp zwieszające się ze sklepienia, jakieś czterysta stóp wyżej. W sporej odległości po prawej stronie jaskini znajdowało się szerokie, surowe otwarcie do kolejnej kawerny, również wypełnionej światłem.
   Podłoże jaskini było szerokie i płaskie, wyglądało jak porośnięte jaskrawo kolorowymi stalagmitami. Żółte, biało niebieskie i pomarańczowe skamienieliny wyrastały z ziemi. Nawet bardziej zdumiewająca była doprawdy ogromna liczba błękitnych kul, które spoczywały na stożkowych kamiennych wieżach. Riverwind nawet nie zaczynał ich liczyć. Wiele z nich było ciemnych, lecz wystarczająco duża liczba świeciła co wystarczyło, by jaskinia wyglądała tak jasno, jak wioska Que-Shu o świcie.
   Przywódca elfów odpiął pasek podbródkowy swego hełmu i go zdjął. Jak na swój wzrost to miał szerokie ramiona, które wznosiły się i opadały w rytmie oddechu. Włosy miał długie i połyskliwie białe, choć twarz nie nosiła znamion żadnego wieku. Tonem lekkiej konwersacji pogadał chwilkę z dwoma ze swych żołnierzy. Gestem wskazał wielką kawernę i ciężko westchnął.
   Między stalagmitami była wycięta ścieżka. Gdy tylko wyszli z wejścia do tunelu dziewczyna wyrwała się żołnierzom i uciekła. Dwójka pozostałych żołnierzy ruszyła za nią, lecz przywódca ich odwołał.
- Przykro patrzyć, jak odchodzi – powiedział Riverwind – Jedyne iskierki uprzejmości od tych ludzi zaznaliśmy tylko od niej.
- Mam nadzieję, że daleko ucieknie, tak. Wtedy jej nie skrzywdzą – zauważył Catchflea.
   W górnym końcu jaskini wiatr był mocniejszy. Dzwoniły tam kuranty brązowych i miedzianych dzwonków zawieszonych na cienkich łańcuchach pomiędzy szczytami stalagmitów. Dźwięk dosłownie zaczarował Catchflea. Jak nieprzytomny zaczął się włóczyć w stronę tych dzwonków. W końcu dwójka żołnierzy przywiodła go z powrotem. Tym razem już nie tak brutalnie. Jaskinia sama jakby inspirowała w obecnych nastrój, który Riverwind potrafił nazwać wyłącznie czcią.
   Kwaskowy zapach był tu wyraźniejszy niż w kawernie. Żółtawa mgła wisiała w powietrzu pod sklepieniem i przewijała dokoła wiszących iglic. Odór przypominał Riverwindowi zapach kowalskiej kuźni – płonącego węgla i gorącego metalu.
   W pobliżu łukowego wejścia do następnej kawerny ścieżka się znacznie poszerzała. Przywódca wskazał na nową jaskinię i powiedział.
- Vartoom.
- Co on ma na myśli? – pytał Riverwind.
- Vartoom – powtórzył elf – Vartoom.
- Brzmi jak nazwa, tak – powiedział Catchflea po czym podnosząc nieco głos, powiedział – Rozumiem: wasz dom to Vartoom, tak?
- Vartoom – powiedział elf i wznowił marsz.
   W miejscu gdzie kończyła się pierwsza jaskinia a zaczynała druga znajdowała się głęboka rozpadlina, zbyt głęboka by określać jej głębokość. Przez rozpadlinę rzucono wąski mostek z kamienia. Przywódca szybko wszedł na przęsło, tyle, że było ono nie szersze od jego własnej stopy. Pogonił Riverwinda ostrym:
- Moyun!
   Mieszkaniec równin wzdragał się na samą o tym myśl.
- Nie utrzymam równowagi na czymś tak wąskim! – powiedział Riverwind – Nie ze związanymi ramionami!
   Elf machnął ręką i parę razy powtórzył słowo „moyun”. Catchflea popatrzył ponad krawędzią i zbladł.
- Litości! Sapnął – nie zdołamy tego zrobić!
- Oni nie rozumieją, że zakręci nam się w głowie i zlecimy – powiedział Riverwind.
   Żołnierz z tyłu podszedł i go popchnął.
- Nie – powiedział zapierając się nogami.
   Elf naparł mocniej. Riverwind obrócił głowę i ryknął na niego.
- NIE!
   Żołnierz cofnął się do kompanów nerwowo pomrukując. Dowodzący elf tylko powtarzał „moyun” z coraz mniejszą dozą cierpliwości.
- Zdejmij z nas te łańcuchy to pójdziemy. Nie musisz nas wiązać. Nie mamy dokąd uciec – powiedział Riverwind wykręcając się tak by pokazać dowódcy łańcuchy.
   Sedno wypowiedzi chyba dotarło do elfa przebijając barierę językową. Dowódca szybko odwinął kawał drutu zabezpieczającego łańcuchy na plecach. Riverwind ruchem ramion zrzucił więzy i zaczął się rozcierać, żeby przywrócić czucie w członkach. Na jedno słowo dowódcy, żołnierze elfów dobyli mieczy podczas gdy sam dowódca uwalniał Catchflea.
- Nie sądzę, żeby nam ufali – powiedział stary mężczyzna.
- Moyun – powiedział dowodzący elf.
   Belka służąca za most była nie tylko wąska. Była wygładzona jak szkło. Podeszwy jelenich mokasynów Riverwinda zaczęły się ślizgać na zdradzieckiej powierzchni. Catchflea usiłował zrobić na tym mościku kilka kroków, lecz zaraz się cofnął. Żołnierz dźgnął go w brzuch mieczem. Catchflea zaskowytał i odskoczył.
- Pozwolicie, że zdejmę buty, tak? – pisnął wskazując na stopy.
   Elfowie beznamiętnie przyglądali się, jak rozwiązuje rzemienie podtrzymujące skrawki skóry udające obuwie. Wszedł na mostek o wiele pewniej, wręcz chwytał palcami stóp podłoże. Żołnierze tymczasem, wszyscy w butach podbitych stalą, przeszli za nim okazując wielką nonszalancję.
   Niezależnie od kilku przerażających poślizgnięć Riverwind też przeszedł na dugą stronę. Dowódca, trzymając dłonie oparte o biodra, krzywił się na powolne postępy jeńców. Nawet powiedział coś niezwykle sarkastycznym tonem. Riverwind był zadowolony, że nie zrozumiał słów. Ton był wystarczająco obraźliwy.
   Podłoże po drugiej stronie mostu było dokładnie obrobione na kształt tarasów; seria szerokich, niskich stopni. Stalagmity zostały młotami rozbite na wysokości ramion elfów – dla Riverwinda był to poziom talii – a powstałe w ten sposób płaskie tace udekorowano metalowymi rzeźbami. Catchflea był zaintrygowany. Zwłaszcza zainteresowały go rzeźby bardziej abstrakcyjne. Zwoje brązowego drutu, srebrne dzwonki, pręty pokryej zielonkawą patyną miedzi. To wszystko balansowało na punktowych podporach i delikatnie poruszało się na wietrze. Catchflea wyciągnął chude ramię by dotknąć misternych skarbów.
   Płazem miecz żołnierz trzasnął go w plecy. Rozgniewany Riverwind odwrócił się na pięcie, złapał napastnika na polerowany pancerz na plecach i uniósł do góry odrywając od ziemi. Pancerz wraz z elfem ważył pewnie jakieś sto pięćdziesiąt funtów. Elf wył ze strachu i z gniewu. Dowódca zaczął wymachiwać mieczem i wydawać jakieś władcze rozkazy.
- Chcesz go z powrotem? – sapnął Riverwind – o to go masz!
   Cisnął wiercącego się brutala na dwójkę pozostałych żołnierzy. Elf wylądował z potężnym trzaskiem, choć jego kamraci dążyli jednak uskoczyć. Riverwind ciężko dyszał, lecz zwrócił się w stronę dowodzącego elfa.
- Jeśli chcesz się nad nami znęcać, to przynajmniej oddaj miecze żebyśmy mogli walczyć jak ludzie!
   Główny z elfów w odpowiedzi wrzasnął coś w jego stronę. Tak dyskusja hałaśliwa trwała aż do niespodziewanego powrotu elfickiej dziewczyny.
   Wszyscy ucichli. Dziewczyna nie przyszła sama. Za jej plecami znajdował elf raczej wysokiego wzrostu, odziany w długą do kostek szatę połyskującą miedzianą nicią. Włosy miał, podobnie zresztą jak dowodzący żołnierzami, białe. Na szczupłej, bladej i teraz obnażonej klatce piersiowej nosił naszyjnik z miedzianych rurek, które promieniście opasywały mu szyję.
   Dowódca żołnierzy coś warknął ze złością w stronę nowo przybyłych. Elf w długiej szacie powiedział coś uspokajająco i gestem wskazał na dziewczynę. Wyszła z grona żołnierzy mówiąc coś błagalnym tonem. Riverwind był zafascynowany takim przedstawieniem, choć nawet nie potrafił rozpoznać języka.
   Catchflea otrząsnął się już po otrzymanym ciosie. Kaszlnął i zwrócił się do Riverwinda.
- Dlaczego on to zrobił? Przecież chciałem tylko dotknąć dzwonków, tak?
- Kto wie? Pewnie dotykanie tych dzwonków to jakieś tabu – wskazał palcem w stronę elfa w długiej szacie – ten mi wygląda na jakiegoś kapłana.
- Nawet tak brzmi – dodał Catchflea.
   Riverwind się zgodził choć wiedział, że równie dobrze dwa elfy mogły spierać się o to, kto z nich dokona egzekucji.
   Spokojnie mówiący „kapłan”  sięgnął w pewnym momencie do ukrytej w szatach kieszenie i wydobył dwa okazy biżuterii. Dziewczyna nisko się skłoniła, z wyraźnym szacunkiem, i oba klejnoty przejęła. Podeszła do Riverwinda i jeden z nich podniosła tak, by mógł się przyjrzeć: był to rodzaj amuletu, wykonany ze złota, gładko pasujący do drobnej dłoni dziewczyny. Początkowo myślał Riverwind, że wyobraża motyla, lecz po bliższym przyjrzeniu się zobaczył, że w rzeczywistości są dwa, elfie uszy połączone w środku.
- Chcesz, żebym to założył? Jakiś dar? – spytał.
   Musiał się mocno przygiąć by znaleźć się w zasięgu rąk dziewczyny, która zarzuciła mu łańcuch na szyję. Wyprostował się a ciężki amulet zakołał się na jego szrokiej piersi.
- Dziękuję – powiedział.
- Nie ma za  co – odparła dziewczyna.
- ja cię rozumiem!
- I powinieneś. Nosisz właśnie Znak Prawdziwego Słyszenia a to sprawia, ze nasze słowa są dla ciebie zrozumiałe – oczy dziewczyny pojaśniały – Mam na imię Di An.
- Jestem Riverwind, syn Wanderera, z ludu Que-Shu.
   Z wielką niecierpliwością Catchflea zaczął szarpać rękaw Riverwinda.
- O co chodzi? – spytał Riverwind.
-Gug murga lokli la – powiedział Catchflea.
   Riverwind stał zdumiony. Nie zrozumiał ani słowa.
- Grom sust idi wock!I
- Pozwól, że jemu też dam Znak – powiedziała Di An i zawiesiła identyczny amulet na szyi Catchflea.
-… przypuszczałbym, ze mam być jedynym który do nikogo nie może zagadać? Przecież oszaleję, tak?
- Stop, stary. Rozumiesz mnie teraz? – spytał Riverwind.
   Catchflea aż zamrugał ze zdumienia.
- Na mych przodków! Rozumiem.
- To nie jest właściwe – warknął dowódca – Intruzów łatwiej byłoby kontrolować, gdyby nie rozumieli naszych słów.
- Jeśli nie możesz przekonać, nie możesz kontrolować – odparł kapłan.
   Zwrócił się w stronę Que-Shu z uśmiechem.
- Jestem Vvelz. Pozdrawiam was w imieniu Domu Światła.
   Słyszą to dowódca aż warknął pod nosem
- A ten niecierpliwy osobnik, to Karn, porucznik Gwardii.
- Kim wy jesteście? – spytał Riverwind.
- Jesteśmy ludem Hest – odparł Vvelz.
- Co to za miejsce? – dopytywał Catchflea.
- Jesteśmy niedaleko miasta Vartoom. Wkrótce się tam udamy.
   Na usta Riverwinda już wypływały kolejne pytania, lecz wtrącił się w to Kern.
- Moja pani oczekuje naszego powrotu – a w stronę Vvelza dodał – Powiadomię Jej Wysokość o twych poczynaniach.
   Vvelz tylko machnął ręką.
- Rób co chcesz. To ja zasiadam po prawej ręce Li El. Nie ty.
   Karn prychnął i szturchnięciem pogonił Riverwinda i Catchflea do ruchu. Karn, jego żołnierze i obaj ludzie wyszli na otwartą przestrzeń. Velz stał obok dyszlowych tyczek wózka . Po potwierdzającym skinieniu Karna uniósł blade ramiona nad głową. Choć usta mu się nie poruszały to w głowie Riverwinda rozległ się jego głos wydający komendę.
- Podejdźcie tutaj, kopacze, i unieście swe brzemię.
   Głowa Riverwinda zaczęła niebezpiecznie wirować po kilku powtórzeniach tego rozkazu. Odezwał się w stronę Catchflea.
- Czułeś to?
- To nie tylko my – odparł stary człowiek – Popatrz!
   Małe postacie elfów odzianych na czarno pojawiały sę jedna po drugiej. Dołączyła do nich również Di An. Nadchodzili w stronę Vvelza jak lunatycy, mieli niewidzące oczy a ramiona zwisłe wzdłuż ciała. Po kilku dodatkowych komendach Vvelza ustawili się przy bliźniaczych tyczkach i je ujęli. Czarno odziane elfy, kobiety i mężczyźnie, ciasno wypenili przestrzeń przy tyczkach. Vvelz wdrapał się wraz z kilku innymi na wózek.
- Dokąd, Karn? – zapytał wesoło.
   Kern tylko nań kwaśni spojrzał. Vvelz wzruszył ramionami i uniósł je do góry.
- Do pałacu, a szybko zmierzać!
   Elfy zgięły karki i wózek ruszył do przodu. Riverwind czuł silny przymus doskoczenia do wózka i przyłączenia się do elfów, gdyż słowa Vvelza wciąż rozbrzmiewały mu w głowie z okrutną wytrwałością. Wraz z upływem mil przebiegających pod kołami wózka zdołał pozbyć się tego przykrego przymusu. Catchflea jednak mocno chwycił bok wózka. Wyglądał na otumanionego. Karn uważnie obserwował jego reakcje. Riverwind się opanował i skupił umysł czarno odzianych elfach ciągnących wózek.
- Czy ci tutaj to niewolnicy? – spytał – Nienawidzę niewolnictwa; to podła instytucja.
- To są kopacze – lakonicznie odparł Kern.
   Catchflea zwrócił się do Vvelza.
- Jesteś czarodziejem, tak?
   Vvelz skłonił głowę.
- Jestem członkiem Domu Światła, tak jak Karn jest członkiem Domu Broni. Ci wszyscy, którzy do tych domów się nie nadają pozostają kopaczami.
   Riverwind był oburzony. Odwracając wzrok od wysilonych karków kopaczy i zwracając się do Vvelza, spytał.
- Kto przemawia w ich imieniu? Kto ich chroni i dba o ich potrzeby?
   Karn się roześmiał.
- Dostają wszystko, co im trzeba.
- My o nich dbamy – spokojnie odparł Vvelz – Są dla nas bardzo ważni.
- Tak jak farmer dba o swe zwierzęta?
- Raczej jak ojciec dbający o dzieci – Vvelz spojrzał na kopaczy – Każdy z Hestów ma szansę na wstąpienie do Domu Światła lub Domu Broni, kiedy tylko osiągnie wiek dojrzały. Ci, co mają siłę i zręczność idą drogą miecza; Ci, co mają spryt i talent magiczny praktykują jako czarodzieje. Ci, co nie posiadają żadnego z tych darów pracują jako kopacze.
   Riverwind nie został tym udobruchany. Zanim jednak spowodował poważniejsze szkody Obrażając przeciwników, wtrącił się we wszystko Catchflea.
- Czy mam rację sądząc, że jesteście elfami? – spytał.
   Vvelz odwrócił się z takim impetem, że aż białe włosy chlasnęły o ramię.
- Nigdy wolno ci wymawiać tego słowa!
- To zakazane! – dodał Karn a jego ręka już spoczęła na mieczu.
   Riverwind i Catchflea wymienili zdumione spojrzenia.
- Wybaczycie mi, tak? Powiedział wróżbita – Nie wiedziałem.
   Riverwind zauważył, że zdenerwowanie Vvelza spowodowało iż kopacze zaczęli ostrzej popychać wózek. W jakiś sposób wola czarodzieja działała impuls poganiający. Niektórzy z kopaczy zaczęli się potykać starając się dotrzymać kroku. Mieszkaniec równin ujrzał Di An, najmniejszą osobę wśród obecnych, jak puszcza uchwyt gdy większy z kopaczy obok zdystansował jej wysiłki. Daremnie usiłowała dopaść uchwytu. Upadła. Pozostali kopacze tylko nad nią przeszli.
   Riverwind wyskoczył na bok i wbiegł przed okute stalą koła. Przepchnął się przez kopaczy i chwycił Di An na parę sekund wcześniej nim prwe przednie koło przecięłoby ją na dwoje. Vvelz zatrzymał wózek.
- Czy jest ranna? – spytał.
   Riverwind starł kurz z twarzy dziewczyny. W jeko ramionach był lekka jak piórko.
- Parę zadrapań. Położę ją z tyłu.
- Nie – twardo stwierdził Karn – Kopacze nie jeżdżą z wojownikami.
- A więc ją poniosę.
   I tak uczynił. Kopacze poprawili szyk i ponowili wysiłki przy wózku. Riverwind maszerował obok wciąż trzymając w ramionach Di An. Catchflea chyba zawstydził się jazdą na wózku i poczłapał do przodu by utrzymać tempo towarzysza.
- Jeśli ty idziesz, olbrzymie, to i ja idę – powiedział.
   Di An jęknęła i zaczęła się wiercić. Oprzytomniała, a gdy zorientowała się gdzie jest, zaczęła się dziko wyrywać.
- Proszę! Opuść mnie! – wołała.
- Wszystko w porządku – powiedział delikatnie Riverwind – Trzymam cię.
- Nie! Muszę ciągnąć ze swymi braćmi !
   Wywinęła się z uchwytu.
- Jesteś ranna, dziecko. Odpocznij chwilkę, tak? – powiedział Catchflea.
- Nie mogę! Najwięksi rozkazują nam służyć, ja muszę… - łzy popłynęły jej po twarzy – Ranisz mnie.
   Riverwind rozpostarł ramiona i Di An zeskoczyła na ziemię. Nim zaskoczeni mężczyźni zdołali powiedzieć cokolwiek młoda elfka już była na swoim miejscu, chwyciła dyszel i ciągnęła ciężki wózek.
- I widzicie – powiedział Karn z wózka – Hestowie znają swoje miejsce.
   Catchflea chwycił Riverwinda za ramię. Mieszkaniec równin był aż wyprężony z gniewu, który z trudem opanowywał.
- Roztropniej, olbrzymie – syknął – Jesteśmy obcy w bardzo dziwnym kraju. Posłuchajmy dwukrotnie nim raz odpowiemy, tak?
   Riverwind krótko potwierdził skinieniem głowy.
- Jesteś bardzo rozumny, jak kogoś kto gada z żołędziami – mruknął.
   Wysoki mężczyzna położył dłoń na ramieniu wróżbity. Maszerowali razem w stronę podziemnego miasta Vartoom.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#5 2018-09-30 09:53:08

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 687

Re: Riverwind z równin

Rozdział 5

Miasto dymu i ognia

Przejechali tak przez otwartą przestrzeń, szerszą od poprzedniej kawerny i ze sklepieniem znacznie wyżej położonym. Tak naprawdę, to nawet gdzieś tam w górze zaczęły się nawet formować chmury nieco przyciemniające już światło wydostające się z ogromnych kul zawieszonych pod wysokim sklepieniem. Równina pokryta była szarą, pylistą ziemią na której, ku ich zdziwieniu, rosła trawa a nawet jakieś kwiaty. Nie były to rośliny podobne do czegokolwiek widzianego przedtem przez Que-Shu. Łodygi i liście miały jakieś apatyczne, szarozielone, a płatki kwiatów pokrywał jaskrawy pomarańcz, róż i żółć. Catchflea zerwał jeden z kwiatów, dopiero po przyzwalającym skinieniu od Vvelza, i zbliżył do nosa.
- Nie pachną – powiedział.
- Nie wyglądają na prawdziwe – zauważył Riverwind pocierając płatki kciukiem – Przysiągłbym, że są pomalowane!
   Droga wiodła po starannie ułożonych, obrobionych kamieniach. Tak starych i zużytych, że już widniały w nich koleiny wyżłobione tysiącami takich wózków. Zapach dymu był tu znacznie mocniejszy niż przedtem. Riverwind aż poczuł pieczenie w nozdrzach.
- Co to za odór? – spytał.
- Czyżby to był odór? – odparł lekko Vvelz.
- Olbrzym zwęszył nasze odlewnie – z niesmakiem stwierdził Karn – Drażnią delikatny nos.
- Macie dużo odlewni?
- Tak, dużo. Wszystko, co nam potrzebne wyrabiamy z metalu lub minerałów – odparł czarodziej.
   Trawiasty teren już się skończył. Po obu stronach drogi karłowate wózki pchane przez elfów i ludzi jednako, usypywały stożkowe sterty pokruszonych kamieni i spalonych węgli. Jak wyjaśniał Vvelz były to odpady z kopalni. Nieużyteczne resztki jakie pozostały po wytopieniu metali z rud.
- Ależ dużo tego – zdumiewał się Catchflea.
   Hałdy po obu stronach wznosiły się na sto, a czasem więcej, stóp. W podstawie były nawet szersze. Setki takich stosów tłoczyło się wokół przez całą drogę, czasami nawet wysypując zawartość na granitowy bruk. Kopacze tupali dalej nawet gdy zeszklone resztki żużla przebijały się przez liche, miedziane, pokryte patyną sandały. Riverwind dostrzegał krwawy odbicia stóp, lecz nie mówił niczego. Szedł za wózkiem i jego pyszałkowatymi pasażerami. I tylko dłonie zwijały mu się ciągle w pięści.. Lecz nie, Catchflea miał rację. Rozważnie będzie utrzymać na wodzy własną złość.
   Hałdy ciągnęły się przez całe mile. Z każdą mijającą godziną podróży Riverwind czuł coraz gorszy nastrój z powodu ponurej scenerii. To było wszystko zatrute, pozbawione życia. Podczas gdy żołnierze i Vvelz popijali ze srebrnych butelek, stopy kopaczy wznosiły chmury szarego, popielatego kurzu. Pokrywał niczym pudrem czarne ubrania. Gdzie zaś po skórze spływały strużki potu, tam gromadził się kurz i rzeźbił ciała w niesamowite, okrutne wzory. Riverwind, czując już ból nóg, tęsknił przede wszystkim do widoku czystego, błękitnego nieba i powiewu świeżego wiatru w górnym świecie.
   Minąwszy kolejny zakręt napotkali grupę kopaczy wywalającą kolejne odpady z kopalnie. Potężny, kwadratowy zasobnik o metalowych bokach i na stalowych kołach został wywrócony przez tuzin elfów trudzących się z długimi, metalowymi sztabami. Zaparli się sztabami o górną krawędź zasobnika i mocno popchnęli. Cały wózek, skrzypiąc osią kół, przesunął się po gruncie. Deszcz czarnego gruzu wysypał się na piramidę, która już sięgała pięćdziesięciu stóp. Inni kopacze rzucili się do na wpół opróżnionego zasobnika. Przechodząc obok zarówno Riverwind jak i Catchflea patrzyli na upapranych robotników. Kopacze spojrzeli na nich wzrokiem pozbawionym wszelkiego wyrazu. Ich oczy były puste. Riverwind z obawą odnotował fakt, że w okolicy czekało jeszcze co nagnije tuzin zasobników do opróżnienia. Wszystkie wypełnione czarnym gruzem i śmieciami. Kopacze mają przed sobą jeszcze wiele godzin pracy pełnej potu i bólu pleców.
   Rejon wysokich hałd nagle kończył się na wysokim, kamiennym murze. Nie było tam żadnej bramy blokującej drogę a tylko szerokie przejście w murze. Mur sam w sobie miał dobrze ponad sześćdziesiąt stóp wysokości a u podstawy pewnie z dziesięć grubości. Do jego zbudowania użyto kamieni wszelkiego rodzaju i różnych wielkości.
- Dziwne obwałowanie – powiedział Riverwind – Czego on broni?
- Niczego – odparł Karn – Dom Broni chroni Hest mieczem, nie murem.
   Vvelz odchrząknął głośno.
- Olbrzym zadał uprawnione pytanie. Powiedz mu, do czego służy mur.
- Nie widzę powodu, żeby przerośniętym obcym zdradzać nasze sprawy kiedy tylko o nie spytają – warknął Karn.
- To nie jest tajemnica państwowa – kwaśno odparł Vvelz.
- ten mur służy do zatrzymania gruzu, tak? – powiedział Catchflea – Odpadów z kopalni?
   Vvelz skinął głową.
- Dokładnie. W przeszłości hałdy doszły tak blisko miasta, że zatruły nam źródła i zagroziły uprawom. Mądry mistrz Domu Światła, świątobliwy Kosti, zadekretował postawienie muru w calu zatrzymania odpadów.
- I kiedy to było? – spytał Riverwind spoglądając wstecz na długi ciąg hałd.
- Tysiąc sześćset czterdzieści dwa lata temu.
   Catchflea aż z wrażenia potknął się w koleinie kół wózka. Riverwind go podtrzymał i stwierdził.
- Nie miałem pojęcia, że to miejsce ustanowiono tak dawno.
- Ach, jesteśmy bardzo prastarym ludem – odparł Vvelz.
   Karn tylko skrzyżował ramiona na piersi i mocno warknął. Po drugiej stronie muru sceneria była o wiele jaśniejsza. Znaleźli się niemal dokładnie pod wielką lampą z brązu, która oświetlała kawernę. Przed nimi wznosił się kolejny mur, niższy i smuklejszy. Ten jednak był naszpikowany paskudnie wyglądającymi szpilami na szczycie. Gdy wózek dotarł do przerwy w drugim murze Vvelz zatrzymał kopaczy. Zaszurali zatrzymując wózek i odłożyli dyszle. Z trudem łapali oddech.
- Vartoom – powiedział Vvelz wskazując przed siebie eleganckim gestem.
   Miasto ukazało się w jaskini po lewej stronie. Panorama, jaką ujrzeli Riverwind i Catchlea była zdumiewająca. Wznoszący się lekko teren wycięto w formie szerokich tarasów i na takich platformach zbudowano domostwa Hestów. Najniższy z tarasów stanowił ciasną plątaninę uliczek wyciętą w surowym wapieniu i bazalcie. Domostwa miały niewielkie, okrągłe okna i poplamione, dymiące kominy. Pośrednie poziomy – a Riverwind naliczył ich siedem – wyglądały już bardziej zwyczajnie. Wycięto je w biało żyłkowanym granicie. Na zewnętrznych powierzchniach ścian wyrzeźbiono eleganckie linie, spirale płaskorzeźby. Drzwi domostw zrobione były z wypolerowanej do połysku miedzi. Widok najwyższych tarasów spowodował jednak, że obaj Que-Shu stanęli z szeroko otwartymi ze zdumienia ustami. Dwieście stóp nad najniższymi domostwami wznosiły się różowe iglice z prześwitującego alabastru i marmuru. Iglice łączyły się w jeden obraz, zaprojektowany tak, by przypominać węzeł na linie lub korzenie gigantycznego drzewa. Potężne kolumny wspinały się na wiele setek stóp aż do sklepienia kawerny i tam łączyły się z prastarymi, wyglądającymi jak żywe, stalaktytami.
- Wspaniałe – wykrztusił w końcu Catchflea.
- Żadne miasto nie może z naszym rywalizować – dumnie rzekł Vvelz – Jak diamenty i szlachetne metale skrywają się pod ziemią tak i klejnot koronny Krynnu znajduje się w jaskini.
   Odwrócił się w stronę zdyszanych kopaczy i znów zawołał głosem telepaty:
- Chwyćcie a szybko! Napierajcie!
   Polecenie vvelza dotarło również do Riverwinda, lecz już ze znacznie mniejszą intensywnością niż poprzednio. Pewnie zaczynał przywykać. Wózek trzeszczał w ruchu a Riverwind i Catchflea szli jego tropem.
   Z poziomu niższego na wyższy wiodły skośne rampy. Zmęczeni kopacze na takim nachyleniu pod górę zaczęli słabnąć. Żaden z żołnierzy nie zszedł z wózka by zmniejszyć obciążenie.
- Nie możesz bardziej się postarać? – niecierpliwie spytał Karn Vvelza – Pogoń ich mocniej.
   Czarodziej zacisnął uniesione pięści.
- Pchać! Nie zważać na zmęczenie – słodki spoczynek czeka was w mieście. Pchać! Pchać!
   Pogonił ich siłą własnej psyche. Kopacze zaparli się poranionymi i krwawiącymi stopami w suchą powierzchnię drogi. Wysilali się i jęczeli napierając na uchwyty, lecz spadek drogi był za duży. Na koniec Vvelz uległ i przywołał więcej kopaczy do pomocy.
Niech słucha kto może
Podejdzie i dołączy
Swe siły do celu.
Poddani Jej wysokości
Potrzebni natychmiast.
   Trzydziestu elfów, sami kopacze odziani w czarne stroje, natychmiast wypełniło rampę. Niektórzy ruszyli na tył wózka by go pchać a inni chwycili za dyszle i zaczęli ciągnąć. Riverwind szturchnął łokciem Catchflea.
- Zamierzam pomóc – powiedział.
   Stary mężczyzna bez wahania przyłączył się do wysokiego wojownika. Nachlili się nad niskimi kopaczami i oparli dłonie na tyle wózka. Kopacze nie zwrócili na to uwagi, lecz żołnierze zaczęli wygłaszać niewybredne komentarze.
- Uff… nie zwracaj na to uwagi – sapnął Catchfle – Uff!
   Riverwind spojrzał na żołnierzy przez szparki oczu.
- Żaden prawdziwy wojownik nie cofa się przed ciężką pracą – warknął – A żaden człowiek nie jest lepszy od pracy jaką wykona własnymi rękami.
   Nachylenie drogi wreszcie złagodniało a potem znikło. Wózek toczył się teraz lekko. Vvelz rozpuścił kopaczy i zszedł na ziemię. Karn i żołnierze poszli w jego ślady.
- Dlaczego się zatrzymaliśmy? – spytał Karn.
- Sądzę, że gigantom dobrze zrobi, trochę ich wyedukuje, gdy zobaczą miasto bez zbędnego pospiechu – odparł gładko Vvelz – Woły robocze możemy wezwać kiedy tylko zechcemy.
   Szeroka ulca na przedzie tarasu była wprost zapchana kopaczami. Niewiele uwagi zwracali na Riverwinda i Catchflea. Podążali w swoich sprawach z opuszczonymi głowami zwieszonymi ramionami. Catchflea obserwował ich uważnie. Na twarzy pojawił mu się wyraz żalu i zamyślenia.
- Nie mają nawet własnej woli – mruknął Riverwind, po czy głośno dodał w stronę Vvelza – To magia sprawia, że są tak potulni?
- Oczywiście, że nie! Zwykły lud Hestu jest pilny i lojalny wobec swych panów. Nie ma potrzeb by bez skrupułów stosować magię. Och, oczywiście stosujemy Wezwanie i Zebranie, lecz tylko w  celu ukierunkowania ich wysiłków. Kopacze są łagodni bowiem są zadowoleni.
   Riverwind nie potrafił w to uwierzyć. Pamiętał wściekłe wysiłki Di An, byle tylko mogła wrócić do swego miejsca przy wózku. Strach mógł powodować takie postępowanie, nie lojalność.
- Starczy już tych bezczynnych plotek – powiedział Karn, o cal wysunął miecz z pochwy i trzasnął nim z powrotem – Jej Wysokość czeka!
   Żołnierze ustawili się wokół dwóch Que-Shu, dwójka z tyłu i po jednym po bokach. Vvelz i Karn prowadzili. Nie uszli nawet pół tuzina kroków gdy jeden z żołnierzy z tyłu zawołał Karna.
- A co z nią, sir?
   Riverwind i Catchflea spojrzeli za siebie. Di An wciąż stała przy wozie. Oparła się o dyszel, ciężko dyszała z wyczerpania, lecz oczy bystro ich obserwowały.
- Podejdź, dziewczyno – powiedział Karn.
   Di An szybko się doń zbliżyła, lecz stanęła tuż za zasięgiem ramienia wojownika.
- Skoro jesteś odpowiedzialna za ściągnięcie tu tych obcych musisz poddać się osądowi Jej Wysokości.
   Di An zbladła.
- Ależ to pomyłka, szlachetny wojowniku! Ja… ja ich nie przywiodłam! Oni mnie ścigali…
- Nie gadaj, kopaczu. Idź z nimi – wskazał na Riverwinda – I nie opóźniaj! – warknął.
   Karn i Vvelz odeszli. Żołnierze popchnęli mieszkańców równin i Di An. Riverwind dotknął ramienia elfie dziewczyny. Trzęsła się z przerażenia.
- Kim jest ta „Wysokość”? – spytał szeptem.
- Li El, Pierwsze Światłop Hest. Straszliwa Pani! Każe zdjąć mi głowę!
- Nie w naszej obecności – uspokajająco odezwał się Catchflea – A poza tym, Riverwind ma już doświadczenie w ratowaniu twojej głowy.
   Di An spuściła oczy.
- Dziękuję, gigancie.
   Podniósł palcem jej podbródek i ich oczy znów się spotkały.
- Riverwind, tak mam na imię.
- Dlaczego Karn chciał cię skrócić o głowę? – spytał Catchflea – Czego takiego się dopuściłaś?
- Wojownik nie potrzebuje żadnego przestępstwa by zabić kopacza – odparła ponuro – Ale ja akurat nie byłam posłuszna wobec najstarszego prawa w Hest, poszłam do Pustego Świata na górze.
- A dlaczego poszłaś? – spytał Riverwind.
- Tym się zajmuję – odparła cicho – Jestem dzieckiem jałowym więc moje życie nie ma wartości. Posyłają mnie w górę przejściem do Pustego Świata, żebym znalazła rzeczy jakich nie mamy w Hest.
   Zrozumienie rozjaśniło twarz Riverwinda.
- Rozumiem. A więc wszystkie zwykłe rzeczy w tych pieczarach – drewno, skóra, ubrania – zbierasz na górze ponieważ pod ziemią ich nie ma.
- Nie zbieram wszystkiego. Są też inne jałowe dzieci.
- Zabroniono wam iść na górę, więc kto cię posyła? – spytał Catchflea.
   Nim zdołała odpowiedzieć odezwał się Vvelz.
- Ujrzyj, gigancie, odlewnie i warsztaty jakie produkują wszystkie cuda, które możesz ujrzeć w Vartoom – powiedział głosem pełnym dumy.
   Po lewej stronie ulicy widoczny był szereg niskich, owalnych drzwi i okrągłych okien. Progi i parapety były mocno poznaczone sadzą. Wewnątrz tańczyły iskry i płonął ogień. Kopacze harowali nad kawałami stopionego metalu. Vvelz pozwolił ludziom na bliższe przyjrzenie się robocie. Riverwind i Catchflea przyklęknęli  i popatrzyli przez otwarte okno.
   Wewnątrz było niesamowicie gorąco. Na tle poświaty płomieni i gryzącego dymu kręciły się, jak nakręcone marionetki, słabo widoczne sylwetki elfów. Szczypcami dwójka z nich właśnie wyciągała z paleniska czerwony z gorąca kawał metalu. Grupa czterech kopaczy zaczęła weń tłuc młotami. Deszcz iskier poleciał po całym pomieszczeniu.
   Catchflea szybko się cofnął. Twarz miał zaczerwienioną a strugi potu spływały prosto w głąb bujnej brody.
- Na bogów, zostałem upieczony! – zawołał.
   Riverwind otarł twarz skórzaną opaską przegubu.
- Nawet krasnoludzcy kowale Thorbardinu nie żyją i nie pracują w takim piekle.
   Vvelz splótł palce popatrzył na nich dobrotliwie.
- Tutaj, w Hest, wydobywamy najlepsze metale z ziemi. Wszystko, co nam potrzebne, wykonujemy w tych kuźniach i odlewniach.
   Pochylnie i schody wiodły z Alei Odlewni, jak nazwał ją Vvelz, do następnego, wyższego tarasu zwanego Aleją Sztuk. Kopacze byli tu równie liczni, lecz miast dymu i ognia, ulica dźwięczała uderzeniami młotó i podzwanianiem maszynerii. Ponownie czarodziej nakłonił Que-Shu do spojrzenia w okno. Ujrzeli elfów wykuwających łańcuchu, wyciągających na gorąco drut czy rozkuwających młotami brąz i miedź na cienkie płyty.
- Zwróciłeś uwagę – powiedział szeptem Cć dzieci?
- Jest Di An.
- Cokolwiek byś nie powiedział to ona już nie jest dzieckiem. Mnie chodzi o tych naprawdę małych dzieciaków.
   Riverwind wiedział, że stary wróżbita ma rację. Spytał Vvelza o przyczynę tak małej ilości dzieci.
- Przez ostatnie latanie urodziło zbyt wiele dzieci – powiedział zamyślony czarodziej – Sądzę, że przyczyną tego…
- Pilnuj języka – warknął Karn – Jej Wysokość sama powie obcym, co będzie chciała by wiedzieli.
   Trzeci taras zajmowała Aleja Tkaczy. Cieniutkie druty miedziane były tu tkane w miedziane i cynowe „ubrania”. Zacierając metal różnymi chemikaliami nadawano mu różne barwy. Riverwind widział całe stosy czarno barwionej miedzi, zwyczajowego ubrania kopaczy.
   W miarę jak wstępowali na kolejne, wyższe poziomy miasta żołnierze stawali się coraz liczniejsi. Karn był najwidoczniej wysoko postawioną personą ponieważ szyki żołnierzy wszędzie się przed nim otwierały a uzbrojone elfy stawały na baczność podczas ich przejścia.
   Szósty taras nazywano Miejscem Mieczy. Tutaj już wcale nie było kopaczy, tylko żołnierze w jasnej stali i wypolerowanym spiżu. Vvelz wyjaśniał różnice widoczne w pancerzach i hełmach. Zależały one tylko od różnic w poszczególnych regimentach.
- Nie podoba mi się to wszystko – mruknął Riverwind – te wszystkie miecze a my mamy tylko gołe ręce.
- Spokojnie, olbrzymie. Na razie nie dostrzegam zagrożenia – odparł Catchflea.
- Powiedz to Di An.
   Dziewczyna trzęsła się tak okropnie, że Riverwind musiał ją objąć ramieniem. Vvelz i Karn prowadzili niewielką grupę środkiem ulicy szóstego tarasu. Strażnicy z obnażonymi mieczami stali po obu stronach monumentalnej bramy. Wspierające ją kolumny ukształtował naturalny, gigantyczny kryształ kwarcu. Starż uniosła krótkie miecze salutując nachodzącemu Karnowi.
- Powiedzcie Jej Wysokości, że już wróciłem. Z jeńcami – ogłosił Karn.
- Gośćmi – poprawił Vvelz.
   Karn spojrzał spode łba.
- Zobaczymy.
   Jeden z gwardzistów oddalił się niosąc wieść Karna. Qrócił po kilku minutach  z odpowiedzią w postaci jednego słowa.
- Wejść.
- Ja się boję! – zawołała Di An starając się cofnąć.
   Catchflea przeczesał dłonią jej krótką, szczeciniastą czuprynę.
- Bogowie są łaskawi – powiedział do niej  wpatrując się jednocześnie w jasne, przerażone oczy.
- A przynajmniej tak się mówi – dodał Riverwind – mam nadzieję, że słusznie.
   Przez bramę wiodła długa kolumnada z czystego kwarcu. Po obu stronach stała straż honorowa. Opuszczone przyłbice strażników nosiły wizerunek lwów. Metalowe buty elfów dźwięczały głośno na wspaniałej mozaice podłogi wykonanej z milionów miniaturowych granatów, oliwinów i ametystów. Druga brama, wysoka na dwadzieścia stóp i wykonana z nitowanych płyt żelaznych, otworzyła swe wrota do wewnątrz.
   Wewnątrz pałacu było dość mroczno bowiem ciężkie, łukowe sklepienie przesłaniało brązowe „słońce”. Po obu stronach przejścia.  Korytarz wejściowy wypełniony był posągami wojowników Hest, wszystkie były więcej niż naturalnej wielkości i nosiły kompletne pancerze. Każdy pomnik nosił imię martwego wojownika: Ro Dest, teln Wielki, Straszliwy Karz, Ro Welx. Wszystkie wyglądały poważnie i bardzo wojskowo. Żaden nie wyglądał życzliwie.
   Korytarz wejściowy kończył się łukowo zwieńczonym przejściem prowadzącym do następnej komnaty. Na jej końcu dominowało dziecięco stopowej średnicy, świecące palenisko. Dziwniejsze były dziesiątki błękitnych kul zamocowanych na wyciętych w kamieniu postumentach. Najwyższe z tych postumentów znajdowały się blisko ścian podczas gdy mniejsze umieszczono bliżej osi ścieżki. Miało to wszystko bardzo poważny i zajmujący wygląd.
- Czym są te rzeczy? – spytał Riverwind – Myślałem, że to tylko lampy.
- Być może i są, a to wszystko to rodzaj kaplicy – odparł Catchflea.
   Di An była zbyt wystraszona by powiedzieć cokolwiek.
- O czym tam mamroczecie? – spytał Karn.
- Te kule, to tylko lampy, tak?
   Karn zaśmiał się nieprzyjemnie.
- To tylko kolekcja starych relikwii – odparł.
   Teraz już śmiał się pogardliwie. Vvelz zmarszczył brwi.
- To rzeczywiście są światła – wyjaśnił nie zwracając uwagi na Karna – Bardzo stre, przynajmniej większość.
- Dlaczego niektóre są ciemne? – zapytał mieszkaniec równin.
   Czarodziej spojrzał nań z ukosa.
- W swoim czasie, każde światło gaśnie – więcej wyjaśnień nie było.
   Riverind znalazł się już blisko paleniska gdy zorientował się, że płomienie palące się na wysokości jego piersi nie wydają żadnych trzasków, syków ani iskier jak zawsze to czyni ogień. Gdy podszedł bliżej odkrył, że nie dają również ciepła. W płomienia widać było jasne, świecące stosy węgla.
- Co to rodzaj ognia bez dymu i bez ciepła? – zdumiewał się Riverwind.
- To jest Sala Światła – powiedział Vvelz – Czarodzieje Hest stworzyli magiczny ogień całe wieki temu. Przez te wszystkie lata nie przygasł ani trochę.
- A co spala? – głośno zastanawiał się Catchflea.
- Nie mam pojęcia – wyznał Vvelz – Pergaminy, na których spisano sekrety ognia zgniły setki lat temu. Pozostał tylko ogień, cichy i zimny.
   Wyraz smutku lub bólu przeleciał mu po twarzy i zniknął natychmiast, gdy zawołał ich wszystkich Karn.
- Chodźcie – zawołał niecierpliwie żołnierz – Jej Wysokość czeka.
   Okrążyli palenisko za którym skrywały się ogromne drzwi. Strażnicy o lwich twarzach otworzyli je przed nimi. Pomieszczenie za tymi drzwiami było okrągłe. Miało ze trzydzieści stóp średnicy oraz kopułowe sklepienie. Całą powierzchnię kopuły pokrywała wielka mozaika ukazująca heroiczną postać prowadzącą wynędzniałą grupę elfów z roztrzaskanego miasta do wielkiej dziury w ziemi.
- Karn? To ty? Podejdź bliżej.
   Delikatny, kobiecy głos dobiegający do nich nie wiadomo skąd wypełnił cały kopulasty pokój. Karn odpowiedział z niezwykłą uprzejmością i poprowadził pozostałych do wnętrza komnaty.
   Otoczył ich dźwięk czyneli i pluskającej wody. Tyle, że ani czyneli, ani wody widać nie było. W powietrzu unosił się delikatny aromat. Nie całkiem kwiatowy, raczej przypominał świeżość słonecznego światła we porannym powietrzu. Środek komnaty skryty był przed spojrzeniami przez złote draperie ustawione kołem i zwieszające się z połączonych brązowych prętów. Riverwind był na tyle wysoki by móc cokolwiek jednak dojrzeć ponad tymi draperiami. Coś połyskującego, coś złotawego poruszało się wewnątrz zasłoniętej powierzchni. Karn odsunął na bok draperie. Vvelz, Riverwind, Catchflea i Di An weszli do środka kręgu. Elfia dziewczyna natychmiast rzuciła się na wypolerowaną podłogę i przycisnęła twarz do zimnej mozaiki. Riverwind otwarcie spojrzał na postać przed nimi, lecz dopiero po kilku sekundach zdał sobie sprawę na kogo patrzy.
   Na rzeźbionym kamieniu siedział piękna, elfia kobieta. Mleczo białą twarz okalał kaptur ze złotej tkaniny spływający jej na ramiona i okrywający włosy. Złote ziarna kolczyków zwisały ze szpiczasto zakończonych uszu. Usta miała pomalowane na jaskrawą czerwień. Większość postaci skryta jednak była w skomplikowanej draperii złotej szaty, szaty kapłańskiej utkanej z cienkich jak włos złotych nici.
   Karn opadł na kolano.
- Łaskawy majestacie – rzekł z werwą w głosie – Doprowadziłem tu więźniów, jakich pojmałem w głębi południowych jaskiń.
- Zbłąkanych obcokrajowców – gładko wtrącił Vvelz – Niewinnych podróżnych, któzy przypadkiem wpadli do twego królestwa, Li El.
   Całkowicie pozbawione emocji spojrzenie przesunęło się po Que-Shu.
- A więc kto? Intruzi czy raczej ofiary?
   Karn otworzył usta, by dać swą opinię, lecz Li El powstrzymała go jednym skinieniem małego palca. Jej spojrzenie utkwiło w Riverwindzie.
- Mówi, gigancie. I tylko ty.
   Riverwind wziął głęboki wdech, lecz przekonał się jak niezwykle trudno mu wydobyć z krtani dźwięk. Czy był to strach, czy tylko wpływ niezachwianego piękna?
- Wasza Wysokość – rozpoczął – Jestem Riverwind, syn Wanderera, a to mój przyjaciel, Catchflea. Znaleźliśmy się tutaj przez dziwaczne zrządzenie losu i niespodziewaną napaść.
   Li El rozparła się swobodnie na kanapie. Zapach porannego światła stał się intensywniejszy.
- I któż to was napadł?
- Obozowaliśmy z przyjacielem w górach gdy w nocy zostaliśmy obrabowani. Usłyszawszy złodzieja ruszyliśmy w pościg i wpadliśmy do głębokiej sztolni. Jakaś niewidzialna dłoń nas podtrzymała i znaleźliśmy się, bez ran z upadku, w twoim dominium.
   Li El powoli zacisnęła pięść.
- Karn, czy zlokalizowałeś tą sztolnię? – powiedziała z lodowatą precyzją.
- Nie, moja pani…
- Dlaczego nie?
   Skryta hełmem twarz wojownika wyraźnie pobladła.
- Ja… my… właśnie schwytaliśmy tego złodzieja – wskazał palcem na skuloną u jego stóp Di An – A zaraz potem złapaliśmy tych obcych gigantów. Uznałem, że najlepiej będzie natychmiast powrócić do ciebie.
   Królowa Hest nagle wstała. Wszystkie przyjemne doznania pod tą kopułą nagle zniknęły; dźwięki czyneli i pluskanie wody umilkło.
- Sztolnia, głupi Karnie, jest znacznie ważniejsza niż dziewczyna kopaczy czy para ogromnych barbarzyńców. Wszystkie powolne przejścia miały być zamknięte pół wieku temu. Jakim sposobem jedno z nich umknęło twej uwadze?
   Nawet nie podniosła głosu powyżej poziomu zwykłej konwersacji, lecz Karn kulił się podczas tych pytań jak niewolnik w czasie chłosty.
- Wracam natychmiast, Wasza Wysokość! Wezmę dwudziestkę wojowników, znajdę tą przeklętą sztolnie i…
- Nie zrobisz nic dopóki ci nie pozwolę – stwierdziła Li El.
   Krótkie włoski na karku Riverwinda stanęły dęba a on sam poczuł nowy zapach – kadzidlany, ostry. Uznał, że zarówno dźwięki jak i zapachy magicznie kontroluje Li El.
   Królowa zwróciła się w stronę Vvelza.
- Co wiesz o tych zdarzeniach, bracie?
   Vvelz tylko lekko machnął dłonią.
- Nie za wiele. Czekałem właśnie, tak jak rozkazałaś, na powrót oddziału Karna gdy zahaczyłem tego kopacza gdy uciekał tunelem. Gadała coś dziko o jakichś olbrzymach. Kiedy zaś Karn wszedł do wyższej jaskini to spotkałem go i nałożyłem amulety obcokrajowcom, by mogli rozmawiać i nas rozumieć.
- Bardzo dogodne, doprawdy – mruknął Karn.
- A jeśli chodzi o sztolnię, droga siostro, to tak jak mówiłaś, wszystkie zostały zamknięte twym rozkazem pięćdziesiąt lat temu.
   Li El siadła z chrzęstem złotych szat.
- Doprawdy? Wątpię.
- Nikt nie jest w stanie utworzyć nowej – zaznaczył Vvelz – nikt, tylko ty.
   Karn nie potrafił się już dalej powstrzymywać.
- Wasza Wysokość, co mamy zrobić z obcymi?
- Zrobić? Dlaczego mielibyśmy coś robić? To jałowe dziecko nie działało też z własnej woli: ktoś wydał jej rozkaz. Kto taki: musimy sprawdzić.
   Di An aż sapnęła.
- Ona doprowadziła tu ludzi. Czyżbyś proponował ich egzekucję za to, że próbowali odzyskać swą własność, a może za potknięcie w mroku?
- Nie, Wasza Wysokość: to znaczy, tok…
- Powstrzymaj swój język. Karn, jesteś odważnym i twardym kapitanem, lecz kiepskim przywódcą. Za brak jasnego widzenia celu nakazuję ci spędzić trzy dni w Wysokich Iglicach, gdzie będziesz mógł przemyśleć swój brak jasności.
- Ależ to nie jest sprawiedliwe! Wasza Wysokość wie dobrze jak ochotnie wysilam się dla…
   Jedno spojrzenie Li El powstrzymało dalsze słowa.
- Spierasz się z moim rozkazem?
   Karn poczerwieniał na twarzy, lecz sztywno odparł.
- Woli Waszej Wysokości stanie się zadość.
   Obrócił się na pięcie i odmaszerował. Żołnierz rozchylił złote zasłony pomrukując a po chwili ogłos kroków szybko ucichł.
   Li El uniosła się z siedzenia. Przyjemne, uspokajające dźwięki powróciły do komnaty. Zapach gorzkiego kadzidła został zastąpiony czystym zapachem powietrza spłukanego deszczem
- Podejdźcie bliżej, obcy – powiedziała – Poznam was nieco lepiej.
   Bez protestu zastosowali się do żądania i obaj ruszyli krok do przodu. Ruch ten odkrył skrywającą się i wciąż skuloną na podłodze Di An. Kryła się za nogą Riverwinda chcąc uniknąć spojrzenia królowej. Nie udało się.
   Li El ruszyła dłonią w powietrzu. Delikatny dźwięk dzwonka przywołał dwójkę żołnierzy.
- Usuńcie kopacza – powiedziała.
   Gwardziści podeszli, lecz Riverwind stanął im na drodze.
- Nie zagraża nikomu – powiedział.
   Wzrokowe zmagania wielkiego mieszkańca równin i dwóch żołnierzy Hest Li El obserwowała z widocznym zainteresowaniem.
- Musi powiedzieć wszystko, co wie – stwierdziła – Nie kłopocz się kopaczem, gigancie. Poza tym, to przecież złodziejka.
   Żołnierze z wahaniem zbliżyli się  by pojmać Di An. Riverwind napiął mięśnie. Catchflea szarpnął go za rękaw chcąc go trochę uspokoić.
- Siostro, jeśli zapobiegnie to rozlewowi krwi, to mógłbym sam zabrać dziewczynę i ją przesłuchać – uspokajająco odezwał się Vvelz.
   Zarówno Riverwind jak i dwójka żołnierzy Hest popatrzyła królową w oczekiwaniu odpowiedzi.
- Masz zbyt miękkie serce – stwierdziła Li El po dłuższej przerwie – jesteś pewien, że wydobędziesz z niej prawdę?
- Jeśli zawiodę to odeślę ją do twych ekspertów – przyrzekł Vvelz.
   Li El przystała na to i jej srebrno włosy brat zabrał dziewczynę z podłogi. Wyciągnął Di An z komnaty a żołnierze odstąpili oczekując kolejnych rozkazów.
   Wielkie dłonie Riverwinda wciąż były zaciśnięte w pięści gdy obserwował jak Vvelz zabiera Di An. Catchflea delikatnie szepnął.
- Nic jej nie będzie, jestem pewien.
   Riverwind sceptycznie popatrzył na starca.
- Żołędzie ci to powiedziały?
- Nie – odparł poważnie Catchflea – Lecz wierzę, że Vvelz nie zamierza zrobić jej nic złego.
- Podejdźcie, podejdźcie – powiedziała królowa a czynele głośniej zadzwoniły – Chcę wiedzieć więcej o waszym świecie i jego życiu. Powiedz mi, stary olbrzymie, o swym kraju i jego ludziach.
   Catchflea wdał się w dyskurs na temat Que-Shu, ludów i obyczajów. Był bardzo zajęty. Riverwind w tym czasie przekonał się, że nie może oderwać wzroku od Li El – choć ona nigdy nawet na niego nie spojrzała. Aż pot zaczął mu spływać z brwi gdy usiłował odwrócić wzrok w stronę złotych zasłon, sklepienie czy czegokolwiek. Udało mu się tylko spuścić wzrok na jej dłonie. Prawa dłoń Li El spoczywała nieruchomo podczas gdy palce lewej poruszały się w wolnym, zawiłym ruchu na poręczy otomany. Ruch nagle zamarł.
- I tak właśnie, Wasza Wysokość, znaleźliśmy się tutaj – kwiecistym zwrotem zakończył Catchflea – Czy mogę zapytać jak to się stało, że ty i twój lud znaleźliście w tak głębokich podziemiach?
   Brwi Li El wygięły się w łuk na kolorowymi oczami.
- Co? Czyżby Pusty Świat tak szybko zapomniał o Wielkim Hest i jego ludzie?
- Należymy do innej rasy – dyplomatycznie odparł Catchflea – Nie za wiele wiemy o historii.
   Li El ześlizgnęła się ze swej kanapy. Kiedy zaś zeszła z podwyższenia łatwiej było zauważyć jak jest nieduża. Czubkiem głowy ledwo sięgała do piersi Riverwinda. Żaden z mężczyzn jednak nie mógł oderwać od niej wzroku, jej obecność była zniewalająca.
- Dwa tysiące i pięćset lat temu wybuchła wojna między mieszkańcami Silvaneti a ludźmi zamieszkującymi Ergoth. Walczyli już przez pięćdziesiąt i dwa lata, wciąż napadając, masakrując i walcząc. W końcu równiny i lasy Silvana opustoszały i przekształciły się w puste, pozbawione życia regiony. Wódz wojenny – Kith-Kanan trzymał hordy Ergoth na dystans używając błyskotliwej strategii. Różnice zdań w stolicy nie pozwoliły mu jednak przenieść wojny na terytorium ludzi by uzyskać ostateczne zwycięstwo. Tak też Wojna Bratobójcza ciągnęła się dalej bez widocznych rezultatów.
- Nasz wielki przodek, Hest, lub w dawnej mowie Hestantafalas, był generałem Host w Silvanestii. Pragnął przenieść walki do ludzkiego miasta Caergoth, wymieść barbarzyńskie masy ludzkie z zachodnich równin… przerwała na chwilę zdając sobie sprawę do kogo przemawia… pradawne uczucia są wciąż żywe. Nie czujcie urazy.
- Rozumiemy to – odparł Riverwind.
   Ściany ze złotej draperii wydawały isę groźniejsze niż wcześniej. Nie mógł dostrzec żadnego wyjścia z kopulastej komnaty, nie mógł nawet dostrzec samych drzwi. Nie widać było nawet straży a to sprawiało, że stał się jeszcze bardziej nerwowy.
- … potężny spór na dworze – kontynuowała Li El – Wielki Hest odmówił uznania rozejmu. . Straże Króla Sithasa pojmały go i wtrąciły do więzienia.
- Kiedy brat krolewski dowiedział się o losie swego oficera  natychmiast wrócił do Silvanostu by uzyskać wolność dla Hest. Król Sithas odmówił. Jak twierdził, Hest jest zbyt niebezpieczny. Jego postępek to zdrada i musi za nią ponieść ostateczną karę.
- Zbudowano szafot, lecz głowa Hest nigdy nie wpadła do koszyka Sithasa Dziewięciu żołnierzy włamało się do więzienia i uwolniło bohatera. . Razem wywalczyli sobie drogę ucieczki z miasta.
   Li El unisła widmowy miecz. Komnatę wypełnił zgiełk krzyków i dźwięk uderzeń ostrza o ostrze. Jej głos niósł się echem po komnacie.
- Dziesięciu pokonało sześćdziesięciu trzech królewskich strażników. Sześćdziesięciu trzech! Hest udał się do fortecy Bordon-Hest i przygotował się na oblężenie. Jak można się było spodziewać Sithas wysłał najbardziej lojalnego generała, strasznego Kencathedrusa, by pokonał i zniszczył zarówno Hest jak i jego lud.
    Li El opuściła ramię. Powoli zanikły bitewne odgłosy. Catchflea trząsł się a i Riverwind niepewnie spoglądał przez ramię. Wręcz czuł zapach rozlewu krwi. Komnata była czysta i pusta jak zawsze.
   Li El objęła się ramionami jakby nagle zrobiło się jej chłodno. Odwróciła wzroki i opadła na otomanę.
- Sytuacja stawała się desperacko groźna. Hest nie było przygotowane na długie oblężenie. W Bordon-Hest były setki kobiet i dzieci i tylko czterystu wojowników. Nadchodziła nieunikniona rzeź.
   Uniosła głowę. Cieniutki, lecz szeroki uśmiech zaświecił na twarzy Li El. Oczy świeciły ognistym tryumfem.
- W najcięższej chwili do Hesta podszedł nadworny czarodziej, wielki Vedvedsica. „Jest droga ucieczki, panie” – oznajmił Hestowi. Wielki pan spytał jakim cudem skoro ani on, ani nikt z poddanych nie ma skrzydeł by umknąć żelaznemu uściskowi Kencathedrusa. „Nie skrzydeł potrzebujemy, wielki panie, lecz lamp”. Dlaczego lamp? Chciał wiedzieć Hest. „Ponieważ w świece poniżej jest bardzo ciemno” – brzmiała odpowiedź Vedevedsici.
   Czarodziej wyjaśnił swój plan a Hest go zaakceptował. Wszyscy ludzie w Bordon-Hest zostali powiadomieni a Vedvedsica zaczął przygotowania. W dwudziestym czwartym dniu oblężenia, w roku dwa tysiące, sto i cztery, w Silvanesti uderzyło potężne trzęsienie ziemi. Epicentrum było pod Bordon-Hest a ruina miasta okazała się całkowita. Mury i budynki opadły grzebiąc pod sobą wszystkich. A przynajmniej tak to wyglądało. Vedvedsica otworzył w ziemi i skałach szczelinę, którą każdy z Hest, od najwyżej urodzonych do najniżej, zdołał uciec. Magia Vedvedsici obaliła miasto zasypując szczelinę tak, nikt nie odkrył co stało się z wielkim panem i całym jego ludem.
   Li El podparła ostry podbródek wierzchem dłoni.
- Aż do dzisiaj.
   Szeroka rotunda pozostawała w ciszy przez kilka uderzeń serca. Riverwind silił się, by jakoś, jak najlepiej, odpowiedzieć Li El. Opowieść o zuchwałym władcy, który chciał ex terminować ludzi nie wzbudziła mu w sercu zbyt wiele sympatii. Tego jednak nie mógł powiedzieć królowej Hestitów. Z wahaniem stwierdził tylko.
- Wiele się wydarzyło od czasu gdy wasi przodkowie zeszli pod ziemię. Krynn nie jest już taki jak dwa tysiąc pięćset lat temu.
- Czy zielone dwory Silvanostu wciąż stoją?
- Mówi się, że tak.
- A synowie Sithasa wciąż tam panują?
- Tego nie wiem…
- Na wszystkich nas ciąży wyrok śmierci za zdradę, na każdym pokoleniu urodzonym od czasu gdy Hest przywiódł nas tutaj. Kiedy tysiąc lat temu umierał to jego ostatnie słowa brzmiały: Strzeżcie się Pustego Świata na górze. Rozkaz umierającego Hesta jest naszym najświętszym prawem – powiedziała Li El.
- Niektórzy jednak idą na powierzchnie, tak? Jak dziewczyna, którą ścigaliśmy – spytał Catchflea.
   Wyraz dumnej powagi znikł z twarzy Li El. Zastąpił go gniew. Gniew tak namacalny, że ludzie wręcz poczuli jego uderzenie.
- Są głupcy, którzy wciąż próbują! Zbyt długo byłam dla nich pobłażliwa. Widzę jednak, że muszę teraz wyrwać zło z korzeniami, raz na zawsze. Kiedy zostaną schwytani, będą musieli umrzeć.
   Wykonała drobny gest i w odpowiedzi zabrzmiał niewidoczny gong. Pojawiło się kilku żołnierzy.
- Zebrać pełną kohortę Host – powiedziała – Niech eskorta Karna wskaże im gdzie znaleziono dziewczynę kopaczy i gigantów. Chcę umiejscowienia powolnego przejścia oraz całej, przyniesionej z powierzchni, kontrabandy.
- A co z nami? – spytał Riverwind.
- Wy? Wy pozostaniecie w Wysokich Iglicach dopóki nie zdecyduję co należy z wami zrobić – oznajmiła.
   Pół tuzina hestyjskich wojowników zbliżyło się do obu mężczyzn. Riverwind gwałtownie zwrócił się w ich stronę a oni, z respektem traktując ich wzrost, stanęli w miejscu. Catchflea instynktownie przysunął się do wielkiego wojownika. Miast doradzić Riverwindowi by spokojnie ustąpił, Li El tylko spoczęła na otomanie i nic nie powiedziała. Na jej ustach błąkał się zagadkowy uśmiech.
   Starżnicy zwarli szyki i ruszyli naprzód.
- Nie macie prawa nas więzić! – krzyknął Riverwind.
   Jeden z elfów trzasnął Riverwinda tarczą w plecy. Wściekłość mieszkańca równin, którego temperament tak długi był hamowany, teraz wybuchła z całą siłą. Dopadł napastnika, wyrwał mu tarczę a samego cisnął daleko. Lekki Hest rozciągnął się na podłogowej mozaice jak długi.
- Na cóż czekacie? – spytała obojętnie Li El – Zabrać ich stąd.
- Jesteśmy spokojnymi ludźmi – błagał Catchflea – Niewinnymi, tak!
   Oberwał w głowę brązową tarczą za samo odezwanie się. Riverwind chwycił dwóch najbliższych elfów, walnął ich głowami o siebie nawzajem i pozbawił przytomności. Strażnicy napastujący Catchflea odwrócili się od niego i dobyli mieczy. Riverwind wyszarpnął miecz zza pasa jednego z nieprzytomnych strażników.
- Idź za mną, stary! – krzynął.
   Dwóch elfów ośmieliło się na tyle by go zaatakować. Sparował krótkie ostrza i odparł atak szybkimi sztychami celującym im w twarze. Och, jakże tęsknił za swoją szablą! Ta hestyjska broń była dla niego zbyt krótka. Przypominała raczej miecze ćwiczebne dzieciaków.
   Długi zasięg ramion Riverwinda wyrównywał jego szanse w walce z dwoma elfami nawet, gdy odskoczyli w różne strony. Jeden z brązowych mieczy strażników twardo uderzył w krzyżyk rękojeści w zdobycznej broni mieszkańca równin. Brąz wytrzymał więc Riverwind tylko skręcił nadgarstkiem i odrzucił ostrze wroga a jednocześnie skierował czubek miecza w jego kierunku. Tępy miecz odbił się od tarczy strażnika. Riverwind ciął mocno w lewo odganiając drugiego z żołnierzy. Elf cofnął się i potknął o jednego z nieprzytomnych towarzyszy po czym upadł na ziemię.
   Catchflea odskoczył z przestrzeni gdzie rozgrywała się walka. Mógł tam tylko przeszkadzać. Li El wzniosła ramię magiczne dzwonki znów dały o sobie znać. Żołnierze dosłownie zalali salę tronową.
- Dwudziestu kolejnych za plecami! – ostrzegał Catchflea.
- Tak? – szybko odparł Riverwind – Jesteś tylko posłańcem złych nowin? Zrób coś!
   Stary wróżbita nie był wojownikiem. Gdyby chwycił miecz to najpewniej poraniłby sam siebie a nie żadnego z przeciwników. Jedyne co posiadał to tykwa zawierająca trzy wysuszone żołędzie.
   Żołędzie!
   Z głębi swych szmacianych szat wykopał tykwę z żołędziami i potrząsnął nią nad głową.
- Stać natychmiast gdzie stoicie~! – krzyknął – W tyk małych nasionach zamknąłem potężną moc błyskawicy! Cofnąć się, tak, i nas nie powstrzymujcie lub cisnę je prosto w was!
   Żołnierze zamarli. Przeciwnik Riverwinda przystanął by wysłuchać tyrady Catchflea więc mieszkaniec równin palnął go tylko w głowę płazem miecza. Przeciwnik padł. Riverwind odwrócił się do starca.
- To inspirujące – szepnął.
- Straszne moce mi powierzono – intonował Catcgflea – Jeden rzut a wszyscy zostaniecie spopieleni!
   Tylko Li El pozostawała zupełnie nie poruszona tym oświadczeniem. Oparła się na jednym łokciu i spokojnie stwierdziła.
- Na co czekacie? Ujarzmić ich .
   Gwardziści wykazali zdumiewający brak entuzjazmu dla tego rozkazu.
- Nie możecie uciec – wyjaśniający mtonem stwierdził Li El – Ani z pałacu, ani tym bardziej z Vartoom.
   Riverwind jej wierzył, lecz nie miał zamiaru przyznawać jej racji.
- Odejdziemy tą samą drogą, którą przyszliśmy – oznajmił wystawiając miecz – I lepiej by nikt nam nie przeszkadzał.
   Li El westchnęła. Rozległ się świergotliwy dźwięk. Szeregi uzbrojonych w miecze strażników się rozstąpiły. Czterech nowych wojowników odzianych w lekkie kolczugi wystąpiło naprzód wywijając dziwnie wyglądającymi urządzeniami nad głową – były to trzy metalowe kule połączone łańcuchami. Catchflea postraszył ich nic nie znaczącą tykwą, lecz na tych elfów blef nie podziałał. Cisnęli bolas w stronę starca. Dwie z nich natychmiast unieruchomiły mu ręce i nogi. Tykwa padła na mozaikową podłogę. Strażnicy aż się wzdrygnęli. Ponieważ jednak nic się nie stało wrzasnęli unisono i gniewnie ruszyli hurmem na Riverwinda. Miecz został mu wyrwany po czym obu wyniesiono z komnaty. Li El lekko zeszła ze swego tronu. Podniosła tykwę Catchflea. W jej wnętrzu grzechotały żołędzie. Obróciła tykwę i wysypała żołędzie na dłoń. Na jej pięknej, spokojnej twarzy nie widać było żadnych uczuć.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#6 2018-10-02 16:50:21

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 687

Re: Riverwind z równin

Rozdział 6

Wysokie Iglice

   Wykrzykując w niebogłosy przez cały czas żołnierze nieśli Riverwinda i Catchflea bez zmiłowania. Gnali krętym pasażem wiodącym między kamiennymi ścianami jaskini. Trakt wiódł ciągle pod górę, obijali się przy tym o wystające kamienie i niskie sklepienie przejścia. Pokrzykujące elfy biegły coraz szybciej w miarę jak ścieżka zwężała się kręcila po coraz ciaśniejszej spirali. Dziesięciu niosło Riverwinda a sześciu Catchflea. Cała reszta gnała za nimi dziko pokrzykując.
   Spiralny korytarz nagle się skończył na otwartej platformie wyciętej e ścianie jaskini. Serce Riverwinda szybciutko wspięło się aż do gardła gdy tylko ujrzał gdzie się znaleźli: trzysta stóp powyżej miasta, prawie pod sklepieniem ogromnej kawerny! Przez chwilę przeleciała mu po głowie obawa, że Hestowie zamierzają zrzucić stąd jego i Catchflea. Nie zamierzali. Na samym brzegu platformy znajdowało się, oparte tylko krawędzią, przęsło z mlecznego wapienia. Najzawrotniejszy z mostów wznosił się łagodnym łukiem i znikał tuzin jardów dalej w kłębiącym się dymie i mgle. Żołnierze postawili ich na nogi. Jeden z nich wrzasnął.
- Do Iglic! Do Iglic!
   Reszta podchwyciła dziki okrzyk. Zaczęli machać mieczami i szturchać ludzi ostrymi końcówkami. Wyraźnie ich poganiali.
- Cóż, co o tym myślisz, stary? – spytał Riverwind – Możemy umrzeć walcząc, lub też wejść na to przęsło i zlecieć.
- To chyba nie są nasze jedyne wybory, tak? – desperacko wypytywał Catchflea – Ouć!
   Jakiś elf właśnie dziabnął go w nogę.
- Możemy przecież pójść i nie zlecieć.
   Riverwind nabrał tchu i wrzasnął.
- Odejść!
   Wielki wzrost wciąż imponował Hestom więc rzeczywiście się cofnęli. Mieszkaniec równin podszedł do krawędzi platformy. Światło z brązowego słońca rzucało dziwne cienie z lasu stalaktytów. Dymy z kuźni owiewały zwisające iglice. Riverwind zakaszlał gdy siarkowe opary zakryły mu twarz. Przez łzawiące oczy ledwo mógł dostrzec ciemną masę gdzieś daleko w dymie; drugi koniec mostu.
- Idziemy, Catchflea – powiedział – Pokażmy tym jaskiniowcom jak ludzie Que-Shu witają niebezpieczeństwo.
- Najlepiej na czworakach – mruknął stary mężczyzna i zbliżył do pleców Riverwinda.
   Most miał tylko sześć cali szerokości a górna powierzchnia była obła. Na domiar złego tą powierzchnię pokrywała cienka warstewka sadzy. Riverwind mruknął nawet, że to dość by było ślisko. Przesunął stopą po powierzchni. Wyglądała na wystarczająco mocną. Dosunął powoli drugą stopę. W ten sposób trzeba to zrobić. Cal po calu. Bez pośpiechu, bez gwałtownych zatrzymań.
   Catchflea starał się go naśladować. Tylko raz spojrzał stary mężczyzna w dół i natychmiast tego pożałował. Zawroty głowy aż uderzyły w brzuch; głowa wirowała. Koncentryczne ulice Vartoom daleko w dole bynajmniej nie pomagały. Catchflea zaczął machać ramionami.
- Olbrzymie! – sapnął – Ratuj!
   Riverwind obejrzał się akurat w chwili gdy Catchflea zaczął się przewracać. Do dna miał co najmniej sto stóp. Riverwind rzucił się do towarzysza całym ciałem. Klatką piersiową uderzył w most aż mu powietrze z płuc wyparło. Zdołał jednak złapać ramiona Catchflea. Starzec powoli ześlizgiwał się z obłego mostu. Riverwind objął most długimi nogami i chwycił mocno szaty Catchflea. Szmaty starego zaczęły powiewać, drzeć się i uwalniać mnóstwo kurzu. Hestowie, którzy do tej pory raczej ich okrzykami zachęcali, teraz zamilkli. Jeden z nich nagle wrzasnął.
- Unieś nogę, stary gigancie!
   Reszta natychmiast dołączył wykrzykując poradę. Catchflea trzykrotnie próbował zarzucić nogę na most, lecz nie potrafił piętą natrafić na żadne wsparcie i tylko się ześlizgiwał. Łzy zaczynały żłobić bruzdy na brudnej twarzy starca.
- Nie mogę – jęknął.
- Spróbuj jeszcze raz! Tylko podciągnij się gdy będziesz zarzucał nogę! – zawołał Riverwind.
   Catchflea był stary, lecz nieźle umięśniony. Jeszcze raz zarzucił nogą. Mięśnie ramion Riverwinda napięły się jak postronki gdy go podciągał. Pięta Catchflea złapała oparcie. Elfy krzyknęły radośnie. Z wielkim wysiłkiem stary mężczyzna zdołał jednak przerzucić całą nogę przez mostek i się nań wspiąć. Leżeli teraz obaj, on i Riverwind, płasko na mostku i ciężko dyszeli.
- Mocno siedzisz? – spytał Riverwind.
- Tak myślę, tak.
   Riverwind usiadł prosto i się odwrócił. Obydwaj poruszali siię teraz w stronę celu przesuwając się okrakiem po moście. Żołnierze oraz ściana jaskini za nim powoli znikały w dymie i wkrótce znikły całkiem z pola widzenia.
   Po jakimś czasie cel wędrówki zaczął nabierać kształtów. Całkiem spora liczba specjalnie grubych stalaktytów została użyta do wsparcia lekkiej platformy. Żelazne obręcze obejmowały iglice zabezpieczając podłoże wykonane z prostokątnych szyn żelaznych. Riverwind chwycił szynę i wciągnął się na platformę. Z dymów wyłoniła się ciemna postać
- Kto idzie?
   Ponieważ żaden z ludzi nie odpowiedział więc postać podeszła nieco bliżej. Był to Karn.
- Och, a więc obcokrajowcy też zostali odesłani do iglic. Jakże stosownie.
   Riverwind ściągnął Catchflea z mostu. Stary mężczyzna przywarł do podłogi jak pijany żeglarz do barmanki.
- Te lochy nie przypominają niczego, o czym bym kiedyś słyszał – kwiknąl.
- Nie było to budowane jako więzienie – powiedział Karn zginając się przy tym szyderczo – Kiedyś były to prywatne, napowietrzne apartamenty Króla Hest. Teraz jednak Jej Wysokość odsyła tu tych, którzy mieli nieszczęście sprawić jej kłopot.
- Nie ma bramy, żadnych zamkniętych drzwi – zauważył Riverwind.
- Nie ma takiej potrzeby, olbrzymie. Dwóch strażników stoi na końcu mostu. Są gotowi zrzucić każdego, kto zechce stąd odejść – Karn warknął głęboko – Ja, który służyłem Jej Wysokości jak niewolnik, zostałem tu odesłany wraz z barbarzyńcami! – popatrzył na obu mężczyzn – Powinienem był was obu zabić w tunelu. I tą dziewkę kopaczy też.
- Gorycz nie jest żadną odpowiedzią, tak – stwierdził Catchflea.
- jesteśmy w tym samym więzieniu – dodał Riverwind – Nie moglibyśmy jakoś współpracować nad odzyskaniem wolności?
   Karn prychnął.
- Nie spodziewam się, żeby przerośnięci barbarzyńcy potrafili zrozumieć wojownika i jego kodeks honorowy – powiedział – Moje życie należy do królowej. Jej wola jest moją wolą.
- Lecz to ona cię tu posłała.
   Karn skrzyżował ramiona na piersi.
- To nie potrwa zbyt długo. Jej Wysokość mnie potrzebuje. Jestem jej prawym ramieniem.
- Z tego co widziałem, to ramion w Hest jest całkiem sporo, tak? Być może nie jesteś aż tak wartościowy jak sądzisz? – zauważył Catchflea.
   Wojownik aż poczerwieniał i postąpił o krok w stronę catchflea i Riverwinda wciąż jeszcze siedzących na posadzce. Z nienawiścią popatrzył na starego.
- Nic o nas nie wiesz! – syknął dysząc ciężko – Mogę ścierpieć tak obraźliwe słowa od Vvelza bo jest bratem królowej, lecz nie ścierpię ich od ciebie!
   Odstąpił od Catchflea dzięki czemu stary mógł odetchnąć z ulgą.
- Vvelz jest słabeuszem i krętaczem – ciągnął dalej Karn – Jest tu tolerowany tylko dlatego, że wszyscy jesteśmy lojalni wobec Jej Wysokości.
- Wygląda jednak na wystarczająco sprytnego – ostrożnie wtrącił Catchflea.
- Jest nikczemny własnym sprytem, Mistrz Vvelz! Phi! I jeszcze używa tego sprytu by pomagać kopaczom! Wywraca naturalny porządek Hest! Przedkłada kopaczy ponad swój własny rodzaj… - potok słów gdzieś odpłynął lecz po chwili Karn potrząsnął głową i dodał – Niech Kinthalas wzrok mu zabierze!
   Obaj Que-Shu wymienili tylko długie i pełne znaczenia spojrzenia.
- A dlaczegóż by Vvelz miał faworyzować kopaczy? – spokojnie spytał Riverwind.
   Karn tylko machnięciem dłoni odrzucił pytanie. Opadł na kolana i palcami przeczesał jasne włosy.
- Politycy, tfu! Nawet nie proś, żebym to roztrząsał. Nie przystoi wojownikowi gadać o takich sprawach.
   Karn, pogrążony całkowicie w cierpiętniczym zamyśleniu, patrzył w ponuro w przepaść. Riverwind odciągnął Catchflea od smutnego wojownika.
- Tu się dzieje wiele różnych spraw i sprawek – powiedział cicho – Słyszałeś jak królowa obwiniała kogoś innego o złodziejstwo Di An? Powiedziała, że dziewczynie rozkazano udać się na powierzchnię.
   Catchflea podrapał się po zarośniętym policzku.
- I sądzisz, że to Vvelz, tak?
- To możliwe.
- O czym tam obaj mamroczecie? – spytał głośno Karn.
- Zastanawiałem się, czy jest tu cokolwiek do jedzenia? – uprzejmie odparł Catchflea.
- A skąd mam to wiedzieć? Czy ja jestem sługą? Rozejrzyj się – skrzywił się złośliwie – lecz uważaj na krawędź posadzki; nie ma tu poręczy żeby cię powstrzymała od wejścia prosto w objęcia przepaści. I co, ciągle głodny, olbrzymie?
- Ja raczej jestem zmęczony – powiedział, zgodnie z prawdą zresztą, Riverwind.
   Rozejrzał się po zadymionej przestrzeni żelaznej posadzki i westchnął.
- Powietrze tu koszmarne. Gdzieś dalej może będzie czystsze.
- Nie ma dalej nic lepszego – powiedział Karn.
- Sam sprawdzę – a do Catchflea cicho dodał – Chodźmy gdzieś, gdzie Karn nas nie usłyszy.
- I znajdźmy żarcie, tak?
   Odeszli dalej. Po paru krokach we mgle natrafili na urnę z brązu wysoką na trzy stopy. Była napełniona stęchłą, słonawą wodą. Napili się jednak. Riverwind zmoczył chustkę i owinął nią usta i nos. Catchflea oderwał kawał szmaty z koszuli i uczynił podobnie.
- O czym rozmyślasz, wielki człowieku? – spytał gdy tak szli wolno przez Wysokie Iglice wypatrując nagłych zagrożeń.
- Myślę o Goldmoon – odparł prosto Riverwind.
- Ach.
- Catchflea. Jesteś chyba wystarczająco wiekowy, by pamiętać czas gdy Arrowthorn został wodzem, prawda?
   Stary wróżbita przytaknął. Szmaciana maska na twarzy powodowała, że wyglądał jak podstarzały rozbójnik.
- Waśń była pomiędzy zwolennikami Arrowthorna i ludźmi, którzy woleli Oakhearta na wodza. To były złe czasy.
- Ojciec mówił mi o dawnych dniach. Walki na ulicach, kradzieże, palenie domów i plonów, nawet morderstwa.
- Mordercy Oakhearta nigdy nie znaleziono – powiedział Catchflea – Arrowthorna nie oskarżano o mord tylko dlatego, że wspierało go mnóstwo ludzi.
- A więc ożenił się z Tearsong i został wodzem.
- i to bardzo silnym wodzem, tak. Tylko co to ma wspólnego z twymi rozmyślaniami o Goldmoon i naszą tutaj sytuacją?
- Takie złe czasy znów mogą nadejść dla naszego ludu jeśli stanę w opozycji do wodza – odparł Riverwind – Goldmoon już stanęła wobec śmierci gdy Hollowsky starał się mnie zabić. Nie chciałbym, żeby ona stała się celem waśni.
   Rozejrzał się po zadymionej okolicy.
- A to miejsce… jeśli brat i siostra spiskują by się nawzajem pokonać to ty i ja jesteśmy w najgorszej sytuacji.
   Catchflea zatrzymał się na moment.
- Pierwsi by zginąć, tak?
   Riverwind starł łzy wywołane dymem i zakaszlał.
- Postarajmy się teraz trochę wypocząć a potem zobaczymy, co będzie po przebudzeniu – powiedział.
- Wspaniały pomysł. Jestem wykończony.
   Chcieli odnaleźć drogę do urny z brązu, lecz dym i brak cech charakterystycznych otoczenia tylko ich zgubił. Błądzili bez celu przez krótki czas po czym Riverwind zarządził postój.
- Dziwne lochy, lecz całkiem efektywne – powiedział – Nie widząc nawet jak duże jest to miejsce możemy wałęsać się po kole i nigdy granicy nie znaleźć.
   Catchflea siadł tam, gdzie przystanął.
- A więc każde miejsce jest jednako dobre.
   Po chwili już spał. Zaczął nawet pochrapywać mimo, że wokół przewalały się kłęby dymu. Riverwind położył się opodal i przymknął oczy. Dziwne to życie, pomyślał, jeszcze przecież nie tak dawno udawał się na wielką wyprawę a teraz znalazł się w podziemnym królestwie i to uwikłany w polityczne przepychanki. Ścieżki bogów nie łatwo przeniknąć ludzkim umysłem. Być może też, że te właśnie elfy okażą się ważne dla jego wyprawy. Być może na koniec to oni będą mu pomagać.
   Z ust wyrwało mu się ciche westchnienie. Miał gorącą nadzieję, że to całe zamieszanie ma jakiś sens. Przecież jego wyprawa miała ogromną wagę. Zarówno ta wyprawa jak i przyszłe małżeństwo z Goldmoon. Rozluźnił się i pozwolił by sen nad nim zapanował. Choć miał nadzieję na sny o ukochanej to jednak zapadł w w sen głęboki i pozbawiony sennych marzeń.
* * * * *
   Riverwind poczuł na twarzy lekki dotyk. Jakieś palce delikatnie przesuwały mu się linii szczęki. Poruszył się i potarł twarz. Malutki kciuk i palec wskazujący delikatnie szarpnęły go za nos. Prawie obudzony chrapnął i na powrót zapadł w sen. Palec zaczął łaskotać go w ucho tak długo aż swędzenie stało się zbyt natarczywe by je zignorować. Usiadł ostro. Chustka, którą założył uprzednio na nos i usta, teraz była na oczach. Zerwał ją i ujrzał Di An. Gestem nakazywała całkowitą ciszę.
- Co ty tu robisz? – szepnął.
- Nie hałas. Idziemy – powiedziała cichutko.
- Ale jak…
   Di An położyła malutki palec na jego ustach.
- Chcesz iść, nie?
   Szturchnął Catchflea. Wróżbita zakaszlał mocno i odchrząknął.
- Archh – warknął – Teraz już wiem co czuje wędzona szynka.
   Zaczęli chciwie pić z flaszy dostarczonej przez Di An. Przebywając w jaskiniach dość długo, cały czas bez słonecznego światła, Riverwind nie potrafił określić, czy to dzień czy noc. Spiżowe słońce wciąż płonęło dając przyćmiony, pomarańczowy blask w oparach dymu.
- Dlaczego jesteśmy tak cicho? – syknął Catchflea – Kto nas może podsłuchać?
- Ro Karn – odparła Di An.
- Przyniosłaś może jakąś broń? – spytał Riverwind – Jakiś miecz doprawdy podniósł by mnie na duchu.
- Za mną, i cicho – odparła Di An.
   Pochyliła się niziutko i pobiegła ledwo dotykając podłogi gołymi stopami. Riverwind i Catchflea podążyli jej śladem, lecz kroczyli dużo ostrożniej. Nie widzieli nic na odległość większą niż może dziesięć stóp a, jak dobrze już wiedzieli, gonitwa za Di An nie należy do najbezpieczniejszych rozrywek na tym świecie.
   Dogonili ją dopiero gdy przyklęknęła obok miedzianej skrzynki.
- To przysłano dla was – powiedziała.
   Mężczyźni przykucnęli obok niej. Podniosła pokrywę. W środku znajdowały się jaskrawo kolorowe owoce i warzywa: jabłka, gruszki, śliwki, rzodkiewki i marchew. Dwie cynowe butelki zawierały jeszcze wodę a na dnie skrzynki leżały dwa, krótki i grube miecze Hestów. Riverwind natychmiast wsunął jeden za pas. Catchflea odrzucił jednak możliwość uzbrojenia.
- Nie jestem wojownikiem – powiedział.
   Riverwind nie naciskał. Obaj natomiast zgodnym chórem zabrali się za jedzenie.
- Już nie pamiętam kiedy jedliśmy po raz ostatni – stwierdził mieszkaniec równin.
- Dawno to było, tak – wymamrotał Catchflea z ustami zapełnionymi gruszką – Nawet taki mizerny posiłek jest mile widziany.
   Żywność była rzeczywiście kiepska. Pomimo pięknych, jaskrawych barw, jabłka i gruszki były pozbawione słodyczy a warzywa były gorzkie i smakowały metalem. Szalone przeżuwanie i przełykanie nagle ustało. Catchflea zbladł.
- Chyba się pochoruję, tak.
- Ja też – mruknął Riverwind – Czy to żarcie jest zatrute?
   Catchflea złapał się za brzuch.
- Na pewno jest… przynajmniej nie będziemy już dłużej cierpieć!
   Di An się na nich dziwnie gapiła.
- Co nie tak? Jedzenie wojowników. Bardzo dobry.
- Jest skażone – stęknął Riverwind.
   Elfia dziewczyna potrząsnęła zdumieniu głową i sama sięgnęła po jabłko. Zatopiła w nim zęby i zaczęła gryźć z widocznym na twarzy zadowoleniem.
- Iść – powiedziała – Oni czekają.
   Po tych słowach szybko odeszła wciąż jeszcze gryząc jabłko.
- Oni? – powtórzył Riverwind.
   Catchflea, który właśnie spłukiwał wodą smak gorzkich rzodkiewek z ust, wyglądał na zaniepokojonego.
- Gdyby wróg chciał nas wciągnąć w pułapkę i zabić to chyba nie dawałby nam mieczy do rąk, prawda? – zastanawiał się Riverwind.
- Nie – powiedział stary – Pewnie by nas otruł.
   Riverwind mocniej ścisnął miecz w dłoni i ruszył za Di An. Catchflea jeszcze marudził przy skrzyni i trzymał się za brzuch. Riverwind przeszedł może ze dwadzieścia jardów i napotkał dziewczynę czekajacą już przy gigantycznym stalaktycie o średnicy pewnie z tuzina stóp. W miejscu, w którym potężna iglica przechodziła przez stalową podłogę odgięto kilkanaście żelaznych gwoździ tworząc wystarczającą szczeliną by Riverwind i Catchflea mogli się przez nią przecisnąć. Di An już machała ręką by się zbliżył.
- Dokąd idziemy? – pytał z uporem.
- Po prostu iść!
   Di An przepchnęła się do przodu i wślizgnęła w szczelinę. Riverwind dobiegł i spojrzał w dół. Di An spływała powoli w powietrzu. Ramiona miała ściśle do ciśnięte do boków. Znowu to zaklęcie wolnego spadania. W dymie za plecami zaczął się jakiś zamęt. Odwrócił się i dojrzał szamoczące się dwie sylwetki.
- Wielkoludzie, pomóż! – krzyczał Catchflea.
   Riverwind runął wstecz. Gdy dobiegł do starca ten właśnie przegrywał walkę z Karnem uzbrojonym w drugi miecz dostarczony przez Di An. Riverwind wrzasnął wyzwanie. Elf dziabnął Catchflea w brzuch i podniósł miecz.
- Wiedziałem, że coś knujecie – tryumfalnie krzyknął Karn – Poddaj się, gigancie!
- Będziesz musiał walczyć, byczku – odparł Riverwind.
   Karn wywinął mieczem nad głową i ostro ciął w Riverwinda. Mieszkaniec równin z łatwością odbił atak i skontrował szybkimi cięciami na twarz i szyję Karna. Z doświadczenia wiedział, że szermierz przyzwyczajony do noszenia pancerza zacznie się cofać gdy tylko takie czułe miejsca zostaną zagrożone. Karn zaczął się cofać.
- Ruszaj się, stary! – krzyknął Riverwind.
   Za jego plecami Catchflea zaczął się z trudem czołgać.
- Tamtędy – wskazał głową Riverwind.
   Catchflea, wciąż trzymając się za brzuch, wstał i poczłapał w stronę stalaktytu.
- Nie możecie uciec! – wrzasnął Karn.
   Riverwind odsuwał się w bok wciąż trzymając miecz zwrócony w stronę Karna. Ujrzał jak stary wróżbita opiera się o kamienną i glicę i ciężko dyszy.
- Na co czekasz/ - krzyknął – Skacz!
- tam na dół? – sapnął catchflea – Oszalałeś?
- Zaklęcie wolnego spadania, pamiętasz?
   Zrozumienie rozjaśniło spojrzenie starego mężczyzny.
- Więc? Catchflea, bądź mężny! – doradził sam sobie – Oto idę, tak!
   Catchflea wsunął się w szczelinę między stalaktytem a żelazną podłogą. Z całych sił zamknął oczy, puścił iglicę i opadł o parę stóp nim niewidzialna sieć pochwyciła go w swe moce i spowolniła upadek. Zaklęcie odczuwało się tu inaczej niż w długiej sztolni, która doprowadziła ich do Hest – przedziwne wrażenie łaskotania pełzało mu po całej skórze jakby od włókien sieci ogromnej pajęczyny. Różnica była jeszcze w sposobie opadania – Catchflea odczuwał, że lecie szybciej, potem zwalnia a potem znowu przyśpiesza. Zanosił głośno modły do Majere by wzmocnił dłoń tego, kto rzuca czar, niezależnie od tego kim jest.
   Riverwind widział jak przyjaciel znika. W następnej chwili Karn już go dopadał tnąc wściekle mieczem to z lewej, to z prawej. Riverwind cofał się przed wściekłym atakiem elfa aż wreszcie poczuł za plecami kamienną iglicę. Nie mógł opuścić gardy na chwilę wystarczająco długą, by zdążył wskoczyć w otwór w podłodze. Gdyby tylko mógł na moment rozproszyć uwagę Karna…
   Riverwind obrócił mieczem w dłoni i cisnął nim w Karna. Odwrócił się do skoku. Coś twardego palnęło go w tył czaszki. Potknął się, padł na stalaktyt iopadł na podłogę, wciąż jednak w Wysokich Iglicach.
   Potrząsnął głową, lecz gdy zaczął się podnosić natychmiast poczuł na karku stalowe ostrze.
- Daj mi tylko powód – warknął Karn.
   Zobaczył nagle, w odległości może dziesięciu cali od dłoni, miecz Karna Leżący na podłodze. Wojownik cisnął w nim własnym mieczem a miecz Riverwinda chwycił i teraz był weń uzbrojony.
- Cofnij rękę lub zginiesz – warknął Karn – Chcę by to Jej Wysokość określiła twój los.
   Ciemne oczy elfa jaśniały. Riverwind wycofał rękę.
* * * * *
   Panorama ogromnej kawerny rozpościerała się wokół stóp Catchflea. Dzikie wirowanie w połączeniu z wciąż obecnym posmakiem jadła Hestów zrewolucjonizowało jego żołądek. Zwrócił wszystko co zjadł, lecz dzięki temu poczuł się lepiej.
   Nie miał możliwości stwierdzenia dokąd tak leci. Wyglądało na to, że leci zarówno w dół jak i w bok. Wysokie Iglice gdzieś ponad nim wyglądały na bardzo odległe. Dym zgęstniał i odciął nawet te widoki, nawet gruntu już nie widział. Był całkiem zagubiony w dymie.
   Nagle stopami opadł na grunt. Z wrażenia aż kolana się pod nim ugięły. Otoczył go tłumek małych postaci.
- Tak się cieszę, że już na dole! – oznajmił – Dziękuję…
   Nim zdążył dokończyć na głowę spadła mu ciężka draperia z plecionki miedzianej. Został podniesiony na ramiona tuzina cichych Hestów. Głośno protestował, lecz tkanina głuszyła krzyki. Próbował nawet kopać, lecz trzymało go zbyt wiele rąk a tkanina więziła nawet nogi. Catchflea został uniesiony i porwany zanim zdołał się zorientować, że Riverwind nie towarzyszy my w ucieczce z Wysokich Iglic.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#7 2018-10-08 18:33:10

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 687

Re: Riverwind z równin

Rozdział 7

Krwawe łzy

   Karn poganiał Riverwinda czubkiem miecza na powrót do mostu Wysokich Iglic.
- Co zamierzasz ze mną zrobić? – dopytywał Riverwind.
- Muszę oznajmić Jej Wysokości co tu się stało. Stary olbrzym daleko nie ucieknie.
- Catchflea jest sprytniejszy niż na to wygląda – mruknął Riverwind.
   Miał nadzieję, że stary wróżbita jest bezpieczny, gdziekolwiek zresztą zabrała go Di An.
- Moja pani wyciągnie go niezależnie gdzie zwiał – wyniośle odparł Karn.
   Z kłębów dymu wyłonił się w końcu wapienny most. Riverwind nie miał pojęcia w jaki sposób zarówno Di An jak i Karn znajdują drogę w takiej mętnej atmosferze. Może jednak elfy mają lepszy wzrok niż ludzie.
- Ho-la! – zawołał Karn do strażników po drugiej stronie – To ja, Karn!
   Po kilku sekundach widocznego wahania odezwał się nieśmiały głos.
- Nie wolno nam z tobą mówić, dowódco!
   Wzrok Karna usiłował przebić obłoki dymu.
- Nalx, to ty? Posłuchaj; idź do Jej Wysokości i powiedz, że giganci próbowali ucieczki. Jeden uciekł, lecz złapałem młodszego. Powiedz jej, Nalx. Obu nas nagrodzi.
- Ciężko uwierzyć, dowódco!- odparł strażnik – Dokąd mógłby gigant uciec?
- A skąd mam to wiedzieć? Tu wchodzi w grę magia, głupcze, a jeśli nie przekażesz wieści Jej Wysokości to pomyśl jak może być jej reakcja?
   Ponownie nastąpiła dłuższa przerwa. Na koniec jednak Nalx się odezwał.
- Ja to zrobię, Ro Karn. Co za wyczyn, złapać giganta dwa razy…
- Tak, tak. Leć szybko, Nalx!
   Po kilkunastu minutach Karn zesztywniał.
- Cała kompania wojska! – zawołał do Riverwinda.
   Mieszkaniec równin popatrzył w mrok, lecz dostrzegł tylko dym i śmierdzące opary. Uwierzył jednak, że elf widział lepiej. Nalx głośno zawołał.
- Masz tu przejść razem z więźniem, Ro Karn!
- Idziemy!
   Riverwind przebył most dokładnie tak, jak za pierwszym razem. Karn natomiast, stawiając wąskie stopy dokładnie pośrodku kamiennej ścieżki, przeszedł za nim swobodnie. Spora liczba pik się nachyliła do przodu, w kierunku Riverwinda, gdy tylko przedostał się przez most na platformę. Karn miał rację mówiąc o liczbie żołnierzy.  Prowadzący oficer uniósł ramię w salucie.
- Ro Karn. Jej Wysokość nakazuje ci udać się do niej natychmiast.
   Z zawadiackim uśmiechem trzasnął mieczem przyniesionym do Wysokich Iglic przez Di An i schował go w pochwie. Kolejny elf wystąpił do przodu i podał Karnowi jego hełm.
- Przechowałem dla ciebie, sir – powiedział.
   Wojownik włożył hełm na głowę i westchnął z satysfakcją.
- Dzięki, Sard – popatrzył na Riverwinda – Widzisz gigancie, jak szybko fortuna się zmienia.
   Mieszkaniec równin spojrzał pogardliwie i powiedział.
- Tak, i może znów się zmienić, i niekoniecznie musi ci się to spodobać.
   Karn się tylko roześmiał. Rozkazał żołnierzom uformować szyk i zajął miejsce na jego czele. Pomaszerowali krokiem marszowym w spiralnym tunelu na powrót do Sali tronowej Le El.
   Eskorta zatrzymała się przed złotymi zasłonami. Kopulasta komnata była wypełniona wręcz po brzegi ostrym zapachem kadzidła a ongiś jaskrawe światła przyciemniono na podobieństwo zmierzającego słońca.  Karn i Riverwind weszli przez klapę w zasłonie.
   Komnata we wnętrzu złotego kręgu znacząco się zmieniła. Nie było już otomany zastąpionej przez ozdobny dywan utkany ze srebrnych i złotych nici. Li El siedziała na podłodze w samym centrum srebrnych i złotych kręgów. Złoty kaptur był odrzucony ujawniając kaskadę gęstych, brązowych włosów. Była chyba pierwszą mieszkanką Hest u której Riverwind ujrzał tak wspaniałe, brązowe włosy.
   Przed królową leżała niewielka, płytka misa ogrzewana płomieniem z brązowego promiennika. Głowa kobiety była mocna nad tą misą nachylona. Oczy wpatrzone były w wypełniającą ją wodę. Na oczach Riverwinda królowa Hest wpuściła do wody jedną szczyptę niebieskiego proszku. Rozległ się lekki syk a kłęby oparu spowiły boki miski. Blado błękitny opar rozsiewał wokoło woń dziwnych przypraw. Karn odchrząknął głośno.
- Królowo , przynoszę ci wieści o…
- Wiem – spokojnie przerwała Li El nawet nie podnosząc wzroku – Wiem wszystko.
   Karn przerwał, był wyraźnie zaskoczony, lecz po chwili znów zaczął.
- Starszy olbrzym uciekł nim mogłem go zatrzymać. Ktoś pomógł mu drabiną lub jakimś łańcuchem.
- Dziewczyna mu pomogła – obojętnym tonem odparła Li El.
   Dłoń królowej zniknęła w fałdach szaty i po chwili powróciła niosąc kawał chropowatego, czerwonego kryształu. Ostrożnie wstawiła go do miski.
- To ta sama dziewczyna kopaczy, którą schwytałeś w tunelu – powiedziała.
- Ale.. ale jak to, Wasza Wysokość? Zabrano ją przecież na przesłuchanie…
- Przesłuchiwał mój brat.
   Karna spojrzał bezradnie na Riverwinda.
- Nie dostrzegasz tego, głupi Karnie – żołnierz się wzdrygnął, lecz Li El kontybuowała bezlitośnie – To mój brat rzucał zaklęcia otwierające przejścia na powierzchnię i pomagał kopaczom, którzy uciekali z Vartoom!
   Do twarzy Karna napłynęła fala krwi, był wściekły.
- Zdrajca! Wiedziałem!
- Nie wiedziałeś – odparła ledwie słyszalnym głosem – Nawet ja nie wiedziałam.
- Wasza Wysokość – powiedział szybko Karn – dajcie mi miecz a Vvelz umrze jeszcze dzisiaj!
- Vvelz odszedł poza zasięg twojego miecza.
   Li El delikatnie zdmuchnęła opar okrywający powierzchnię wody w misce. Z jej głębin dobył się czerwonawy blask. Królowa czarodziejka pozostawała cicho przez dłuższą chwilę. Karn zaczął się wiercić w końcu i pochrząkiwać.
- Mów – powiedziała Li El.
- Co mam zrobić z olbrzymem? – spytał.
   Li El podniosła twarz w ich kierunku. Wzdrygnęli się obaj, i wojownik Hest i mieszkaniec równin z Que-Shu. Mroczne oczy królowej stały się krwiście czerwone, łzy koloru krwi już błyszczały w ich kącikach. Cienkie strużki czerwieni spływały po gładkich policzkach.
- Od dawna już staram się dobrze rządzić Hest, sprawiać by był bogaty i potężny. Ostatniego z dekadenckich władców Hest obaliła i sama obwołałam się królową byle tylko ocalić kopaczy od ciężkiej ręki tyrana. I jakąż to uzyskuję wdzięczność poza porzuceniem, zdradą i sabotażem?
   Strugi krwawych łez się nasiliły. Riverwind poczuł jak zimno ściska mu serce stalową obręczą. Głos Li El był zimny i spokojny, lecz on już był pewny, że królowa nie płacze ze smutku a z powodu głębokiej i zapiekłej wściekłości.
   Wstała i podeszła do znieruchomiałych mężczyzn, elf i człowieka. Łzy kapały jej złotą szatę.
- I co powiesz, gigancie zwany Riverwindem?  Czy mam okazać łaskę tym, którzy ściągają ruinę na królestwo? Okazać łaskę własnemu ciału i krwi, które okazało się zdradzieckie?
   Odwróciła się w stronę Karna, lecz dalej zwracała się do Riverwinda.
- A może mają krwawić aż wreszcie ich grzechy zostaną zmyte, aż ich zdrada zniknie. Co powiesz, olbrzymie?
   Riverwind nie umiał nic odpowiedzieć. Jakaś zimna obręcz zacisnęła mu krtań. Wściekłość Li El wypełniała całe pomieszczenie niczym zapach groźnych perfum, zakotwiczyła go do podłogi i odarła z sił. Karn wyglądał na podobnie zesztywniałego. Spoglądając nad ramieniem królowej Riverwind widział, że płyn w misce nad którą sprawowała czr zaczął wrzeć. Co chwila wytryskiwały wielkie bąble wrzątku i spryskiwały posadzkę kolejnymi, krwawymi kroplami.
- Jak mogą mieć czelność by przeciwko mnie spiskować! – głos Li El wyraźnie przybrał na sile – Przeciw mnie, która sprawia, że owoce dojrzewają a światło w jaskini świeci. Mój lud nigdy nie musiał poznać głodu i mroku a jedyne czego wymagam w zamian to posłuszeństwo i ciężka praca. Lecz choć to niewiele to i tego nie potrafią dać. A więc będę ich nękać, wykorzenię cały ten kult Błękitnego Nieba, wyrwę korzenie i obetnę gałęzie.
   Popatrzyła znowu na Karna. Wojownik lekko się trząsł, lecz twarz miał stanowczą.
- Na taką robotę jesteś zbyt tępy – powiedziała Li El w stronę Karna – Lojalny i odważny, lecz stanowczo zbyt tępy by wyłapać to stado szakali na usługach mego brata.
   Odwróciła się w stronę Riverwinda. Złowroga aura wręcz wypływająca z królowej przeszyła mu serce i duszę. Czuł jak drenie zaczyna przebiegać mu po ramieniu i całym wysiłkiem woli zacisnął dłoń w pięść. Trening wojownika Que-Shu pomógł mu zachować stoicki spokój twarzy gdy tak patrzył w dół na poplamioną krwawymi strugami twarz królowej.
- Ach, olbrzymie. Ty jesteś prawdziwym wojownikiem. Dobra broń do ręki, dobra motywacja i wymieciesz moich wrogów w pojedynkę.
   Wyraz twarzy Karna, dotąd całkiem spokojny, przybrał nagle maskę szoku. Ustami poruszał, lecz nie wydobywał z nich najmniejszego dźwięku. Niepomny szoku żołnierza Riverwind toczył własną, wewnętrzną bitwę. Zdołał tylko wyszeptać jedno słowo.
- Nie.
   Li El lekko się uśmiechnęła.
- Nie? Skąd taki pośpiech, mój olbrzymie? Jeszcze nie powiedziałam ci jakie byłyby warunki. Możesz to nawet rozważyć powtórnie..
   Oczy jasno mówiły czego język nie wyrażał.
- Nadal uważasz, że nie? Widzę, że będę musiała ci to wyperswadować.
   Riverwind pragnął uciec, lub walczyć, zrobić cokolwiek byle tylko przerwać odrętwienie w jakim go trzymała. Karn nie mógłby go teraz powstrzymać, lecz mieszkaniec równin nie mógł nawet nogami poruszyć. Powoli zaszurał stopami po posadzce i wykonał niemal konwulsyjnie potężny wysiłek jednego kroku. Li El nawet się nie śpieszyła. Szła za nim z protekcjonalnym uśmieszkiem jak straszna, potworna zjawa ścigająca winnego zbrodni.
   Riverwind potknął się i zatoczył do przodu. Upadł i teraz usiłował się podnieść. Li El stanęła nad nim.
- Po cóż się tak męczysz, przyjacielu? Zakończenie i tak będzie takie samo – stwierdziła uspokajająco.
   Li El przyłożyła palce do policzków barwiąc jej od razu czerwonymi łzami. ASchyliła się powoli i sięgnęła do twarzy Riverwinda. Gdy tylko poplamione krwią palce dotknęły lekko jego policzków wrzasnął z całych sił.
- Goldmoon!
    Twarz Karna była obrazem wewnętrznej tortury. Ramiona i nogi aż trzęsły się z wysiłku by wykonać choć jeden ruch. Gdy tylko dłoń jego królowej dotknęła barbarzyńskiego olbrzyma natychmiast oboje zniknęli w bezdźwięcznym błysku białego światła. Magiczny letarg jaki go do tej chwili paraliżował skończył się nagle. Karn dopadł jednym skokiem miejsca w którym przed chwilą jeszcze była królowa.
- Nie! – wrzasnął dobywając jednocześnie miecza – Ja miałem być wybranym. Ja, Karn! Nie możesz brać tego cudzoziemca miast mnie!
   Karn wściekle ciął powietrze wokoło, nikogo na szczęście nie raniąc.
- Ja! To ja! Moja krew i moja próba, ja nim jestem!
   Odwrócił się w stronę królewskiej miski. Ciecz wewnątrz niej była teraz czysta i gładka jak szkło. Z furią dopadł miski i ją kopnął. Ledwie żelazny paluch żołnierskiego sandała dotknął spiżowego rantu naczynia gdy ten natychmiast rozwiał się w oparze białej mgiełki. Karn zaklął, wrzasnął  i zaczął tupać z bezsilnej wściekłości.
* * * * *
   Milczący Hestowie długo już unosili Catchflea. Nie umiał określić jak to daleko, lecz upłynął kawał czasu nim postawili go znów na nogi. Przebiegli kawał dystansu poziomo, potem do góry po stromym zboczu. Dla starego człowieka było zdumiewające, że jest niesiony podczas gdy mógłby normalnie iść. Strach, jaki go opanował gdy elfy porwały go po raz pierwszy gdzieś się ulotnił. Catchflea był wystarczająco bystry by zdać sobie sprawę, że najlepszą dla niego szansą na pozostanie w zdrowiu i jednym kawałku jest nie stwarzanie nawet pozorów oporu. Przecież po podjęciu takiego ryzyka jak wyrwanie go z Wysokich Iglic raczej nie zamierzają wyrządzić mu krzywdy – prawda? Di An nie prowadziła by go prosto w pułapkę – prawda?
   Elfy opuściły go na grunt  i uwolniły z ciężkiej siatki. Gdziekolwiek go donieśli było tu chłodno i mroczno. Catchflea przetarł oczy i usiadł. Był wewnątrz czegoś w rodzaju budynku. Wspaniale rzeźbione kolumny spiralą wznosiły się gdzieś w ciemność. Niektóre były popękane, inne wręcz upadły. Podłogę stanowiły starte prostokąty białego kamienia grubo pokryte kurzem. Jakieś poruszenie za plecami ostrzegło Catchflea, że nie jest tu sam. Oczy już mu troszkę przywykły do braku światła więc dostrzegł, że komnata jest wypełniona Hestami wpatrujących się w jego osobę.
   Catchflea wstał. Powstały szmer szeptów przypominał brzęczenie letniego roju much. Usłyszał drobne kroczki za plecami. Pojawiła się Di An. To go ucieszyło: oto, przynajmniej, jakaś znajoma twarz.
- Co się dzieje? – spytał – Co to za miejsce?
- Nie za duży jak na giganta – rozległ się niski, pusty głos.
- Kto to? – Catcxhflea usiłował szybko dostrzec mówiącego w tłumie.
- Drugi jest o wiele większy – powiedziała Di An.
   Catchflea odwrócił się szybko w jej stronę.
- Riverwind! Co z nim?
- Nie skoczył – odparła spokojnie.
   Uniosła nerwowo stopę i spojrzała w cień za siebie.
- A więc to Li El go ma – odezwał się basowy głos.
   Catchflea ruszył w stronę Di An.
- Musicie mu pomóc! Karn pragnie jego głowy! – zawołał i wyciągnął dłoń w stronę elfickiej dziewczyny – Nie możemy po niego wrócić?
- Ro Karn to najmniejsze z niebezpieczeństw, jaki musi się obawiać twój przyjaciel – zagrzmiał głos – Nie, nie możemy go ratować.
- Kim ty jesteś!
   Di An wzięła Catchflea za rękę i poprowadziła wprost w cień. Setki małych stóp zaszurały w ciemności idąc za nimi. Stary mieszkaniec równin nerwowo oglądał się przez ramię na prawie niewidoczny tłum wciąż drepczący tuż z nim.
  Przed nim otworzyła się przestrzeń zawarta pomiędzy dwoma szeregami kolumn. Umieszczono na nich ponad dwadzieścia błękitnych kul. Ich dziwne światło rzucało niesamowite cienie na coś, do czego prowadziła go Di An.
   Była to spora grupa kamiennych bloków stojących swobodnie między ścianami i kolumnami. Powierzchnia kamienia do której zbliżał się Catchflea była pokryta płaskorzeźbą wyobrażającą twarz elfa. Oczy były prawie przymknięte a usta stanowił spory otwór, czarny teraz i pusty. Cała rzeźba twarzy była omal tak wielka jak Catchflea. W dziwacznym oświetleniu nie potrafił stary mężczyzna określić, czy wyraz kamiennej twarzy był wesoły, czy może wyrażał oburzenie lub nawet udrękę.
- Jak na olbrzyma nie jesteś za wielki – zagrzmiał kamienny głos.
- Twój lud przypiął mi taką łatkę. Pośród swoich jestem raczej niewielki, tak – odparł Catchflea.
   Nie był jakoś strasznie wstrząśnięty wizją tego idola. Czymkolwiek zresztą miałby on być. Zdawał sobie w pełni sprawę, że za tym wizerunkiem ukrywa się całkiem śmiertelny Hest.
- A więc człowiek też może mieć wartość – powiedział inny głos, wyższy i znacznie bardziej kulturalny.
   Stary wróżbita natychmiast rozpoznał drugi głos jako należący do Vvelza. Catchflea zdecydował się na śmiałość.
- Cieszy mnie, że tak sądzisz, bracie Li El – powiedział.
   Dotychczasowa szept za jego plecami natychmiast umilkł. Kamienne usta pozostały ciche. Niedaleko jednej z kolumn wybuchł nagły płomień. Oświetlił postać Vvelza zbliżającego się do Catchflea i Di An. Na jego prawej dłoni tańczył nieduży płomień. Nie miał żadnej pochodni ani kaganka: ogień strzelał wprost z jego ręki.
- Mors ma rację – powiedział Vvelz – Nie możesz pomóc Riverwindowi. Lepiej zostań z nami i przyłącz się do naszej sprawy.
- A czymże jest wasza sprawa?
- Jesteśmy Ludem Błękitnego Nieba – powiedział głęboki głos zwany przez Vvelza Morsem – Naszym świętym celem jest opuszczenie tych ciemnych jaskiń i życie na powrót pod niebem i słońcem, żyć jako wolny lud a nie przedmiot tyranii. Zrzucimy łańcuchy niewoli i ruszymy do światła i nikt już nas nie przymusi do powrotu pod ziemię.
- Godne podziwu, tak? – sucho stwierdził Catchflea – Ale kim jesteście?
- Tak, pokażcie się – powiedział Vvelz.
   Wzniósł płonącą dłoń i klapnął w nią drugą dłonią. Niewielkie pasam płomieni wyleciały z pomiędzy palców i poleciały po całym pomieszczeniu. Od ich ognia zapłonęły pochodnie. Udawały drzewa lecz zostały wykonane z żelaza. Na końcach metalowych gałęzi rozbłysły małe, błękitne płomienie. Coraz ich więcej, i więcej się zapalało a wraz z tym narastał w powietrzu dźwięk syku.   Pomieszczenie było rozległe a pod jego ścianami tłoczył się tłum kopaczy. Daleko na lewo od Catchflea znajdowało się łukowate wyjście i sporo połamanych schodów wiodących w dół z komnaty.
   Catchflea posłyszał stukanie, zupełnie jakby metal pukał o kamień. Zza kamiennej twarzy wynurzyła złota laska. Stukała wokoło, wszędzie, po ścianach, po kamiennej twarzy i po podłodze. Vvelz kiwnął potakująco głową w stronę Catchflea. Stary mężczyzna wystąpił do przodu.
   Będąc blisko skonstatował, że przywódca Błękitnego Nieba jest typowo niski, lecz jednocześnie szeroki w barkach i dobrze umięśniony. Najbardziej zdumiewający był wygląd tego, co stało się z jego oczami. Oba były zapieczętowane za białymi, skórzanymi łatkami. Teraz Cstchflea zrozumiał znaczenie stukoczącego dźwięku – to była laska badawcza: przywódca Błękitnego Nieba był ślepy.
- Gapisz się na moje oczy – stwierdził szorstko elf – To taki dar od Jej Wysokości. Kiedy zostałem wypędzony z Vartoom ona własnoręcznie odebrała mi oczy jako ostrzeżenie dla każdego, ewentualnego heretyka.
- Kim jesteś? – cicho spytał catchflea.
- Nazywam się Mors, ongiś Ro Mors, dowódca w Host. A ty jesteś tym, którego An Di nazywa Catchflea?
- An Di? – spytał lekko skonsternowany Catchflea.
- Zapominam – mruknął Mors – jako barbarzyńca nie znasz wszystkich niuansów naszego języka.
   Wyciągnął ramię a Di An natychmiast doń pośpieszyła. Szybko wtuliła się w niewidomego.
- Di An, An Di: to oznaka uczuć gdy tak kogoś nazywasz.
   Catchflea uśmiechnął się do dziewczyny.
- Dzięki, że pomogłaś nam w ucieczce – powiedział.
- Riverwind nie uciekł – popatrzyła smutno pod stopy.
   Starą, pomarszczoną i niezbyt czystą ręką Catchflea dotknął jej policzka.
- On nie poddaje się tak łatwo. Jeszcze go zobaczymy.
   Starzec z równin spostrzegł, że coraz to więcej i więcej Hestów pojawiało się i wypełniało przestrzeń pustej posadzki. Był poruszony: musiało tu być przynajmniej ze sześć albo i siedem setek elfów, wszystkie ukrywały się w ruinach. Spytał Vvelza, kim oni są.
- Wszyscy są kopaczami i uciekinierami – wyjaśnił czarodziej – Porzucili swe kilofy i oskardy i dołączyli do Ludu Błękitnego Nieba. Przyszli do nas bowiem są zmęczeni i głodni. I mają już dość tyranii, nie mogą znieść więcej jarzma narzuconego przez Li El. Któregoś dnia Mors wyprowadzi ich z jaskiń prosto w światło.
- Tak wielu! – zachwycał się Catchflea – Dlaczego po prostu nie odejdą? Z całą pewnością takiego tłumu Li El nie jest w stanie zatrzymać.
   Di An podprowadziła Morsa do miejsca gdzie rozmawiali stary człowiek i czarodziej.
- Jest w stanie – niskim głosem stwierdził Mors – Ucieczka od niej nie jest rozwiązaniem. Musimy zanieść walkę do samego Vartoom, pojmać tyrana i wyprowadzić wszystkich Hest do światła w jednym kroku!
   Paru kopaczy zaczęło wznosić radosne okrzyki słysząc te słowa. Mors warknął ostro w ich kierunku.
- Bądźcie cicho, głupcy!
- Li El nie może ich tu usłyszeć – stwierdził Vvelz z chytrym uśmiechem.
- Dlaczego nie? – pytał Catchflea.
- Dawno temu była to świątynia jednego z bogów, teraz już zapomnianego – odparł Vvelz – W dawnych wiekach przychodził tu lud Vartoom i czcił go. Kapłani wdychali opary świętych przypraw i wydawali przepowiednie przed obrazem twarzy boga. Teraz żaden z nich nawet nie odważy się zbliżyć do tego miejsca.
- Nikt już go nie czci?
- Nawet imię boga zostało zapomniane.
- Jeżeli bogowie w ogóle istnieją, to właśnie oni zapomnieli o Hest – dodał gorzko Mors – Nie potrzebujemy ich. Przeznaczenie ujmiemy we własne ręce.
- Świątynia znanjest jako nawiedzone miejsce – kontynuował Vvelz – W czasie panowania trzeciego syna Hesta, Derv Szalonego, kapłanów zmasakrowano a święte palenisko z rozkazu króla zostało wygaszone. Mówi się, że umierający kapłani przeklęli linię Hest oraz, że ich duchy przechadzają się po świątyni szukając zemsty.
   Catchflea szeroko otworzył oczy.
- Naprawdę?
   Vvelz rozejrzał się w prawo i lewo.
- Słyszałem różne rzeczy… widziałem dziwne błyski w głębszych sanktuariach.
   W końcu tylko wzruszył ramionami.
* * * * *
   Kiedy już elfy Ludu Błękitnego Nieba przywykli do obecności Catchflea to natychmiast rozeszli się do swych zwykłych zajęć zupełnie jakby tu żadnych obcych nie było. Rozdzielano żywność, naprawiano poszarpaną odzież z tkanin miedzianych a drużyny elfów rozprowadzały dobra skradzione na powierzchni. Dla Catchflea było zarówno zabawne i rozczulające tak obserwować jak Hestowie wciągają stare, znoszone skórzane buty i dotykają starych kapeluszy jakby zrobiono je z jedwabiu i satyny, jak jedzą za pomocą startych, drewnianych łyżek na drewnianych z drewnianych talerzy i mis jakby to była najwspanialsza porcelana.
   Prowadzony przez Di An jako przewodnika niewidomego Mors zbliżył się do podstawy złamanej kolumny i tam usiadł. Podano mu chleb i drewnianą czarkę z jednego kawałka dębiny. Catchflea otrzymał taki sam zestaw wiktuałów, lecz czarkę miał już typową dla Hest, cynową.
- Panie Mors – powiedział żując suchy i pozbawiony smaku chleb – co przekonało cię do wyprowadzenia tej grupy z jaskiń. Przecież, było nie było, to właśnie zejście do podziemi umożliwiło Hest przetrwanie.
   Mors zagrzmiał.
- To wyłącznie upór Hestantafalasa skazał nas na życie jak robactwo w mroku. Gdyby okazał suwerenowi posłuszeństwo i utrzymał pokój to żadne z tych cierpień nigdy by się nie zdarzyły.
- Nie byłeś kopaczem, tak? Skąd wzięła się u ciebie taka dla nich sympatia?
- Pozwól, że ja mu odpowiem – wtrącił się Vvelz.
   Mors wziął łyk wody i mruknął na zgodę.
- Muszę sporo cofnąć w czasie – powiedział Vvelz lekko odchrząknąwszy – Kiedy zmarał Wielki Hest oraz jego szef czarodziei, Vedvedsica, dzieci zajęły ich miejsca w naturalnym porządku rzeczy. Najstarszy syn Hesta został królem a dzieci Vevedsiki stanowiły radę magów. Nie minęło sporo czasu a między domem królewskim a czarodziejami rozpoczęła się ostra rywalizacja. Każda strona uzupełniał siły rekrutując utalentowane jednostki z prostego ludu. Ci, którzy służyli rodzinie królewskiej utworzyli Komnatę Broni, gildię wojowników, natomiast słudzy czarodziejów utworzyli Komnatę Światła. Obmyślono system sprawdzania bardzo małych dzieci i określania do której Komnaty się nadają. Ci, co nie nadawali się do żadnej z dwu Komnat musieli zacząć pracę jako kopaczy. O tym zresztą już wiecie. Uzyskano całkiem sprawną równowagę i przez całe stulecia lud Hest się rozwijał.
- Niestety, za czasów panowania drugiego syna Wielkiego Hesta, Jaena Budowniczego, sprawy zaczęły iś coraz gorzej. Zbiory znacznie spadły i kopacze zaczęli głodować. Wiele kopalni się zapadło grzebiąc dużą liczbę pracowników. Co jednak najdziwniejsze, z czasem rodziło coraz to mniej i mniej dzieci. Wiele spośród urodzonych okazywało się bezpłodnych i rzadko tylko dożywało dorosłości.
   Catchflea popatrzył na Di An. Dziewczyna siedziała obok Morsa a kolana podciągnęła aż pod brodę. Patrzyła przed siebie bez mrugnięcia okiem a jej wzrok nie wahnął się nawet gdy Vvelz mówił o jałowych dzieciach.
- Komnata Światła oskarżała chciwość wojowników o spowodowanie nieszczęść – kontynuował Vvelz – Zbyt wiele czasu spędzali na wydobywaniu żelaza i złota a za mało troski poświęcali uprawom, tak mówiono. Komnata Broni oskarżała czarodziejów. Uważali, że magowie dostarczają zbyt mało światła do jaskiń prze co zbiory są małe i liche.
- Kto miał rację? – spytał Catchflea.
- Obie strony – odezwał się nagle Mors.
   Ponieważ pozostał milczący i nic nie dodawał, Vvelz ciągnął dalej.
- Jaen zmarł w ataku apopleksji a wtedy jego młodszy brat, Drev, został kolejnym królem. Ten z kolei mówił głośno o magicznym spisku na życie zmarłego brata. Kiedy już był pewien lojalności wojowników ruszył do walki by zniszczyć Komnatę Światła. Świątynie pozamykano a kapłanów w większości zamordowano. Starsi z czarodziejów zostali uwięzieni i zabici, włącznie z córką Vedvedsiki, Ri Om. Ja byłem wtedy zaledwie uczniem a moja siostra wędrującą.
- Jesteś potomkiem Vedvedsiki?
- Był moim pra-wujem – dumnie oznajmił Vvelz – Konflikt wyglądał na zakończony a żołnierze tryumfowali. Nie zdawali sobie jednak sprawy z ambicji Li El. Jej moc, zwłaszcza jak na niezbyt wyszkoloną dziewczynę, była nadzwyczajna. Dokonała lewitacji mając dziesięć lat a mając czternaście potrafiła przemocą czytać w myślach…
   Mors chrząknął głośno i zastukał laską w podłogę. Vvelz zniżył głos do szeptu.
- Mors nie chce by kopacze poznali moc mojej siostry. Mówi, że to może podkopać ich morale.
- Moje też, tak – drżącym głosem odparł Catchflea.
- Li El szybko awansowała w przerzedzonych szeregach Komnaty Światła – powiedział Vvelz Zwykle zajmowało około stulecia nim wędrujący czarodziej sięgał pierwszego szeregu, jej zajęło to trzydzieści lat. Wiele lat później odkryłem jak tego dokonała. Li El w tajemnicy wyzywała na pojedynki magiczne czarodziejów wyższych rang, bronią była wyłącznie magia.
   Potrząsnął głową. Głos mu nagle stężał.
- Była dziewczyną niezwykle piękną. Większość pozostałych magów to byli mężczyźni; głupieli w jej obecności ze szczętem. Pokonała każdego z nich a ich dusze zamknęła w kryształowych kulach.
- Błękitne kule! – krzyknął Catchflea.
   Vvelz skinął potwierdzająco głową. Catchflea przypomniał sobie teraz wybuch śmiechu Karna gdy spytał go, czy te kule to lampy. Li El musiała uznać to za doskonały dowcip; oświetlić zapomniane zakątki królestwa schwytanymi duszami rywalizujących z nią magów!
- Nim moja siostra została Pierwszą w Komnacie Światła to pozostało w niej może z tuzin magów. Wszyscy byli już starzy i mało efektywni – dodał Vvelz.
- I niczego nie podejrzewałeś gdy tak się wspinała na szczyt? – spytał zdumiony wróżbita.
   Mors głośno się roześmiał.
- Wiedział, stary olbrzymie! Przez długie lata nasz Mistrz Vvelz uważał, że ambicje siostry wyniosą i jego. Później jednak zorientował się, że ona go nie oszczędzi jeśli tylko uzna go za zagrożenie dla swych planów. By tylko zachować całą szyję, zaczął działać jak leń i słabeusz. Li El nie uznała go za zagrożenie – bo też i w rzeczywistości nim nie jest – i pozostawiła w spokoju.
   Na twarzy Vvelza gniew zastąpił wyraz smutku. Catchflea szybko się wtrącił i zaczął opisywać swą pozycję wśród Que-Shu i jak się wybronił stosując podobną do Vvelza metodę. Vvelz wyraźnie się rozchmurzył usłyszawszy taką opowieść.
- Widzisz, Mors – powiedział – Mądrość oznacza to samo w Pustym Świecie iw Hest.
   Mors tylko parsknął pogardliwie. Stary człowiek wyczuł pewien chłód w stosunkach między Vvelzem i Morsem szybko wrócił do opowieści tego pierwszego.
- Tak więc Li El pokonała swych kolegów, magów. W jaki sposób dała sobie radę z Drevem i Host?
   Vvelz spojrzał na Morsa, ten jednak odwrócił twarz w stronę Di An. Wyraz twarzy nie wyrażał niczego. Vvelz wzruszył ramionami i kontynuował.
- Moja siostra w tym przypadku zaczęła polegać na starych metodach. Przekonała dowódcę gwardii pałacowej, że go kocha i przeciągnęła na swoją stronę. On z kolei wyszukał niezadowolonych żołnierzy i wciągnął w szeregi konspiracji. Nie było to trudne. Pokonawszy Komnatę Światła Drev uznał, że jego tron jest bezpieczny. Kiepsko płacił żołnierzom a wielu z nich wysłał do pracy w kopalni, razem z kopaczami. Miał nieuleczalną chorobę – żądzę złota.
- Nadszedł dzień gdy Li El i jej dowódca opanowali pałac. Rozlano bardzo niewiele krwi.  Jeden czy dwu zdezorientowanych gwardzistów stawiło opór spiskowcom i zostało zabitych. Drev uciekła na wyższe piętra ścigany przez Li El i setkę wojowników. Otoczyli go przy oknie audiencyjnym skąd władcy Hest ciskali monety i klejnoty kopaczom w dni świąteczne. Biedny, chory Drev wrzasnął na Li El i zawołał gwardię by ratowała jago życie. Błagał by zostać oszczędzonym – usta Vvelza zacisnęły się mocno – Sprawiło to wielką przyjemność Li El. Drev nie miał zamiaru nadziać się na miecze gwardzistów ani na czar Li El. Rzucił się przez okno i zginął na stopniach poniżej.
   W starej świątyni zapanowała cisza. Słychać było tylko poruszenia w tyle jaskini. Lud Błękitnego Nieba robił dalej swoje. Di An wstała by przynieść Morsowi jeszcze jedną czarkę wody. Gdy tylko odeszła ślepy elf powiedział.
- Powiedz olbrzymowi wszystko, Vvelz.
   Czarodziej wyglądał na zakłopotanego i dalej milczał.
- Powiedz mu! – warknął Mors – Błagam, nie szczędź mi mojej czary winy.
- Sądzę, że już wiem – miękko odezwał się Catchflea – Byłeś dowódcą, który pomagał Li El, tak? Kochałeś ją.
- Święta prawda – gorzko odparł Mors.
   Di An wróciła niosąc czarkę.
- Zdradziłem króla i własną pozycję dowódcy za jej miłość. Moim jedynym osiągnięciem było tylko pogorszenie bytu naszego ludu. A w końcu i ja również poznałem gorzki smak zdrady.
   Catchflea zmarszczył brwi w zamyśleniu.
- Teraz to Karn jest jej prawą ręką. O to chodzi?
   Vvelz potwierdził a Catchflea pytał dalej.
- Co w tym takiego strasznego?
   Mors aż zatrząsł się z wściekłości. Czarka w jego dłoni pękła.
- Ro Karn – powiedział – Jest moim synem. Li El to jego matka.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

#8 2018-10-10 20:05:10

 janjuz

Wielki Mistrz

Call me!
Skąd: Zduńska Wola
Zarejestrowany: 2012-10-02
Posty: 687

Re: Riverwind z równin

Rozdział 8

Złote pola

   Riverwind szedł z Goldmoon przez oświetlone słońcem pole. Jaskrawo białe obłoki przesuwały się po niebie po sam horyzont. Wszędzie dokoła rozlegały się dźwięki dzwonków brzęczących na wietrze.
- Jesteś szczęśliwy? – pytała Goldmoon z uśmiechem jasnym jak słońce dnia.
- Bardzo szczęśliwy – odparł Riverwind.
   Widział swą ukochaną, widział pola zielonych traw, widział błękitne niebo. Nie widział prawdy. Mała, ciemno włosa Li El patrzyła do góry na wysokiego mieszkańca równin.
- Twój powrót sprawił mi wiele szczęścia – powiedziała a w jego oczach nadal wyglądała jak Goldmoon – Już myślałam, że nigdy nie wrócisz.
   Riverwind przystanął i przetarł dłonią oczy.
- Ja… ja nie pamiętam jak się tu dostałem. Ani dlaczego wróciłem – nagle odwrócił się w stronę Goldmoon – Wiem tylko, że cię kocham.
- Były kłopoty – spokojnie stwierdziła Li El.
   Jej mała dłoń zniknęła w uścisku Riverwinda, lecz i tak uspokajająco ściskała mu rękę.
- Spiskowcy chcieli mnie obalić
   Riverwind spochmurniał.
- Loreman! – warknął.
- Tak, właśnie on.
   Li El korzystała z każdego skrawka informacji jaki mieszkaniec równin bezwiednie dostarczał.
- Chciał mnie zabić, ukochany.
   Riverwind przyciągnął czarodziejkę do siebie.
- Nikt cię nie skrzywdzi, nie, dopóki żyję.
   Li El się uśmiechnęła i przycisnęła policzek do szerokiej piersi. Dźwięk uderzeń serca głośno rozbrzmiewał w jej uchu. Poprosiła by to powtórzył.
- Nikt cię nie skrzywdzi póki żyję – powiedział żarliwie.
   Szli dalej. Wioska Que-Shu ukazała się zaraz za szczytem wzgórza. Był to tylko mglisty zarys bowiem Li El nie dopracowała jeszcze szczegółów iluzji. Potrzebowała więcej z zawartości pamięci Riverwinda by swe zaklęcie uczynić silnym i wiarygodnym.
- Czy nie powinniśmy wracać?  - spytała.
   Dłoń mężczyzny powędrowała do pustego boku.
- Straciłem swą szablę.
   Li El dotknęła tej ręki.
- Mam miecz dla ciebie – powiedziała – Dużo trzeba będzie dokonać
   Obraz się rozmył i Riverwind spostrzegł, że oto znajduje się w mrocznym budynku. Pomyślał, że to może być Dom Braci – a kiedy tylko obraz Domu ukazał się w jego umyśle to i iluzja Li El go uzupełniła. Nie zastanawiał się, w jaki sposób tak nagle się tam znalazł. Riverwind zachowywał się jak śpiący; wszystkie dziwne zajścia we śnie wydawały mu się oczywiste i logiczne.
   Goldmoon podała mu długi, ciężki miecz wyciągając go rękojeścią zwróconą do mężczyzny. Riverwind przyjął broń.
- To nie jest moja szabla – niejasno zdał sobie z tego sprawę.
- Nie, dzielny Riverwindzie, lecz jest to najwspanialszy miecz jaki mogłam zdobyć.
   Były to pierwsze słowa prawdy jakie dzisiaj wyrzekła Li El. Miecz należał ongiś do Wielkiego Hesta, dwadzieścia stuleci temu. W swoich czasach Hestantafalas uważany był przez elfich braci za olbrzyma, więc jego miecz był rozmiarów prawie wystarczających dla Riverwinda.
   W Domu płonęły światła. Riverwind stanął przeciwko trzem atakującym a każdy był dokładnie jak jego stary wróg, Hollow-sky. Podniosł miecz.
- To niemożliwe! – krzyknął – Jesteś martwy… wszyscy trzej jesteście!
- Są złem! – powiedziała ostro Li El – Musisz mnie bronić!
   Trzy obrazy wrogów ruszyły do ataku. Riverwind starł się ze środkowym, sparował cios a potem ciął w lewo i prawo by odgonić pozostałych. Środkowy Hollow-sky wykrzywił twarz w grymasie czystej nienawiści. Krótkim miecze zadał sztych prosto pierś mieszkańca równin. Riverwind odbił atak po czym chwycił rękojeść miecza Hest oburącz i wywinął ostrzem młyńca. Czybek klingi sięgnął jednego z Hollow-sky prosto w pierś. Skrzywiony napastnik głośno skrzeknął i porzucił miecz. Odtoczył się na bok, lecz i tak został przebity na wylot. Wróg z lewej zaatakował jako drugi. Ten wyglądał na niższego i szczuplejszego od tego Hollow-sky jakiego Riverwind pamiętał. Czasu na zastanowienie nie było, przeciwnik już zdołał skaleczyć Riverwinda w policzek. Popłynęła krew a pot zalał oczy wojownika. Ten Hollow-sky kurczył się dalej a uszy zaczynały nabierać szpiczastego kształtu. Riverwind był zdezorientowany. To nie był dawno martwy wróg z Que-Shu. Nadal jednak walczył; jakiś straszny przymus kazał mu szarżować na mniejszego przeciwnika i go przewrócić. Riverwind wzniósł miecz. Padły wojownik podniósł gołą rękę w błagalnym geście litości. Riverwind wycofał miecz.
- Zabij go! – krzyknęła Goldmoon – On mnie zabije jeśli tylko będzie miał szansę!
   Riverwind gapił się na nią lekko ogłupiały. Goldmoon miała zawsze silną wolę, lecz dobrze rozumiała wartość litości i przebaczenia, sama je stosowała i to szeroko. Jego ukochana nigdy by czegoś takiego nie powiedziała. Riverwind odstąpił krok wstecz. Przez mgnienie oka Goldmoon wydawała mu się dużo mniejsza niż przedtem. A po chwili znowu była piękną Goldmoon. Złota aura ją otoczyła, sięgnęla do niego i dotknęła. Wszelkie skrupuły odpłynęły. Goldmoon nigdy nie prosiłaby go o zrobienie czegoś takiego gdyby nie było to właściwe. Musi zabić by ją chronić.
   Gdy drugi z Hollow-sky był już martwy to trzeci wykazał raczej marne zainteresowanie kontynuowaniem walki. Jego ostrze zdążyło dwukrotnie odbić się od klingi Riverwinda nim go porzucił i zaczął uciekać. Ciężko oddychający Riverwind spytał Goldmoon czy ma go dogonić i zabić.
- Nie – odparła chłodno – Nie zdoła mi już zagrozić.
   Obejrzała spryskany krwią Dom.
- Dobrze się spisałeś. Wspaniały z ciebie czepion.
- Co?
- Nic takiego – powiedziała Li El – Idź odpocząć. Później znajdziemy resztę spiskowców i ich wymieciemy. Musisz być silny, mój dzielny Riverwindzie. Tylko wtedy będę bezpieczna.
   Podszedł do niej i chciał ująć jej dłoń. Palce miał powalane krwią więc unikała jego dotyku. Twarz Riverwinda wyrażała zakłopotanie gdy popatrzył na swą dłoń.
- Wybacz – powiedział.
   Nie miał zamiaru zabrudzić jej białej skóry.
- Nie martw się – odparła Li El, choć raczej z obrzydzeniem patrzyła na jego wciąż wyciągnięte ramię.
- Przyjdę do ciebie później. Teraz idź i odpocznij.
   Riverwind błąkał się chwilę jak otumaniony. Wciąż jeszcze w dłoni trzymał miecz Hest. Przeszedł przez kilka złotych zasłon i dostrzegł niską, kamienną kanapę. Takich zasłon ani kanap nie było w Domu Braci, lecz wciąż nie kwestionował logiki iluzji. Miecz wypadł mu z dłoni a on, całkowicie wyczerpany, dosłownie padł na kamienną otomanę.
   Li El obserwowala z ogromną satysfakcją scenę rozgrywającą się w komnacie z paleniskiem. Riverwind walczył i pokonał trójkę jej najlepszych gwardzistów. Zastosowane iluzję wymagać będą pewnych drobnych poprawek, lecz gdy nadejdzie czas rebelii Morsa Riverwind  będzie istną kosą.
- Dobrze walczył, nieprawdaż?
   Li El przestała bujać w obłokach i ujrzała Karna przemykającego między pomnikami dawnych herosów Hest.
- Czemu się tak ukrywasz? Wyjdź!
   Wyszedł.
- Ten olbrzym to tylko narzędzie do zmiażdżenia Morsa – gorzko stwierdził Karn – Nie byłem dość dobry.
   Spojrzała w stronę złotych zasłon.
- Tak – powiedziała miękko – Będzie doskonały.
   Karn podszedł do pierwszego z zabitych wojowników.
- Rjen – powiedział – Dobry miecznik. Musiałaś pozwolić by olbrzym zabił ich wszystkich?
- To nie jest gra, Karn.
   Przystanął przy drugim z zabitych elfów.
- Mesk. Kiedyś razem ćwiczyliśmy.
   Li El potarła tylko szczupłe dłonie.
- Przestań być takim dzieciakiem – powiedziała ostro – Musiała sprawdzić moc iluzji jaką rzuciłam na Riverwinda. I to zrobiłam.
   Ramiona karna opadły.
- I co dalej, Wasza Wysokość?
- gdy tylko barbarzyńca się obudzi zbierzesz dwie kohorty Host. Weźmiesz je i przetrząśniesz jaskinie w poszukiwaniu Morsa.
   Li El poprawiła fałdy szaty i narzuciła kaptur na ciemne włosy.
- Ach, i natychmiast odnajdziesz tego żołnierza, który przed chwilką uciekł. Jak on się nazywał?
- Prem. Ma na imię Prem.
- Tak. Znajdziesz go i zaaresztujesz. Nie chcę by służyli mi tchórze. Czy to jasne?
- Tak, Wasza Wysokość.
    Li El wyszła z komnaty. Karn uważnie obserwował jej odejście. Gniew na Riverwinda, który jakoby uzurpował sobie jego miejsce prze boku królowej wygasał. Pogrzebał go głęboko. Podobnie jak wcześniej pogrzebał niezliczone rany powstałe z powodu ambitnej, niepohamowanej królowej Hest. Li El po prostu używała tego obcokrajowca jako narzędzia do osiągnięcia własnych celów. Kiedy cel zostanie osiągnięty barbarzyńca stanie się bezużyteczny. Wtedy trzeba będzie się go pozbyć. To tylko narzędzie. Karn był wciąż dowódcą Host. Był wciąż synem Li El. Był jej wybranym czempionem.
* * * * *
   Vvelz otrzymał pozwolenie od Morsa na pokazanie Catchflea kolekcji przedmiotów, jakie Lud Błękitnego Nieba przyniósł na dół z powierzchni. Vvelz wierzył, że pomiędzy mnóstwem odpadów znajdą się też rzeczy użyteczne, rzeczy do użycia przeciw Li El. Miał nadzieję, że Catchflea zdoła oddzielić śmieci i zidentyfikować artefakty z Pustego Świata.
   Catchflea i Vvelz poszli w górę schodami pokrytymi dosłownie luźnym gruzem. Doszli do szczeliny w skale stanowiącej ścianę jaskini. Było to sztucznie wykonane otwarcie: wystające skały zostały odłupane tak, by nadal rzucać cień na cały otwór. Vvelz wślizgnął się do środka zachęcając i Catchflea do wejścia.
   Prostokątne pomieszczenie jaskini wycięto w litej skale. Błękitne kule rozmieszczono jako oświetlenie przy ścianach. Leżały w wykutych niszach. Catchflea delikatnie położył dłoń na jednej z kul. Błękitne światło w jej wnętrzu zafalowało. Starego człowieka opanowała fala smutku. Kiedyś to słabe światełko było żywym, oddychającym Hest. Zastanawiał się nawet czy to był mężczyzna, może kobieta, dobry, uprzejmy, może leniwy, a może brzydki. Czy żyje wciąż we wnętrzu tej kuli? Czy pragnie odzyskać wolność czy też już tylko marzy o uwolnieniu w śmierć?
- Chodźmy dalej – naciskał Vvelz.
   Catchflea zabrał dłoń. Na tyle pomieszczenia zrzucono na bezładny stos mnóstwo różności. Zobaczył Catchflea cały zestaw długich łuków, lecz posiadały tylko strzępki cięciw smętnie zwieszających na końcach.
- To mogłoby być bardzo przydatne – powiedział wskazując na łuki – Gdybyście mieli cięciwy… no i strzały, oczywiście.
- Co to są strzały? – spytał Vvelz.
   Catchflea aż zamrugał oczami. Powoli i z użyciem całego mnóstwa gestykulacji opisał Vvelzowi zasady łucznictwa. Czarodziej był zachwycony.
- W starych kronikach napisano, że wojownicy mogli zabijać wrogów z odległości dwustu kroków, lecz zawsze uważałem, że ciskają oszczepami, czy może rzucają sztyletami! Przyjrzał się uważnie łukowi ze starego cisu.
- Jak można by przygotować do nich cięciwy? – spytał.
- Cóż, nie jestem łucznikiem, lecz wiele razy widziałem jak mężczyźni splatali nić szpagatową a potem wzmacniali ją pszczelim woskiem.
- Szpagat? Wosk pszczeli?
   Catchflea zmarszczył brwi. Nie zapowiadało się na łatwą dyskusję.
- Szpagat to taka nić upleciona z włókien bawełny lub lnu.
   Vvelz nie miał pojęcia o czym mowa. Catchflea kopnął porzucone dobra i znalazł kawałek liny. Pokazał to czarodziejowi.
- Szpagat to cienka, mocna lina.
- Możesz zrobić ten szpagat z liny? – spytał ellf.
- Mógłbym, tak, chociaż żaden ze mnie rzemieślnik.
   Przeszli dalej i znaleźli kilka kołczanów wypełnionych strzałami. Większość piór zdążyła już dawno zbutwieć. Catchflea dał te kołczany Vvelzowi i dalej grzebał w stercie dóbr ze świata na powierzchni.
   Większość tego stanowiły śmieci; skórzane buty i pasy tak stare, że już całkiem się zeschły i leżały teraz pozwijane, sporo narzędzi do obróbki drewna, które Hestowie uznali za jakąś egzotyczną broń.
- Co to jest? – Vvelz podniósł jakieś paskudnie wyglądające urządzenie.
- Uchwyt i świder. To wieci dziury, tak.
- Uff, to koszmarne!
- W drewnie, Mistrzu Vvelz, tylko w drewnie – zapewniał Catchflea.
   Dotarli do wielkiego zestawu dzbanków i garnków. Catchflea przyklęknął i zaczął podnosić jedno naczynie po drugim. Przyprawy. Stęchłe orzechy. Drewniane patyki.
- Wasi zwiadowcy napadali chyba wszystkich wędrowców na Ansalonie żeby zebrać taki zbiór rzeczy – mruknął.
- Mają bardzo ścisłe rozkazy – odparł Vvelz – Nigdy nie zabierać nic dużego ani niczego, co jest wysoko cenione w świecie na powierzchni. Wystarczy już złota i klejnotów  w Hest.
   Stary człowiek znalazł dzbanek pełen kasztanowców. Były wysuszone tak mocno, że łupiny same pospadały. Wybrał jeden orzech i zjadł. Był tak smaczny, że nabrał pełną garść i zaczął przesypywać z garnka do dzbanka i z powrotem.
- Powiedz mi, Mistrzu Vvelz, kim jest Di An? Wygląda, że jest bardzo bliska Morsowi.
- To tylko dziewczyna kopaczy, jałowe dziecko. Jest całkiem sprawna jeśli chodzi o podróże w tunelach i kradzieże drobnostek. Jeśli chodzi o uczucia Morsa, chyba chodzi o to, że znają się od bardzo dawna. Krążą plotki, że to Di An pierwsza znalazła Morsa gdy po oślepieniu został wygnany z Vartoom. Troszczyła się o niego póki nie odzyskał sił.
   Catchflea wypluł garść łupin.
- A ty, kiedy dołączyłeś do Morsa?
   Vvelz wpakował palec do kubka z mielonym piprzem. Popróbował proszku i zaczął głośno kaszleć.
- Trucizna! – sapnął.
- Nie. Pieprz.
   Catchflea wziął szczyptę do ust. Paliło, lecz niezbyt mocno.
- Używamy tego do przyprawiania potraw.
   Oczy Vvelza wyraźnie łzawiły.
- Mieszkańcy Pustego Świata muszą mieć żołądki z żelaza!
   Catchflea przeżyuł i przełknął ostatnie kasztany.
- Mistrzu Vvelz, możesz mi powiedzieć, jak doszło do tego, że wybrałeś działanie wbrew swej siostrze?
- A-a-a-psik – kichnął Vvelz i otarł nos – Czy to ma znaczenie? Nie dość, że ryzykuję własnym życiem pomagając Morsowi i jego sprawie?
- Ma znaczenie, tak. Przyszło mi na myśl, że gdyby Li El zechciała mieć szpiega w otoczeniu Morsa stanowiłbyś doskonały wybór – skrzyżował ramiona na piersi i dodał – szpiega, a może i zabójcę.
   Vvelz odwrócił lewą dłoń nadgarstkiem do góry. Oczy mu się rozszerzyły gdy rzucił krótkie, stare zaklęcie. Catchflea szybko odstąpił o krok. Na odwróconej dłoni czarodzieja zapłonęła iskierka. Po chwili urosła do niewielkiego płomienia.
- Chcesz wiedzieć, prawda? Czy zdołasz zrozumieć gdy ci odpowiem? Spędziłem życie pod butem pozbawionej serca, ambitnej siostry. Siostry, która zawsze postrzegała mnie raczej jako sługę niż krewnego – vvelz mówił spokojnie i cicho – Zniszczyła dobrych i mądrych magów, których jedynym błędem było to, że nie zdawali sobie sprawy z mocy przeciwnika. Rozkochała w sobie dzielnego wojownika, urodziła mu syna i wychowała go w nienawiści do ojca. Jej największym osiągnięciem było użycie Karna do zdrady Morsa. Kopaczom dała całe pół dnia wypoczynku, by uczestniczyli w ceremonii, jaką przygotowała do oślepienia Morsa. Ten dzień był… ta ceremonia…
   Słowa zawiodły Vvelza. Ścisnął w dłoni płomień. Iskry i krople ognia rozproszyły się po posadzce.
- Wstyd mi, gdy nazywa mnie bratem. Ujrzę jeszcze koniec Li El, i bez znaczenia po czyjej wtedy będę musiał być stronie.
   Obaj mężczyźni zamilkli. Vvelz zatonął w mrocznych rozmyślaniach na temat swej siostry natomiast Catchflea, nieco zakłopotany tragiczną opowieścią, gapił się nad ramieniem elfa na dzbanki i garnki. Mnóstwo dzbanków z…
- Pieprz! – krzyknął Catchflea.
- Co? – powiedział Vvelz – Coś ci się stało?
   Stary wróżbita dobiegł do Vvelza.
- Nie! Nie, pieprz jest rozwiązaniem problemu!
   Catchflea zatoczył półokrąg ramieniem.
- Tu musi być z pięćdziesiąt funtów pieprzy – powiedział – Jeśli wszyscy w Hest są nań tak czuli jak ty…
   Wyraz twarzy Vvelza nagle pojaśniał.
- Zaczynam rozumieć!  Chcesz wpakować pieprz do jadła wojowników?
- Nie, lepiej! Cisnąć im w twarze! To ich porazi kichaniem i płaczem a wtedy twoi Ludzie Błękitnego Nieba z łatwością ich rozbroją. W ten sam sposób można też ocalić Riverwinda, tak.
- A dlaczego nasi ludzie nie będą kichać? – spytal Vvelz.
   Stary mężczyzna zamarł. Entuzjazm widoczny dotąd na twarzy zmienił się w konsternację. Nagle twarz mu znowu pojaśniała.
- No jak, dać im chustki na twarz! – zawołał – To zadziała! Powiedzmy o tym Morsowi, i to już!
   Mors jednak zachwytu nie wyrażał.
- Wolałbym, żebyś jakoś ponaprawiał te, no, łuki co je znalazłeś – rzekł z rozdrażnieniem – Wolałbym raczej uderzyć Host z daleka niż podchodzić niewyszkolonymi wojownikami na tyle blisko, by cisnąć kurz w twarze.
- Mistrzu Mors, nawet gdybym zdołał naprawić wszystkie łuki to byłoby za mało by poradzić sobie z całym Host. Łucznictwo nie jest sztuką łatwą do wyćwiczenia, wymaga wiele praktyki, tak.
- Ile tej praktyki? – spytał Mors.
-Wśród Que-Shu chłopców zaczyna się uczyć niewiele później, niż gdy zaczną chodzić. Dopiero doświadczenie całego życia czyni z nich niechybnych łuczników.
- Moi ludzie muszą tylko uderzyć w niezbyt oddalone cele – upierał się Mors.
   Vvelz się wtrącił w rozmowę.
- Chyba mam sposób, by urzeczywistnić oba plany. Luki spowodują upadek ducha wojowników Host a pieprz zmusi ich do ucieczki.
- Nie podoba mi się to – warknął Mors – Prawdziwy wojownik nie walczy przez rzucanie kurzem w oczy wroga. To nie jest honorowe.
- A jest honorowe oślepić dowódcę wojowników i wygnać go z miasta jak bezwartościowego żebraka? – powiedział Vvelz wytrącając laskę z dłoni Morsa.
   Niewidowmy elf zerwał się na równe nogi.
- Ty tchórzliwy błaźnie! Mogę być ślepy a i tak złamię ci kark jedną ręką…
   Słuchająca kłótni w ciszy Di An pociągnęła Morsa za nogawice i powiedziała.
- Dobry Mors, nie rań go. Mistrz Vvelz stara się tylko dobrze radzić.
   Podniosła laskę Morsa i wcisnęła mu ją w dłonie. Szorstka dłoń wojownika chwycila małą rękę dziewczyny. Mors się uspokoił.
- O co ci chodzi?
   Di An popatrzyła na Vvelza a ten się odezwał.
- Nie jesteś winien Li El żadne honorowej walki. Bo to właśnie z nią walczysz. Host jest tylko jej narzędziem.
   Pokryte szramami oczodoły zwróciły się w stronę dźwięku głosu Vvelza.
- A Karn? Co jemu jestem winien? Piekący proszek? Strzałki lecące z odległości dwustu kroków?
- Możesz mu przebaczyć – cicho odezwał się Catchflea – Służył Li El przez te wszystkie lata, a to już wystarczająca kara sama w sobie.
- To był jego wybór – powiedział Mors siadając na posadzce – Przynieście te łuki i pieprz z kryjówki. Będziemy biczować Li El kwiatami jeśli taka będzie potrzeba. A jeśli chodzi o mego syna; jeżeli pójdzie z nami do świata błękitnego nieba i słonecznego światła, to sprobuję mu wybaczyć.
- A jeśli nie pójdzie? – spytał Vvelz.
- To spocznie w grobie obok własnej matki.
* * * * *

   Dwie kohorty, prawie tysiąc wojowników, tupalo w nierównych szykach po posadce wielkiej jaskini. Karn podzielił je na cztery oddziały które nazwał odpowiednio: Diament, Rubin, szmaragd i Granat. Sam dowodził Rubinem w skład którego wchodził, wciąż pod wpływem iluzji Li El, Riverwind. Myślał, ze tropi Loremana i Hollow-sky po tym, jak zaatakowali Goldmoon.
- Nigdy jeszcze nie byłem w tych górach – powiedział Riverwind.
   Pole pszenicy przez które przechodzili  było wysokie i przerzedzone. Wiatr był raczej w Hest czymś niezwykłym, lecz lekka bryza przewiewała liche źdźbła zbóż.
- Nikczemnicy od lat się przed nami ukrywają – powiedział Karn spoglądając niepewnie na mieszkańca równin.
   Rozmowa z zaczarowanym olbrzymem przypominała gadanie do lunatyka we śnie. Karn nie był pewien co takiego widzi obcokrajowiec Anie też w jakim jest w tej chwili stanie. Wstyd go palił gdzieś głęboko w sercu z powodu zatrudniania przerośniętego chama. Karn wierzył, że jest wystarczająco dobry do zmiażdżenia rebelii; nie potrzebował towarzystwa oszołomionego olbrzyma.
   Riverwind czuł wirowanie wiatru i wyczuwał wyraźny zapach dymu, zawsze obecny w powietrzu. A mimo to widział tylko ojczyste równiny pod złotym słońcem. Serce biło mu jak oszalałe. Goldmoon będzie bezpieczna tylko jeśli dopadnie i zabije złych ludzi, którzy chcą widzieć ją martwą. Długie nogi Riverwinda szybko połykały odległości a jego eskorta musiała nieźle podkręcić tempo by za nim nadążyć. Wyciągnęli się zresztą w długą linię.
- Zwolnij – zawołał poirytowany Karn – Piekielny olbrzym … dodał po cichu.
Riverwind nie tylko zwolnił. Zatrzymał się. Bystry wzrok pozwolił mu dostrzec błysk stali na zboczu wzgórza naprzeciw.
- Tam – powiedział wyciągając ramię.
- Co? – spytał Karn osłaniając oczy przed spiżowym słońcem.
- Ktoś tam jest. Niesie miecz. To muszą być oni – powiedział Riverwind.
   Puls mu ostro przyspieszył. Karn widział nie iluzję góry, lecz opuszczoną świątynie w której przodkowie dawno temu odbywali ceremonie religijne.
- Mylisz się. Tam już sprawdzaliśmy. Kopacze musieli rozproszyć się w małych grupach po całej jaskini.
- Są tam – upierał się Riverwind.
   Ruszył ostro przed siebie, nie mógł tracić nadziei.
- Stój! Czekaj! To rozkaz! – wrzasnął Karn.
   Riverwind zwolnił. Goldmoon powiedziała, żeby słuchał rozkazów tego małego mężczyzny. Karn podbiegł.
- Pamiętaj! Masz robić, co ci każę! – powiedział szorstko.
- Ta… góra jest zapaskudzona złymi duchami. Nasza zdobycz nie może się tam ukrywać.
- Dlaczego nie? Gdybym ja chciał się ukryć, to poszedłbym tam gdzie według plotek są złe duchy. Duchy zawsze trzymają gości z daleka.
- Pozostali żołnierze już do nich dotarli i przysłuchiwali się z wyraźnym zainteresowaniem. Słowa olbrzyma brzmiały sensownie.
- Goldmoon kazała przeszukać tunele wschodniej ściany… to znaczy, górskiego łańcucha. Cała armia rebeliantów może się tam ukrywać.
   To były rozkazy Li El. Poza tym, rozumowal Karn, nikt przy zdrowych zmysłach nie ośmieliłby się ukrywać w prastarej świątyni. Riverwind nie ruszył w stronę świątyni, nawet się tam nie obrócił. Cała reszta oddziału Rubin z opuszczonymi ramionami stanęła za plecami mieszkańca równin.
- Wróg jest tam.
   Podniósl długie ramię i wskazał odległą świątynię. Karn miał już dość arogancji obcokrajowca.
- Formować szyk marszowy! – ryknąl.
   Klął żołnierzy Hest aż wreszcie uformowali dwie, równoległe linie.
- A teraz stać tam aż powiem, że macie się ruszyć! – odwrócił się do Riverwinda - Będziesz wykonywał moje rozkazy bez gadania, jasne? Jej Wysokość… Goldmoon… oczekuje, że okażesz posłuszeństwo.
   Riverwind spojrzał na mężczyznę z góry.
- Tak, Kapitanie.
   Oddział Rubin ruszył w stronę południowej ściany. Riverwind powolnym krokiem mijał kolumnę wciąż jeszcze patrząc na opuszczoną świątynię, która dla niego była zwykłą górą. Widział tam przecież błysk stali. Naprawdę widział.


https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/p480x480/1238722_626203917419553_1235611245_n.jpg

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.pijemydowykladow.pun.pl sims3launcher przestał działać www.misticsoul.pun.pl windows 7 jg x32 encyklopedia pokemonów